Chcę siedzieć na koźle

Część pierwsza wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Przedmowa
Szanowny Czytelniku! Jest kilka powodów, dla których “Ideały cielęcych lat” – maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku – dostajesz w swoje ręce w formie książkowej. Autor był moim dziadkiem, którego nie miałem szczęścia poznać osobiście, ponieważ odszedł wiele lat przed moimi narodzinami. Znałem Go tylko z legend i opowiadań rodzinnych. Prezentowane opowiadania, będące fabularyzowanymi wspomnieniami z dzieciństwa Jego autorstwa weryfikują te legendy tak, jak autobiografia Piłsudskiego pisana z dystansem do samego siebie zweryfikowałaby mity, jakie budował o nim jego obóz polityczny. Maszynopis Jana Paszendy “leżakował” w szpargałach pamiątek po nim w jednej z kilku zaledwie kopii. Odbył drogę do domu mojego Ojca przez kilka miejscowości i epok. Został odkryty na wpół przypadkiem i stanowił jedną z wielu pozycji literackich wśród innych maszynopisów, rękopisów prozy i poezji. Do maszynopisu “Ideałów cielęcych lat” dołączony był list dyrektora muzeum pszczyńskiego, kolegi Dziadka, w którym umieszczono odpowiedź na prośbę o recenzję tegoż zbioru opowiadań z dzieciństwa. Recenzja jest więcej niż pochlebna. W przywołanej kolekcji znajdują się również inne utwory – Jan Paszenda spisał dzieje początków swojej kariery zawodowej i określił genezę szeroko pojętej dorosłości w drugim zbiorze, w którym opisuje swoje życie w okresie międzywojennym. Ten drugi zbiór wspomnień jest niekompletny, ponieważ brakuje w nim kilku pierwszych opowiadań, ale w zamiarze moim również pozostaje jego opracowanie i wydanie. Do przygotowania wspomnień Jana Paszendy z dzieciństwa do druku zachęcali mnie starsi i mądrzejsi Przyjaciele, bez których ta akcja nie powiodłaby się wcale. Najpierw Andrzej Gruszka – duszpasterz, malarz, poeta, prozaik i amator badań regionalnej przeszłości, który ma niezwykłe wyczucie tego, co piękne i cenne. Dziękuję Mu również za to, że jeden z Jego obrazów zdobi tę okładkę. Później z miejsca chętnie służył pomocą drugi “archeolog” lokalnych ciekawostek – publicysta, polonista, filozof, człowiek renesansu – dr Jan Krajczok, którego nazwisko nie jest już obce czytelnikom książek górnośląskich wydawnictw. Z całego serca w imieniu Dziadka dziękuję Im obydwu za pomoc i nade wszystko inspirację oraz oczywiście za cierpliwość, a mojemu Ojcu za sfinansowanie w całości tego wydawniczego wydarzenia. Dziękując za wsparcie muszę zaznaczyć, że nie byłoby mojej świadomości rodzinnej i historycznej gdyby nie mój ś.p. Prawujek Longin Musiolik. Jego prace stworzone w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia, popularyzujące wiedzę o historii lokalnej, z których kilka doczekało wydań (np. “Śląscy patroni rybnickich ulic”) stanowiły dla mnie od zawsze nie mniejszą inspirację. W szczególności jednak oddaję Mu hołd za mrówczą pracę podjętą w archiwach w celu ustalenia genealogii przodków kilku naszych rodów, dzięki czemu sięgam “drzewem” do dalekich przodków z rodu Motyków, urodzonych w połowie XVIII wieku w dzisiejszych Jankowicach. Wreszcie nadzwyczajnymi powodami, które doprowadziły do niniejszego wydania, są wartości, jakie odnajdujemy w tekstach Jana Paszendy a które szczególnie dziś, u schyłku pierwszej ćwierci XXI wieku, są