Publicystyka

Biskup jak święty Antoni

O kurialnych upominkach, Bożym Narodzeniu i Rybniku z księdzem biskupem Grzegorzem Olszowskim rozmawia Paweł Polok.

Paweł Polok: Ekscelencjo, taka jest teraz moda, żeby – gdy się rozmawia z duchownymi – poruszać trudne tematy. Natomiast ja chciałbym pogadać o świętach biskupa. Jak wyglądają święta w kurii biskupiej?

Ks. bp Grzegorz Olszowski: Jest taka zasada, że ksiądz czy siostra zakonna spędzają Wigilię i Święta w swoim środowisku. Tam, gdzie mieszkają, tam gdzie pracują i gdzie posługują. W tym gronie, w którym się posługuje, pracuje, w którym się mieszka. I w kurii też jest taki zwyczaj. Kuria, oprócz tego, że jest urzędem, jest także miejscem zamieszkania. O godzinie osiemnastej gromadzimy się w kaplicy, odmawiamy nieszpory. Jeśli chodzi o potrawy wigilijne czy świąteczne to jest to może bardzo rozmaicie, bo pracujące u nas siostry zakonne pochodzą z różnych rejonów Polski.

Czyli może się okazać, że potem przyjeżdża jakaś siostra, która gotuje czy przygotowuje jakieś potrawy zupełnie inne niż te śląskie?

Tak.

Siemieniotka jest?

Jest. Ale w moim rodzinnym domu tego nie było. Nas było czwórka, rodzice i młodsza ode mnie siostra. I Święta spędzaliśmy w gronie rodzinnym. Zawsze, zawsze była na początku modlitwa, odczytanie Słowa Bożego, dzielenie się opłatkiem, karp, ziemniaki i kapusta, zawsze z pieczarkami. Oczywiście makówki, moczka też.No i jakieś owoce. Święta były – jak mówiłem – w gronie rodzinnym. Zawsze rodzice strzegli, żeby żeby to było w gronie rodzinnym. Bywały małe wyjątki, ale zasadniczo w naszym rodzinnym gronie przeżywaliśmy Boże Narodzenie. A wracając do kurialnych Świąt: dzielimy się opłatkiem, oczywiście wcześniej jest modlitwa – jeszcze przed posiłkiem. Taka ogólna w intencjach Kościoła, świata, i osobistych każdego. Oczywiście śpiewanie kolęd. Zawsze też jakieś drobne prezenty.

Upominki?

Nic szczególnego, nic wyszukanego. Wiadomo, jak nas jest 6, 7 czy 8 osób na wigilii, to trudno trochę by każdy każdemu robił duże prezenty i jeszcze trafił w czyjś gust. Więc to są raczej symboliczne upominki, symboliczne prezenty. Na pewno jest to czas dobroci, życzliwości, wzajemnego pojednania. No i to jest chyba ważne, żeby to czas – szczególnie w naszej sytuacji, kiedy my wszyscy gonimy, kiedy tak trudno się spotkać przy wspólnym stole, żeby właśnie wykorzystać tę okazję do spotkania. Zauważmy, że za PRL mniej było produktów, możliwości, ale chyba ludzie byli dla siebie życzliwi. To życie jeszcze nie biegło takim tempem jak jak biegnie teraz. Teraz każdy jest zajęty swoimi sprawami. A przecież nie chodzi o to, żeby był obfity stół, żeby się uginał pod różnego rodzaju potrawami, tylko właśnie chodzi o duchowe przeżycie. Ta otoczka zewnętrzna, cała Wigilia, te wszystkie nasze tradycje, choinki itd. – to ma być czymś, co nam pomoże głębiej wejść w siebie i przede wszystkim odkryć tę wielką tajemnicę, że Bóg stał się człowiekiem, przyszedł na świat, by dzielić nasz ludzki los, by być razem z nami, że jest obecny, że nam w tym życiu towarzyszy, że doświadczał właściwie tego wszystkiego jako człowiek, czego doświadczamy my. Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego dał, by każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.

Kiedyś było łatwiej odkryć istotę Bożego Narodzenia?

Może kiedyś było łatwiej, może teraz jest trudniej, więc to jeszcze bardziej wymaga od nas większego duchowego zaangażowania w obecnych czasach niż to było kiedyś. I mam jeszcze taką refleksję: najtrudniej się kocha tych, z którymi jesteśmy 24 godziny na dobę. Wtedy najłatwiej o różnego rodzaju nieporozumienia, przykrości. Ale jest też wiele okazji, żeby zło dobrem zwyciężać. I chciejmy wykorzystywać nadarzające się okazje do tego, żeby czynić dobro, żeby pokazywać tym naszym najbliższym, że są dla nas ważni. I myślę, że Wigilia czy w ogóle święta Bożego Narodzenia są ku temu okazję, mogą być ku temu okazją. A co z tym zrobimy, to już zależy od nas. Nie.

