Chamy piastują stanowiska

Spacerowałem z psami. U szczytu niewielkich schodków przy końcu parku stało małżeństwo rozmawiając ze swoją znajomą
To ci z tego postępowego grona co wiedzą. Tak więc wyprasowane „Ę” oraz wypachnione „Ą” leciało gęsto i elokwentnie, czyli tak ażeby zawstydzić i zaimponować- najlepiej całemu otoczeniu. Musiałem się z moimi czworonogami jakoś przecisnąć, bo zajęli sobą możliwość swobodnego przejścia obok nich.
Ależ masz odwagę! – powiedziała żona męża do znajomej
To było pod adresem moich owczarków.
Chyba wie co robi – odpowiedziała znajoma
A to już było pod moim adresem.
Zazwyczaj nie reaguję. Olewam. Ale mój pies naprawdę jest już stary, z obolałymi stawami, bardziej człapie niż idzie i końcówki spacerów są już dla niego bardzo ciężkie. A to była właśnie końcówka spaceru. I było to wszystko po prostu niesprawiedliwe wobec mojego czworonoga, nad którym każdy normalny już się lituje. Sytuacja absurdalna i niepotrzebna. Odwróciłem się jednak i powiedziałem pod adresem inteligenckiego towarzystwa:
Te psy nie były nigdy agresywne. I nigdy nie będą. Czego nie można akurat o państwu powiedzieć…
Obróciłem się i nieśpieszno, ze względu na mojego starego psiaka, poszedłem w swoim kierunku. Moim plecom towarzyszył skowyt oburzenia. To naprawdę było absurdalne…
…znam ludzi tego pokroju – nader często widywałem ich w kancelarii moich rodziców. Ależ oczywiście pani mecenas, Kłaniam się panie ministrze. Ulegli przed silniejszymi. Ale nie daj Boże ażeby być im podległym – nie będą mieć żadnej taryfy ulgowej. Będą brutalni. Ludzie Echo – jedynie powtarzający zasłyszane poglądy, opinie, sądy. Zachowawczy do porzygania. Asekuranci z tytułami przed nazwiskiem i z nabożną czcią do tych tytułów, ale nie szanujący swojego własnego nazwiska i imienia, bo ich konformizm nie jest im żadną ujmą. Żadnego choćby rysu charakteru, bo zmiana zdania następuje zależnie od sytuacji i towarzystwa. Zasady to zabobony. Lojalność to wada. Ich słowa są odjęte od ciała i są przy tym wszystkim przeraźliwie sztuczni. Naturalna jest tylko pogarda względem innych. Bywa, że można ich spotkać nawet w świątyniach (nie tylko katolickich) – zawsze w pierwszych ławkach, nabożni, ale ze wzrokiem bez modlitwy, bo ich oczy wypatrują reakcji innych na nich samych. I oceniają: przyszli tutaj znów przybijać do Krzyża. Nie szukają, bo już znaleźli – odkryty skarb ma ich własne imię. Mają swojego boga i jest on zawsze w pierwszej liczbie pojedynczej. Po prawdzie ten bożek nie jest wszechmogący, ale absolutny – wszystko pod święte ja jest podporządkowane. Nie istnieje dla nich drugi człowiek – jego potrzeby są niczym przy potrzebach własnych. Te są zaś nieograniczone, nie mają kresu, nigdy się nie kończą. Do tego jeszcze dochodzi ambicja bez sufitu i zahamowań. To ci, którzy potrafią pod adresem bezdomnego żebraka wykrzyczeć: Weź się do roboty!, a swoim dzieciom w kryzysie serwują radę: Weź się w garść. Rzadko im się zdarza by zaakceptować, że sami są przyczyną problemów – choćby tych kryzysów psychicznych własnych dzieci.
Przez wieki w Polsce obowiązywał termin chama. Cham jest zaprzeczeniem rycerskości – nigdy nie stanie w obronie słabszych, bo on nimi pomiata. Termin obowiązuje nadal, pomimo, że piastują chamy stanowiska inżynierów, prawników, lekarzy, polityków, pracowników naukowych, bywa wysoko postawionych urzędników – tych wszystkich wykształconych zawodów, które pozwalają im uważać się za lepszych. Za elitę. Jednak deficyt pochodzenia powoduje, że są agresywni i do reszty swego życia będą jedynie pretendować. Byle wyżej! Wyżej od innych. Sięgnąć do poziomu tych przed którymi potrafią się płaszczyć…
Czy ja mam problem z tymi ludźmi? Tak. Przyczynili się do samotności mojego Ojca, bo był mój Tato najbardziej osamotnionym człowiekiem jakiego widziałem. Klakierzy mu w tym walnie pomagali. Niech Pan Bóg mi litościw za ten mój kategoryczny wpis oraz osąd, kiedy sądzić nikogo nie mam w ogóle prawa. Ale Pan Bóg jednak stwierdził, że wypluje letnich, a oni innej temperatury po prostu nie mają. Potrafię jednak się za nich modlić – to mnie choć trochę usprawiedliwia. Bo tutaj nie chodzi ani o ich wyższość czy wyższość moją, ale zwycięstwo Boga, który jest miłosierny. Bo słońce świeci i deszcz pada na głowy sprawiedliwych i tych, co sprawiedliwi nie są. Jakże ciężko to przyjąć…
Tak więc, dobry Boże, wybacz mi ten punkowy, młodzieńczy felieton. Ty mi też wybacz mój Drogi Czytelniku. Jestem tylko ułomnym człowiekiem, który czasami ma jeszcze ochotę na prosty przekaz. Na bunt. Zwłaszcza kiedy dotyka mnie marazm…
…tyle dobrze, że moje młodzieńcze glany zakurzone wiszą na kołku.
P.S. Jak sami widzicie stałem się zrzędliwy. Idę na urlop. Proszę usprawiedliwić moją dwutygodniową absencję. Do zobaczenia – wszystkiego dobrego!