godne kultywowania. Opowiadania mojego Dziadka mają również wartość historyczną, bo są relacją naocznego świadka żyjącego w mikroświecie Jankowic oraz Rybnika u schyłku administracji niemieckiej, tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej i w jej trakcie. Mamy tu wgląd w sytuację ekonomiczną mieszkańców, społeczne podziały narodowościowe czy klasowe; spotykamy się z ludźmi i naszą ziemią w czasach, w których panowały niezrozumiałe dziś, a często zapomniane relacje i stosunki międzypokoleniowe, sąsiedzkie, czy prawo pracy. W “Ideałach cielęcych lat” jest obraz czasów, w których na Górnym Śląsku ludzie odczuwali zniewolenie, wyrażone w symbolach i oznakach wymienionych przez Autora, a oprócz zniewolenia – również biedę, szczególnie w latach wojny. Dowiadujemy się z opisów nieco o modzie, fryzurach, zegarach, scyzorykach, latarkach, paleniu fajek, cygar czy cukierkach, które można było kupić, i za jaką cenę. Utwór ma wartość językową, co Czytelnik łatwo może dostrzec , ale uczciwie muszę zaznaczyć, że ujednoliciłem dla konsekwencji, a także uwspółcześniłem według obowiązujących dziś zasad ortografii zapis niektórych słów. Trudno było w każdym z przypadków ocenić, gdzie nastąpił “popełniony przez maszynę do pisania” błąd niewychwycony przez Dziadka, a gdzie stosował on pisownię poprawną w latach pięćdziesiątych. Wiele form piszemy dziś oddzielnie lub łącznie, choć kiedyś bywało na odwrót. “Poprawiłem” więc Autora, tak by zachować jego intencje. Nie chcemy wszak, by młodsze pokolenie po lekturze archaizmów wzorowało się na nich pisząc dyktanda na lekcjach języka polskiego. Utwór ma również wartość etnograficzną – widoczną szczególnie w opisach obyczajów świątecznych, czy okołoliturgicznych. Ma on także wartość patriotyczną – którą pozostawiam już do oceny Tobie, drogi Czytelniku. I w końcu, “Ideały cielęcych lat” mają wartość wychowawczą – o której już wspomina sam Autor w przedmowie, ponieważ spisując w tej, a nie innej formie, epizody z najwcześniejszego etapu swojego życia, właśnie celem wychowawczym kierował się w największej mierze. A edukuje On tu nie tylko dzieci, lecz i dorosłych. Chciałbym, aby ten skromny tomik był przyczynkiem do dalszych badań. Może w gronie rodziny, może Was, jankowiczan z dziada-pradziada, którzy czytając, oglądacie swoją miejscowość oczami wspomnień Waszych lub Waszych Przodków. Nie ukrywam, że książka wychodzi z co najmniej piętnastoletnim opóźnieniem. Zbyt wielu ludzi, którzy mogliby kojarzyć fakty z tamtych lat, zamilkło na zawsze. Mam nadzieję, że w ciągu swojego życia któryś z nich zdążył swoim dzieciom bądź wnukom opowiedzieć historie swojego dzieciństwa, czy dzieciństwa swoich rodziców, których to historii zarysy odnajdziecie w tych, spisanych przez Jana Paszendę. Jakże rad byłby rudowłosy Alfred, Konrad, Franek, Klara – pierwsza miłość Autora, którą wspominał rzewnie jeszcze w późnych etapach życia, czy wreszcie Kostek, rowerowy akrobata, gdyby ktoś wydobył z niepamięci ich nazwiska. Niestety dla nas – Jan Paszenda nie opisywał historii jankowickiej wspólnoty sensu stricto. Nie podaje nazwisk. Nie podaje adresów. I to pomimo, że na przestrzeni dziesięciu omawianych tu lat dwa razy zmieniał miejsce zamieszkania. Jedynie pod trzecim adresem znajdujemy konkret – było to mieszkanie w domu