Publicystyka

25 lat w parlamencie. Bolesław Piecha: do dziś jestem aktywny

O miłych i niemiłych gościach, alfabetycznej liście wyborczej i ćwierci wieku w parlamentach z posłem Bolesławem Piechą rozmawia Paweł Polok

Bolesław Piecha: 25 lat… Tyle czasu… 23 września 2001 roku rozpocząłem swoją parlamentarną drogę. Przeszedłem przez Sejm, przez rok byłem senatorem po wyborach uzupełniających, później zostałem europosłem, a następnie ponownie posłem. Byłem również w rządzie, pełniąc funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Zdrowia u Ś+P Prof. Zbigniewa Religi. Tych doświadczeń rzeczywiście trochę się nazbierało, ale to nie jest cała moja działalność publiczna. Ona rozpoczęła się znacznie wcześniej, bo już w 1994 roku. W kwietniu tego roku wystartowałem w wyborach do Rady Miasta Rybnika. Wtedy Rada była znacznie większa – liczyła 45 osób. Zdobyłem mandat radnego, a przez całą kadencję pełniłem również funkcję wiceprzewodniczącego Rady. Moja działalność społeczna i publiczna trwa więc już ponad 30 lat. Natomiast na tym najwyższym szczeblu, parlamentarnym, mija właśnie 25 lat – dokładnie 23 września…

Paweł Polok: Z wykształcenia jest pan lekarzem. Przez dłuższy czas był pan również dyrektorem Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Rybniku-Orzepowicach.

Rzeczywiście. Jest chyba coś takiego, że lekarze albo – jak ten Kasprzyk z Warszawy – dobrze zarabiają, albo angażują się również w działalność społeczną czy publiczną. Mnie jednak początkowo wcale nie ciągnęło do polityki. Byłem lekarzem, robiłem specjalizację, pracowałem w rybnickim szpitalu. Na początku przez dwa lata pracowałem w górniczej służbie zdrowia, ponieważ otrzymałem stypendium fundowane. To były czasy, kiedy takie stypendia funkcjonowały. Ówczesne Rybnickie Zjednoczenie Przemysłu Węglowego, ufundowało mi stypendium i miałem obowiązek odpracować dwa lata. Pracowałem więc w Jastrzębiu, w szpitalu górniczym i przychodniach górniczych, między innymi na Chwałowicach, ale również – chyba przez większość czasu – w Rybnickiej Fabryce Maszyn. Później nastąpił etap, kiedy prezydent Makosz zaprosił mnie do udziału w wyborach do Rady Miasta. Byłem wtedy zupełnie zielony. Wydawało mi się, że wybory wyglądają tak: rozdaje się ulotki i albo się wygra, albo nie. Nie było wtedy nawet rozmowy o miejscu na liście, bo listy były alfabetyczne. Ja jestem na literę P, więc znalazłem się na piątym miejscu. Dzisiaj chyba nikt rozsądny nie powiedziałby, że można w ten sposób podchodzić do wyborów, bo arytmetyka wyborcza wygląda już zupełnie inaczej. Wtedy jednak to przyjąłem. Były ulotki, dwa plakaty, kilka spotkań i zdobyłem mandat. Wtedy mieszkałem jeszcze, jak to się mówi, nie do końca w tej dzielnicy, a mimo to zostałem wiceprzewodniczącym Rady Miasta. Później, pod koniec kadencji, pan prezydent desygnował mnie również do startu w konkursie na dyrektora szpitala wojewódzkiego.

Wtedy jeszcze odbywały się konkursy na takie stanowiska.