Biskupi idą na pasterkę?

Posługujemy na pasterkę. Każdy z biskupów jedzie do jakiejś parafii na pasterkę. Natomiast taką mszę wspólną jako biskupi sprawujemy w pierwszy dzień Świąt o godzinie dwunastej w katedrze. Jest to taka msza święta, którą odprawiają wszyscy biskupi obecni w Katowicach.

I to jest msza parafialna?

Tak, msza parafialna, ale o wymiarze szerszym, bo też katedra jest kościołem archidiecezji. I przyjeżdżają wierni z różnych innych parafii, z różnych innych miast. Jest to taka bardziej uroczysta liturgia. Z Rybnika wierni też przyjeżdżają.

No właśnie. Pierwszą placówką księdza biskupa po święceniach prezbiteratu był Rybnik.

Rybnik. Nowiny, parafia Świętej Jadwigi. To była taka duża wspólnota i księży, i parafialna, więc to dla młodego księdza była taka dobra szkoła. Szkoła budowania relacji. I było liceum Powstańców Śląskich. Dla młodego księdza było to takie duże wyzwanie. Pomagał mi w tym ksiądz Stanisław Kołodziej – bardziej doświadczony duszpasterz. Myśmy się wzajemnie wspierali, chociaż on bardziej mnie wspierał niż ja jego (śmiech). I to było też bardzo dobre, dobre doświadczenie. To był jeszcze czas, kiedy religia dopiero wchodziła do szkół. I mam bardzo pozytywne, dobre doświadczenia posługi pracy z młodzieżą. W parafii na Nowinach byłem odpowiedzialny za Ruch Światło-Życie, za oazę młodzieżową. I tę całą wiedzę, którą zdobywaliśmy w seminarium, można było weryfikować w praktyce i właściwie czasem nawet na nowo się uczyć.

Ksiądz biskup był długo z Rybnikiem związany duszpastersko, jeśli można tak powiedzieć.

Cztery lata byłem związany będąc wikariuszem, potem zostałem kapelanem i sekretarzem arcybiskupa Damiana Zimonia, więc chcąc nie chcąc byłem tutaj, w Katowicach. Ale gdy miało się jakiś wolny czas, to jeździłem do Rybnika. Na Nowinach był wówczas proboszczem ks. Skórkiewicz. A w 2014 roku nastąpił taki szczęśliwy moment: dostałem dekret na proboszcza do bazyliki świętego Antoniego, do parafii świętego Antoniego w Rybniku. Tam cztery lata byłem proboszczem. Po 4 latach już powoli człowiek zaczyna tak trochę czuć parafię, środowisko, wchodzić w to wszystko. Ale potem przyszła nominacja ze Stolicy Apostolskiej, żeby być biskupem pomocniczym. I wróciłem do Katowic. I właściwie ta moja posługa kapłańska rozciąga się między Katowicami a Rybnikiem.

A pochodzi ksiądz z Mikołowa.

Tak. Ale ktoś mi kiedyś pół-żartem, pół-serio powiedział, że ze mną jest jak ze świętym Antonim. Antoni pochodzi z Lizbony, ale nikt go z Lizboną nie kojarzy tylko z Padwą, bo tam posługiwał. Ja też pochodzę z Mikołowa, ale bardziej jestem kojarzony z Rybnikiem (śmiech). I kontakt z Rybnikiem mam i miałem właściwie cały czas, nawet będąc tutaj w Katowicach, bo będąc wikarym odpowiedzialnym za Ruch Światło-Życie, byłem też szerzej odpowiedzialny za cały rejon rybnicki tego Ruchu Światło-Życie, za kilka dekanatów. I te kontakty pozostały i z tego się bardzo cieszę. To pozwalało mi i pozwala poznawać problemy wiernych. W rodzinie, w pracy. I to pozwala mi pamiętać, że kapłani winni wspierać wiernych swoją modlitwą. A jeśli tylko jest taka możliwość, to także dobrą radą.

Proszę na koniec powiedzieć, czego sobie i diecezjanom Ekscelencja życzy.

Żebyśmy dobrze te święta przeżyli, żebyśmy się zatrzymali w tym zabieganiu. Jeśli by to było możliwe, żebyśmy troszkę weszli w siebie, pomyśleli o tej wielkiej miłości Boga do człowieka. Bóg stał się człowiekiem, przyszedł na świat, by dać nam wszystko, czego potrzeba do dobrego, owocnego życia. I życzę, żeby to Boże Narodzenie trwało, żeby Pan Jezus był obecny w naszym życiu, rodził się nieustannie w naszym sercu, nie tylko w czasie Bożego Narodzenia, ale potem także w tym zwykłym, codziennym, szarym życiu. Żebyśmy byli bliżej Pana Boga i siebie nawzajem.

Dziękuję za rozmowę.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button