kościelnego, blisko kościoła i probostwa. Wiemy, że gdy mowa o gospodarzu parafii, chodzi o ks. Arthura W. Spielvogla. Nazwisko misjonarza, którego Autor odprowadza na rybnicki dworzec kolejowy, pozostaje natomiast już w zamknięciu dla ciekawskich, zapewne w parafialnym czy archidiecezjalnym archiwum. Ba, nawet dworzec kolejowy nie jest umiejscowiony przez Autora w mieście o konkretnej nazwie. Można się tego domyślić z całą pewnością z kontekstu historycznego, geograficznego, czy odnaleźć uzupełniające informacje w dokumentach i źródłach przechowywanych przez rodzinę. W ten sposób udało się np. ustalić nazwy kopalni na której pracuje Ojciec Autora, i tej, która zatrudnia później Jego samego. Niektóre objaśnienia, jakie uznałem za konieczne uzupełnienia opowiadań, ująłem w przypisach. Wszystkie one są mojego autorstwa. Należy we wstępie do wydania umieścić parę słów o samym Autorze. W monografii Jankowic Rybnickich wspomina o Nim w krótkim akapicie Norbert Niestolik, gdy mówi o ludziach godnych sławy, jakich zrodziła ta ziemia. Jan Paszenda przyszedł na świat w Bottrop w lutym 1905 roku jako drugie z dwojga dzieci Pawła Paszendy i Marii z Motyków. Ojciec Autora dla mojego pokolenia, przynajmniej w mojej linii rodu, pozostawał Tajemnicą, lecz przeprowadzone w związku z niniejszym wydaniem pobieżne tylko badania wyłaniają z mroku dziejów jego postać jako temat na osobny artykuł. Matka zaś pochodziła z rodziny właścicieli młynka i zabudowań między dzisiejszymi ulicami: Boguszowicką i Akacjową w Jankowicach. Jej siostrą była Rozalia Biegesz, szczególnie aktywnie oddana sprawie polskiej w okresie powstań śląskich i w okresie międzywojennym. Jan stracił ojca w wieku dziesięciu lat, wychowywany przez matkę wykształcił się w szkole ludowej w Jankowicach w 1918 roku, następnie zatrudnił się jako pomocnik murarza, po czym pracował niecałe dwa lata na kopalni Jankowice od stycznia 1919 r. W 1920 roku zaangażował się w drugie powstanie śląskie jako kurier i sekretarz komendanta Orlicha w Jankowicach. W tym samym roku rozpoczął naukę w seminarium nauczycielskim w Kcyni, bo w Wielkopolsce “już była Polska”. W 1921 roku wyjechał z Kcyni na początku maja i po przeszkoleniu w Wielkopolsce przyjechał do Szopienic, skąd pod dowództwem kaprala Czapkiewicza trafił do komendy Grupy Północnej w Tworogu jako uczestnik trzeciego powstania. Między innymi eskortował jeńców do Radzionkowa. W 1922 roku przeniósł się do seminarium nauczycielskiego w Pszczynie, gdzie zdał maturę w czerwcu 1925 roku. Rozpoczął pracę nauczyciela w Tychach, z przerwą na urlop płatny w latach 1929-1930 wykorzystaną na działalność wśród Polonii na Opolszczyźnie. Tam redagował czasopismo “Zdrój”. Powrócił następnie do Polski. Zawarł związek małżeński z Moniką Madzińską w końcu lipca 1930 roku w Kcyni, po czym wznowił pracę w Tychach, gdzie przyszła na świat dwójka synów, pierwszych z dziesięciorga potomstwa. Jednocześnie redagował “Młodego Polaka” w Katowicach. W 1933 roku wydał nakładem wydawnictwa “Młodego Polaka” w Katowicach trzyaktówkę o strajku dzieci we Wrześni pt. “Za polski pacierz”. W 1933 r. doszło do konfliktu Autora z wizytatorem. Jan Paszenda zaprotestował przeciwko programowi jawnego głosowania nauczycieli na BBWR. Przeniósł się pod jurysdykcję innego wizytatora – do