Tak. Dzisiaj są to wszystko mianowania. Wtedy trudno powiedzieć, że był to jakiś rodzaj koleżeństwa, ponieważ opcja polityczna, która rządziła w województwie, wcale nie była naszą opcją. W województwie rządziło wówczas SLD. Później zaproponowano mi start w wyborach parlamentarnych. Miałem oczywiście szczęście do ludzi i poparł mnie – nomen omen znowu prezydent. I nie chodziło tym razem o prezydenta państwa, ale o prezydenta Rybnika Adama Fudalego. To on w zasadzie zrobił mi kampanię wyborczą. Ja nadal byłem zielony. Nie wiedziałem, co to jest i jak się to robi. Wydawało mi się, że skoro jestem dyrektorem i mam trzecie miejsce, to wszystko jakoś samo się ułoży. Tymczasem partia Prawo i Sprawiedliwość wygrała wtedy wybory, a jedynka na liście była oczywiście uprzywilejowana. Gdybyśmy prześledzili wyniki wyborów, zobaczylibyśmy, że to jest pewna reguła. Wyjątki zdarzają się rzadko. I ja byłem jednak tym wyjątkiem, ponieważ przeszedłem z trzeciego miejsca. Pamiętam pierwsze spotkanie Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości. Odbywało się w Warszawie, w biurze. Coś takiego dzisiaj wspominam trochę smutno, panie Pawle, bo znowu rozmawiamy o ludziach, których już z nami nie ma – Ludwik Dorn tam był… Nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w spotkaniu tego klubu i wszyscy patrzyli, jak to jest możliwe, że jakiś facet z głębokiej prowincji, z trzeciego miejsca, pojawił się na spotkaniu klubu parlamentarnego. Mam jednak taką cechę charakteru, że jeżeli już gdzieś jestem, to staram się poświęcić tej pracy. Pierwsza kadencja była dla mnie czasem nauki, ale jednocześnie była chyba najbardziej aktywnym okresem mojej działalności.

Z tej pierwszej kadencji mam również osobiste wspomnienie. Były to moje czasy studenckie, pierwsze studia. Odbywałem wtedy praktykę jako student politologii w pana biurze poselskim, które również mieściło się przy ulicy Sobieskiego. Dzisiaj siedzimy właśnie przy Sobieskiego, tylko nieco dalej. Tamto biuro mieściło się bliżej Placu Wolności, w pasażu.

Tak, pamiętam. To były zupełnie inne doświadczenia. Sądzę, że polityka również była wtedy inna. Czy była spokojniejsza? Tego nie wiem. Czy wymagała mniejszego poświęcenia? Tego również nie wiem. Natomiast z pewnością zmieniły się narzędzia. Te narzędzia, które dzisiaj pan proponuje i którymi się posługujemy, wtedy dopiero raczkowały albo w ogóle ich nie było.

Wtedy rzeczywiście ich nie było.

Podstawowym narzędziem była szeroka reklama w telewizji – w telewizji publicznej, TVN czy Polsacie. Internet praktycznie nie odgrywał jeszcze takiej roli. Miałem jednak szczęście, że w tym małym klubie swoją aktywnością jakoś się wybiłem i zostałem ekspertem w dziedzinie ochrony zdrowia. Bardzo często brałem udział w programach telewizyjnych. Ludzie wtedy z innym namaszczeniem podchodzili do programów informacyjnych. Słuchali ich, poświęcali im czas. Dzisiaj chyba częściej oglądają krótkie filmiki i ich uwaga – tutaj również zwracam się do pana odbiorców – bardzo często kończy się po kilku minutach. Trudno jest im poświęcić więcej niż dziesięć minut takim „gadającym głowom”.

To prawda. Mówił pan, że trochę smutno, bo wspominamy osoby, których już z nami nie ma. To teraz będzie weselej. 25 lat pracy parlamentarnej – czy to jest już początek emerytury, czy raczej podkreślenie ciągłej aktywności?