Niedobczyc, dzisiejszej dzielnicy Rybnika, i uczył w tamtejszej szkole, mieszkając w jej budynku. W 1935 r. wydał w Rybniku broszurkę “O zachowaniu się w podróży”. (Zarówno wcześniejszy dramat, numery “Młodego Polaka” jak i ten poradnik savoir-vivre jest dziś dostępny w internetowej bazie Śląskiej Biblioteki Cyfrowej). W 1937 roku odmówił organizacji akademii z okazji drugiej rocznicy śmierci Marszałka. Otrzymał płatny urlop i przeprowadził się w październiku z rodziną do Dalek, obecnej dzielnicy Gniezna. Było to kilka miesięcy po narodzinach piątego dziecka. Pomieszkiwał m.in. w budynku Uniwersytetu Ludowego, jednej z pierwszych placówek oświatowych na ziemiach polskich, utworzonej tuż po odzyskaniu niepodległości, gdzie wykładał i obejmował funkcję kierownika. Tam zastał go wybuch drugiej wojny. Trzydziestego pierwszego sierpnia jako żołnierz rezerwy został powołany do batalionu nadwyżek, który został rozbity w kampanii wrześniowej w bitwie pod Kutnem. Jan Paszenda dwukrotnie wyrwał się z niemieckiej niewoli i w końcu września wrócił do Dalek. Dopiero w lutym 1940 znalazł zatrudnienie jako rewident i księgowy w firmie Labor w Gnieźnie. Objeżdżał wówczas gospodarstwa rolne, co wykorzystywał pod antynazistowską agitację wśród niemieckich właścicieli ziemskich. Przywoził też do domu żywność, którą bywał obdarowywany ze względu na liczne potomstwo. Jednocześnie od 1942 lub 1943 r. angażował się w konspirację, najpewniej we współpracy z ZWZ. Pod pseudonimem “Paweł” otrzymał delegację na powiat gnieźnieński. Po denuncjacji przez pewną Niemkę został aresztowany przez gestapo. Zgodził się na współpracę, odzyskał wolność, a następnie pod ścisłą kontrolą towarzyszy z Podziemia pisał do gestapo miesięczne fałszywe raporty, które dezinformowały okupanta. Wiosną 1944 roku miał przedostać się do Warszawy na kennkarcie wystawionej na fałszywe nazwisko, datę i miejsce urodzenia. Posiadał też sfałszowane papiery dowodzące jego zatrudnienia w warszawskiej firmie budowlanej i zameldowania na Alejach Jerozolimskich. Nie dotarł jednak do stolicy nawet na Powstanie. Z granicy Generalnego Gubernatorstwa zawrócił go kordon. Po “wyzwoleniu” przez Armię Czerwoną, zgłosił się do NKWD przedstawiając szczegóły i dowody swojej wojennej działalności. Mimo to aresztowano go pod zarzutem kolaboracji i umieszczono w poznańskim więzieniu, którego dyrektor dobrze go traktował. Paszenda otrzymał materiały do pisania i w więzieniu tym powstał tom wierszy należących do wielu gatunków lirycznych. Polscy sędziowie orzekający w 1946 roku uwzględnili wszystkie wojenne zasługi Oskarżonego i został On zwolniony na podstawie wyroku głoszącego pochwałę Jego patriotycznego wysiłku. Do końca 1946 roku pracował umysłowo w poznańskim PKS, w 1947 przeprowadził się z rodziną do Wrocławia, gdzie pracował m.in. w kurii metropolitalnej i na stanowisku wicedyrektora Caritasu. W 1949 roku po zaostrzeniu kursu wobec Kościoła stalinowskie władze zaczęły przejmować tę instytucję. Dziadek został aresztowany w listopadzie przez Urząd Bezpieczeństwa, tym razem jednak stał się ofiarą wielokrotnego oszczerstwa, które w dodatku przedstawiono publicznie. Polska Kronika Filmowa z 1950 roku poświęca temu kilka długich minut. Jest to też jedyny materiał filmowy, na którym można zobaczyć Jana Paszendę; z wiadomych względów redakcja Kroniki nie pozwoliła usłyszeć Jego głosu. Aresztowany i przesłuchiwany, opuścił areszt bez żadnego wyroku, fizycznie i psychicznie wyczerpany. Był rok 1950, kwiecień. W 1951 roku zamieszkał w Katowicach przy ulicy Powstańców. Pracował w Ars Catholica, a później w miejscach niezwiązanych z Kościołem, by uchronić dzieci przed represjami w szkołach. W tym okresie życia spisuje opowiadania o swoim dzieciństwie i młodości. Wyczerpany fizycznie chorował i leczył się na nadciśnienie tętnicze. Od śmierci Żony w 1956 roku pogłębiały się schorzenia psychiczne – depresja i stany psychotyczne – których ciężkich objawów nie potrafił ukryć przed młodszymi dziećmi. Na Jego oczach pod buldożerem bezlitosnej historii walił się świat wartości, o które – jak wynika z niniejszych tekstów – postanowił walczyć i budować je już w bardzo młodym wieku, zapatrzony we wzorzec swojego ojca. Zmarł w lipcu 1962 roku pod opieką sióstr wizytek w Katowicach pokonany dodatkowo przez udar. Pozostawił po sobie biografię osiągnięć, męczeństwa i ofiarności, za którą w wolnym, zwycięskim państwie przyznano by mu zapewne funkcję co najmniej wojewody oraz postawiono by pomnik. Jan Paszenda.
Kochany Dziadku!
Oto pierwsze wydanie Twojego Dzieła. Twoja nadzieja wbrew nadziei pokonała przeszkody polityczne, ekonomiczne i te zwyczajne, ludzkie. Po ponad siedemdziesięciu latach czytamy historie, które wydarzyły się ponad wiek temu. Dziś Jankowice mają inne domy, wiele nowych ulic, inną topografię. Cieki wodne zmieniły swój bieg lub nie ma ich na mapach ani w terenie. Staw Wowrów, ulubione miejsce Waszych kąpieli, też już nie istnieje. A ci, o których tu piszesz, tańczą z Tobą tam, w lepszym świecie. Świecie, w którym odbierasz zapewne swoją Nagrodę. Najdroższy “Nieznany” Pradziadku Pawle! Urodziłem się niemal równo sto dziesięć lat po Tobie. Jak dobrze Cię widzieć we wspomnieniach Twojego Syna! Z punktu widzenia mojego pokolenia Paszendów to chyba najcenniejsza wartość tego zbioru i największa niespodzianka. Pamięć o Tobie przetrwała w dziwnych, urywanych i sprzecznych przekazach ustnych rozpowszechnianych pierwotnie chyba przez Twoją Małżonkę… (och, kochana, znerwicowana Prababciu Marysiu, Ty też nie miałaś lekkiego życia…!). Wynikało z nich wiele niepochlebnych dla Ciebie wniosków, jakobyś był nieporadnym robotnikiem bez pomysłu na życie. Tymczasem nie wyjechałeś do Bottrop za chlebem, lecz uciekłeś z powodów politycznych. Świadomy Polaku! Korfantczyku! Wychowawco swoich dzieci, który zawstydziłbyś wielu współczesnych pedagogów swoją łagodnością, męstwem i rozumem! Dobry Gospodarzu i Górniku, którego stać było na krowę i konie. To Ty stworzyłeś Jana – Patriotę. Żałuję, że zginąłeś na niedobczyckiej kopalni, i to przez rutynę, czy pośpiech. Ale już wiem, że to nie było samobójstwo, lecz wypadek. Żałuję też, że nie doczekałeś wolnej Ojczyzny. Ale wiem, że jesteś bardzo dumny z Syna i swoich licznych Wnuków. Twojego grobu w Jankowicach już nie ma. Podobnie zniknął grób Twojej Żony Maryjki na rybnickim cmentarzu komunalnym, opodal kwatery ewangelickiej. Ciało Twojego Janeczka spoczywa przy ulicy Sienkiewicza w Katowicach. Jest stamtąd dobry widok na katedrę. I cały Śląsk jest w granicach wymarzonej przez Ciebie Polski. Te opowiadania są też o Tobie. I dla Ciebie.