To jest rzeczywiście ciągła aktywność, ponieważ ja na emeryturze jestem już od siedmiu lat. Jestem po siedemdziesiątce. Natomiast nie wyobrażam sobie braku aktywności politycznej i społecznej, pewnej wrażliwości na sprawy ludzi. Chyba jedną z najważniejszych rzeczy, jakie dała mi polityka, jest właśnie kontakt z ludźmi. Nie zawsze łatwymi i nie zawsze przyjemnymi. Miałem okazję spotkać setki, a właściwie tysiące osób. Tysiące różnych teorii, opinii i wypowiedzi. Patrzę na to z dużym dystansem, ale jednocześnie uważam, że to jest jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu – obecność ludzi. Dlatego jestem dzisiaj aktywny. Najważniejszą dla mnie sprawą jest być w biurze. I niech pan sobie wyobrazi, że jeżeli nie ma tygodnia sejmowego, jestem w biurze codziennie. Nie po to, żeby wypisać jakiś rachunek, bo trzeba zapłacić za prąd, za śmieci i tak dalej. Jestem tam po to, żeby spotkać się z ludźmi, porozmawiać. Czasami przychodzą z różnymi historiami. Dziwnymi, fantastycznymi, czasem bardzo trudnymi. Ale jest to kontakt z żywym człowiekiem, z jego problemami i emocjami. Byli przez ten czas mili goście, byli niemili. Ale zawsze ceniłem ten kontakt. Kontakt z człowiekiem. Muszę powiedzieć, że bardzo to lubię. I chyba właśnie to było sensem mojej działalności politycznej.

Za rok o tej porze będziemy właściwie w przededniu wyborów parlamentarnych. W związku z pana ciągłą aktywnością – czy będziemy widzieć nazwisko Bolesława Piechy na liście Prawa i Sprawiedliwości?

Żadnej deklaracji w tej sprawie nie będę składał. Natomiast generalnie jest też czas, żeby gdzieś w kolejce pojawili się ludzie młodzi. Zmieniły się narzędzia, zmienił się sposób prowadzenia polityki, zmieniły się również wyzwania. Trudno mi się do tego przyznać, ale pewnych nowych wyzwań po prostu nie rozumiem tak dobrze, jak chciałbym je rozumieć. Dla mnie ogromnym wyzwaniem jest sztuczna inteligencja. Ogromnym wyzwaniem są również narzędzia, które dzisiaj służą do komunikowania się z ludźmi. Słabo się w nich poruszam. Sądzę więc, że zmieniające się czasy i nowe wyzwania wymagają również nowych ludzi. Ludzi młodych, którzy rozumieją ten świat i mają przed sobą odpowiednio długą perspektywę. Moja perspektywa jest, powiedzmy, dziesięcioletnia. A w polityce dziesięć lat to jest jak mgnienie oka. Kreowanie różnego rodzaju przedsięwzięć dla Polski czy dla regionu nie jest przecież kwestią jednego roku. To jest kwestia dziesięciu lat, a często znacznie dłuższego dystansu. Ja tego dystansu – mówiąc skromnie – już nie widzę. Mój dystans jest zdecydowanie krótszy. Wydaje mi się więc, że trzeba ustąpić miejsca młodym. Oni mają swoje pomysły, mają coś do powiedzenia i poruszają się w tym świecie inaczej niż ja. Ja robię to trochę staroświecko, z pewnym zastanowieniem. W dzisiejszych czasach chyba nie zawsze jest na to miejsce. Dzisiaj liczą się dynamika, emocje i szybkie wyrażanie poglądów.

Czego życzyłby pan młodym – nie tylko parlamentarzystom, ale również działaczom społecznym i radnym – w tych nadchodzących wyborach i w ogóle w nadchodzącym czasie?