Do zobaczenia!
Piotr Paszenda
Rozdział I
Matka1 podniosła mnie i osadziwszy na swoim lewym przedramieniu pokazywała prawą ręką:
– Patrz, Janeczku, patrz tam! Tam idzie twój tata.
Patrzałem we wskazanym mi kierunku, ale widziałem tylko tłum. Ojca nie pamiętałem. Miałem wtedy około czterech lat. Bodaj od roku, a może i dłużej nie widziałem ojca, który pracował w kopalni węgla w Bottropie, we Westfalii. Dziś miał powrócić do domu. Nie pamiętam już: na stałe, czy tylko na urlop. Matka już go zobaczyła wśród tłumu wysypującego się z pociągu. Dla mnie ten tłum wydawał się z daleka czymś jednolitym, coś w rodzaju wielogłowego smoka, czy też jakiejś płynącej rzeki.
– Widzisz tatę? Patrz, tam idzie!
Nie widziałem. Zobaczyłem go dopiero, gdy stanął przed nami. Ojciec2 wziął mnie na ręce, przycisnął, ucałował, coś mówił, żgał mnie wąsami po policzkach, wcisnął mi jakąś torebkę ze słodyczami do ręki i postawił mnie na ziemi.
Podczas gdy ojciec witał się z matką, siostrą i krewnymi, zdołałem zajrzeć do torebki i załadować w usta najponętniejszy kawałek czekoladki. Przywitania skończyły się. Ktoś wziął mnie za rękę i poprowadził do powozu, który czekał na nas przed dworcem.3 Ojciec, matka i ktoś jeszcze zajęli miejsca na tylnych siedzeniach, ja na kolanach matki. Naprzeciwko nam usiadła siostra i jakieś ciotki.
Woźnica cmoknął i konie ruszyły. Zaturkotały koła po nierównym bruku. Woźnica siedział gdzieś wysoko przed nami, jakby na głowie ciotek. Koni nie widziałem. Czasami tylko mignął mi przed oczami koński ogon.
Popatrzyłem na ojca i innych jadących i spostrzegłem, że uwaga wszystkich zwrócona jest ku ojcu. Do niego zwracali się z pytaniami i jego odpowiedzi słuchali. Próbowałem przez dłuższą chwilę przysłuchiwać się rozmowie, ale niczego z niej nie rozumiałem. Słowa niby zrozumiałe, ale treść niejasna. Nudne są rozmowy starszych. Nie warto ich słuchać. Spojrzałem na woźnicę. Trzymał oburącz lejce i cmokał. U jego boku sterczał bat. Od czasu do czasu sięgnął prawą ręką po bat, poruszył nim nieznacznie i wtedy usłyszałem zwykle trzask, jakby kto wystrzelił. To było znacznie ciekawsze od nudnej rozmowy starszych.
– Ach, gdyby tak usiąść obok woźnicy! Gdyby tak móc patrzeć na konie, jak na nie patrzy woźnica! Gdyby tak podpatrzeć, jak on strzela z bicza! – pragnienia te stawały się coraz wyraźniejsze i coraz silniejsze. Puste miejsce obok woźnicy przyciągało jak magnes. Nieświadomie usiłowałem zsunąć się z kolan matki, ale matka energicznym ruchem posadziła mnie w poprzedniej pozycji. Opiekuńcze ramiona matki stały mi się niewolą.
– Mamo…
Matka była tak pochłonięta rozmową, że nawet nie posłyszała mojego odezwania się.
– Mamo! – zawołałem trochę głośniej.
– Cicho, nie przeszkadzaj! – odburknęła matka
Zrobiłem wtedy, w tej jednej chwili, straszliwe odkrycie: nie dbają o mnie. Nic dla nich nie znaczę. Tata przyjechał. On ważniejszy. Ważniejszy dla mamy, dla siostry, starszej ode mnie o kilkanaście lat4, dla krewnych. Tylko woźnica zdawał się w ogóle nie zwracać uwagi na ojca, na wszystkich siedzących w tyle. On był ponad nimi. Siedział na swoim koźle jak król jaki na tronie. On mógł patrzeć bez przeszkody na konie. On mógł trzaskać z bata. On mógł cmokać. On mógł lejcami kierować konie to w prawo, to w lewo. On mógł wszystko. Jemu nie powiedzą: nie przeszkadzaj.
W moim małym serduszku rodził się bunt. Bunt przeciwko niewoli starszych. Przeciwko ich lekceważeniu moich czterech lat. Przeciwko ich nudnym rozmowom. Rodził się bunt, wzbierał w sercu, podnosił się coraz wyżej, aż nagle wybuchnął głośnym płaczem.
Płacz poskutkował jak różdżka czarodziejska. Od razu zwróciło się ku mnie kilka głosów.
– Co ci jest? Czemu płaczesz, Janeczku?
Płacz przybrał na sile. Wyczułem, że to jest skuteczna broń.
– Boli cię brzuszek?
– Nieeee…
– Może chcesz czekoladkę?
– Nieeee…
– Chcesz iść do taty na kolana?
– Nieeee…
Matka nachyliła się do mojego ucha. Szepnęła:
– Chcesz siusiu?
– Niee! – odpowiedziałem groźniej, jakby urażony tym niedyskretnym pytaniem.
– Cóż chcesz, Janeczku, powiedz!
Wstrzymałem łkanie. Popatrzyłem podejrzliwie na siedzących wkoło. Czyżby naprawdę chcieli mnie wysłuchać i spełnić moje marzenie? Jakże tu sformułować swoje pragnienie?
– Powiedz, co chcesz, Janeczku!
– Chcę … siedzieć … tam! – pokazałem rączką na miejsce obok woźnicy.
Matka, ciotki, siostra popatrzeli na ojca, potem znowu na mnie, potem spoglądali po sobie. Wreszcie usłyszałem głos ojca:
– Chcesz siedzieć na koźle jak woźnica?
– Tak! – skinąłem potakująco główką
– Hej, Wojciechu! Zatrzymajcie konie!
– Prrrr! – woźnica przyciągnął lejce ku sobie. Konie zaczęły zwalniać
– Nie spadnie? – wyraziła obawę matka
– Nie spadnie – uspokoił ją woźnica
Ojciec podniósł mnie, woźnica uchwycił mnie twardą dłonią za moje cieniutkie ramię i po chwili siedziałem już obok woźnicy. Łzy jeszcze wisiały grubymi kroplami na moich policzkach, ale podkówka płaczu już znikła z moich ust, oczy i cała twarz promieniała już radością i szczęściem. Powózka drgnęła. Konie ruszyły. Zachwiałem się, ale w tym samym momencie uchwyciłem się czegoś i nabrałem pewności, że już nie spadnę.
– Trzymaj się mocno! Nie spadnij! – ostrzegała mnie matka
Poluźniłem ręce. Spróbowałem, czy usiedzę bez trzymania się. Usiedzę. Nie spadnę. Teraz mogę spokojnie popatrzeć przed siebie. Co za widok! Jakie koniki wspaniałe!
Kli, kle, kla, kle! Kli, kle, kla, kle! – rytmiczne uderzanie kopyt końskich o bruk szosy dzwoniło mi w uszach jak cudna melodia. Zacząłem po cichu mlaskać w takt kopyt końskich. W tym coś czarnego śmignęło mi przed nosem.
– Co to było? – pytałem siebie zdumiony. – Już wiem. To ogon koński.
Woźnica sięgnął po bat. Machnął nieznacznie. Trzask! Spojrzał na mnie.
– Piyknie strzeliło?
– Piyknie!
– Strzelić jeszcze raz?
– Jeszcze! Jeszcze!