Tutaj będę konserwatystą. Nie tylko w sensie związku z partią konserwatywną, do której należę, ale przede wszystkim dlatego, że chciałbym, aby młodzi ludzie mieli swoją formację. To znaczy, żeby zdobyli sensowne wykształcenie. Mówiąc szczerze, tak jakby ojciec do mnie mówił: trzeba mieć jakiś zawód. Jak w słynnej piosence Kaczmarskiego – najpierw zawód, potem możemy kochać. Chciałbym więc, żeby mieli jakąś formację, żeby mieli własne doświadczenia, również zawodowe, a nie od razu skakali na głęboką wodę. Po drugie, bardzo ważna jest kwestia wrażliwości społecznej. Trzeba umieć słuchać. To nie jest tak, że mamy zatykać uszy na niepochlebne opinie i skłaniać się wyłącznie ku tym, którzy nam przyklaskują. Bo, co tu dużo mówić, takich ludzi jest sporo. Są politycy, którzy lubią, kiedy im się kadzi. Z drugiej strony są krytycy, są przeciwnicy. Trzeba umieć słuchać jednych i drugich. I jeszcze jedno – wytrwałość.
Jeżeli ktoś się czemuś poświęca, to trzeba się temu poświęcić. Nie da się, moim zdaniem, trzymać za ogon kilku srok jednocześnie. Jeżeli ktoś chce iść w działalność społeczną czy polityczną, musi się jej naprawdę poświęcić. Musi znaleźć w sobie cierpliwość, żeby przeczytać te nudne, co tu dużo mówić, różnego rodzaju dokumenty. Już nie mówię nawet o ustawach czy rozporządzeniach. Mam na myśli opinie, ekspertyzy i całą tę dokumentację. To jest nudne. Ale trzeba to lubić, żeby przez to przebrnąć. Wtedy jest szansa, że zostanie się ekspertem. Inaczej będzie się tylko takim przelotnym zjawiskiem na jedną czy dwie kadencje. Potem człowiek odchodzi i zostaje pustka. Nie życzyłbym młodym ludziom, żeby po zakończeniu swojej aktywności mieli w sobie właśnie takie poczucie pustki.

Pan chyba swój zawód, o którym pan mówił, wybrał dość wcześnie. Koledzy z liceum wspominają, że od samego początku chciał pan być lekarzem, i to lekarzem określonej specjalizacji.

Tak mówi mój przyjaciel. Nie będę wspominał nazwiska. Miałem nawet w liceum taki przydomek – „ginekolog”. Oczywiście było to półżartem. Bardzo sobie jednak cenię swoje wykształcenie i swój zawód. Realizowałem się w nim. Do dziś właściwie nie wiem, co tak naprawdę pchnęło mnie w stronę działalności politycznej. Natomiast będąc już w Sejmie, zauważyłem po miesiącu, że nie da się pogodzić dwóch rzeczy naraz. Albo poświęcam się kierowaniu i tworzeniu tego szpitala – przypomnę, że za moich czasów został on otwarty i przyjął pierwszych pacjentów – albo zajmuję się działalnością polityczną. Nie da się jednocześnie kierować szpitalem, uczestniczyć w naradach, wyznaczać jego kierunków rozwoju, dbać o każdy szczegół, sprawdzać, czy coś zostało wykonane, czy nie, a z drugiej strony zajmować się ważnymi sprawami politycznymi. Ochrona zdrowia zawsze miała w Polsce pod górę. Co tu dużo mówić – zawsze, przynajmniej odkąd pamiętam, miała pod górę. Po miesiącu zrezygnowałem więc z łączenia pracy parlamentarnej z pracą zawodową w szpitalu. Została mi tam chyba pojedyncza godzina. Po kolejnych trzech czy czterech miesiącach zrezygnowałem również z praktyki lekarskiej. A ta praktyka wcale nie była taka mizerna. Była to duża praktyka lekarska, prywatna. Poświęciłem się więc wyłącznie pracy publicznej. Czy na tym straciłem? Różnie można na to patrzeć. Pamiętam głosy:

Jaki lekarz idzie do polityki?

Ale kiedy spojrzymy na Sejm, okazuje się, że lekarzy wcale nie ma tam tak mało. To znaczy, że coś nas ciągnie do tego, żeby swoją empatię kierować nie tylko w stronę chorych, ale również w stronę zwykłych obywateli.

Bardzo dziękuję. Bolesława Piechę od 25 lat ciągnie do polityki – ćwierć wieku. Świętujący srebrny jubileusz parlamentarzysta był Waszym i moim gościem.

Bolesław Piecha: Dziękuję bardzo.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button