Woźnica strzelił raz po raz. Byłem w siódmym niebie. Co za rozkosz! Siedzieć na koźle jak prawdziwy woźnica, patrzeć na konie z bliska, słyszeć muzykę kopyt końskich, widzieć ich świecące podkowy, widzieć machające ogony końskie, widzieć spojrzenia przechodniów, którzy – jak mi się zdawało – musieli cmokać i szeptać:
– Patrzcie, patrzcie! Jaki to odważny! Nie widać po nim, żeby się bał siedzieć tak wysoko. Hm, hm! Ce, ce!
Woźnica musiał spostrzec moje szczęście, bo w pewnej chwili podał mi bat i powiedział:
– Wystrzel też tak jak ja!
Wyciągnąłem obie rączki po bat. Sądziłem, że to będzie coś lekkiego. Woźnica z taką łatwością machał nim w powietrzu. Tymczasem uczułem, że ten lekki bat to jakiś straszliwy ciężar. Niewiele brakowało, a byłby mnie ściągnął z kozła. Woźnica spostrzegł to i uchwycił biczysko, i przywrócił moje zachwiane ciałko do równowagi.
– Strzelimy razem. Teraz – hop!
Trzasnęło. Wydawało mi się, że mniej głośno, niż przedtem, ale gdy woźnica powiedział: – Widzisz, i ty umiesz już strzelać! – byłem szczęśliwy. Odwróciłem się w tył.
– Mamo! Tato! – spojrzałem ku woźnicy. Zrozumiał. Machnęliśmy. Trzasnęło.
– Piyknie? – spytałem.
– Piyknie, piyknie! – przytakiwali wszyscy siedzący w tyle.
I wtedy zdawało mi się, że na świecie nie ma nic piękniejszego nad to miejsce woźnicy, nad widok biegnących koni i nad strzelanie z bata.
Gdy nas wyładowano przed domem, miałem łzy w oczach. Ojciec to zauważył i powiedział mi:
– Nie płacz, Janeczku, zrobię ci taki bat. Będziesz sobie strzelał z niego. A może kupię ci kiedy i konia! Ale nie płacz.
Ojciec dotrzymał słowa. Dostałem najpierw bat, a później, na gwiazdkę, konia. Długo żyłem wspomnieniami tej jazdy. Musiało to być bardzo silne przeżycie, bo z tych czasów niczego innego nie pamiętam.
1Maria Paszenda (Marie Paschenda z domu Motyka), z pochodzenia michałkowiczanka, urodzona w Chwałowicach 2.4.1870 r., młodsza siostra Rozalii Biegesz, działaczki patriotycznej i powstańczej. Zmarła 2.12.1943 r. w Rybniku.
2Paweł Paszenda (Paul Paschenda) z Michałkowic (dzisiejsze Jankowice), ur. 3.6.1869, zmarł śmiercią tragiczną 8.7.1915 w wypadku na kopalni w Niedobczycach. Pradziadkowie pobrali się 3.6.1894 roku, w dwudzieste piąte urodziny Pana Młodego. Wszystkie dane metrykalne pochodzą z aktu ślubu i aktu zgonu Pawła.
3Chodzi o dworzec w Rybniku, wybudowany w 1856 r. na szlaku kolei z Katowic do Raciborza. Ojciec Autora zapewne przyjechał pociągiem z Berlina, być może z przesiadką w Gliwicach lub Koźlu.
4Zapis bardzo tajemniczy. Siostra Autora, Maria Paszenda, później Szukalska, urodziła się w 1896 r., a więc dziewięć lat przed swoim bratem. Gdyby była kilkanaście lat starsza, musiałaby być dzieckiem nieślubnym.




Dziękuję za piękny „powrót do przeszłości”.
Jestem rodowitą rybniczanką i sama miałam przyjemność poznania wielu rodzinnych opowieści. Dzieje mieszkańców rybnickich dzielnic mieszają się w perspektywie dziediątek lat…
Dziękuję Piotrowi Paszendzie, za zaangażowanie w upublicznienie dzieła swoich przodków i możliwość jego poznania.