Chciałbym także być ministrantem

Dwudziesta siódma część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
W naszej parafii ministranci pochodzili z nominacji. Mianował ich organista, którym był kierownik szkoły. Działo się to zwykle raz na rok, około Wielkanocy, gdy starsi ministranci opuszczali szkołę.
Dawniej, kiedy mieszkałem dalej od kościoła, ministranci nie przedstawiali dla mnie nic ponętnego. Widziałe ich w kościele przy ołtarzu. Na myśl mi wówczas nie przyszło, że ten ministrancki strój może też być dostępny zwyczajnym grzesznikom, z których przecież nijak nie mogłem się wyłączyć.
Dopiero gdy zamieszkałem bliżej kościoła, gdy częściej bywałem w kościele i obok kościoła, gdy częściej widziałem ministrantów nie tyle w kościele, ale niejako za kulisami kościoła, wtedy ministrant stawał mi się czymś bliższym, czymś zrozumialszym, czymś bardziej ponętnym, czymś godnym zazdrości i ubiegania się o tę godność.
Widziałem na przykład ministrantów przed zakrystią rozpalających ogień do kadzielnicy. Przecież to było przepyszne zajęcie. Taki ministrant brał w palce każdej ręki po jednym drzewnym węgielku, potrzymał je chwile nad płomieniem świecy, a potem zamieniał się w miech kowalski i dmuchał z całej siły w owe zaczynające żarzyć się węgielki. Żar rozszerzał się. Powoli obejmował całe węgielki. Potem ministrant wkładał je do jakiegoś naczynia, w którym było już więcej takich węgielków, wziął to naczynie na jakiś hak i począł nim wywijać młyńce w powietrzu. Naczynie furczało, błyskało coraz jaśniej, wreszcie wybuchało płomieniem. I to było najpiękniejsze!
– Chciałbym też tak machać tym ogniem! – marzyłem.
Ministrant miał także prawo dzwonienia. W tylnej części kościoła, zaraz za chórem, zwisał z wysokiego sufitu długi sznur. Zwykle za ten sznur ciągnął kościelny. Niekiedy jednak zjawiał się przy nim ministrant, w stroju liturgicznym lub bez, i szarpał z całej siły za sznur. Wtedy z wieży odzywał się dzwon. Z czasem nauczyłem się odróżniać jego głosy. Dzwon przemawiał różnie. Czasem monotonnie: bim, bim. To znowu: Bim, bam, bim, bam. Kiedy indziej znowu: bim, bam, bum, bim, bam, bum. Z czasem nauczyłem się rozpoznawać, kiedy dzwoniono na Anioł Pański, kiedy na podniesienie, kiedy umarłym.
– To musi być przyjemnie – myślałem nieraz – ciągnąć tak za ten sznur, rozdzwonić dzwon, żeby go słyszała cała wieś. To tak jakby mnie ludzie słuchali! Jakbym ja do nich przemawiał! Niewidoczny. Z ukrycia! Chciałbym tak kiedy zadzwonić!
Ale okazało się, że znacznie ponętniejsze od dzwonienia dzwonem było chodzenie z klekotką dokoła kościoła w okresie Wielkego Postu. Widziałem ich nieraz. Szło ich dwóch. Każdy miał w ręce drewnianą klekotkę i machał nią rytmicznie z całej siły. Dziwiłem się nieraz, że te klekotki wytrzymują klekotanie, że nie rozpryskują się w kawałki. Niekiedy szedł tylko jeden. Wtedy trzymał dwie klekotki: w każdej ręce jedną. Musiał wtedy czuć się podwójnie ważny, bo szedł bardziej nadęty. Nieraz zbliżyłem się do takiego i prosiłem:
– Pozwól jedną, pomogę ci!
Muszę przyznać, że wcale nie chodziło mi o to, żeby mu pomóc, tylko o to, żeby choć raz przejść się wkoło kościoła w aureoli klekotania.
– Nie potrzebuję twojej pomocy, wiesz! Tylko ministranci mogą chodzić z klekotkami!
Marzenie moje musiało pozostać tymczasem niespełnione.
W służbie ministranckiej pociągała mnie jeszcze jedna rzecz, mianowicie gaśnik. Ile to razy widziałem ministranta wychodzącego z zakrystii z długą tyką, taką jak do fasoli, tylko że ładniejszą, pomalowaną ładnie. Co ważniejsze, ta tyka miała na jednym końcu coś w rodzaju lejka. Z wąskiego końca lejka wychodził jakiś ogonek, który się palił i którym zapalano świece na ołtarzu. Drugim końcem lejka nakrywało się płomienie świec. Wtedy świeca gasła. Ale nie zawsze. Czasem taka świeca udawała, że już zgasła, wtedy ministrant odchodził z gaśnikiem, a ona znowu się zapalała. Wtedy szarpaliśmy ministranta za jego liturgiczne szaty i pokazywaliśmy mu z uśmiechem na świecę:
– Patrz, jeszcze się świeci!
Ministrant wracał nieraz po kilka razy do ołtarza. Tak go niektóre świece oszukiwały.
Pamiętam, że pewnego dnia pojawił się w kościele nowy gaśnik. Oczywiście, piękniejszy od starego, bardziej błyszczący złotem czy czymś podobnym. Najważniejsze jednak u tego nowego gaśnika to było coś na dolnym końcu tyki. Była tam gumowa piłka, tak jakoś sprytnie do tyki przymocowana, że gdy ścisnęło się szybkim ruchem ową piłkę, wtedy z drugiego końca przez ten lejek ktoś dmuchnął i płomień świecy, na którą lejek był wymierzony, gasł. To było przepyszne!
– Choć raz w życiu tak sobie dmuchnąć! A potem niech się dzieje, co się chce.
Otóż te wszystkie opisane wyżej zajęcia ministranckie, wywierały na moją wyobraźnię, na moje uczucia i wolę wielki wpływ. Były jeszcze i inne sprawy, które roztaczały dokoła osoby ministranta, niby dymy kadzielne, ponętne blaski. Nic też dziwnego, że pewnego dnia powstało w moim kudłatym łbie przemożne pragnienie:
– Chciałbym także być ministrantem!
Niestety do nominacji na ministranta nie wystarczało nawet najprzemożniejsze pragnienie. Nominacji dokonywał kierownik szkoły po bardzo skrupulatnym namyśle. Pamiętam, kiedyś przyszedł do klasy piątej kierownik szkoły, który w tej klasie w ogóle nie uczył. Począł oglądać sobie twarze chłopców. Nie wiedziałem wówczas, co to mogło znaczyć. Ale jedna z dziewcząt, widocznie bardzo bystra, odgadła od razu, po co przyszedł. Odwróciła się w stronę jednego z chłopców, zaczęła mrugać ku niemu, bić się w piersi w taki sposób, że można było się domyślić zbliżania się bardzo przyjemnej rzeczy.
– Ludwik! Ludwik! Będziesz ministrantem!
Ludwik zaczerwienił się i schylił skromnie głowę.
Tymczasem kierownik szkoły upatrzył już sobie kilku wybrańców nieba i pytał każdego:
– Gdzie mieszkasz? Ile masz lat? Czy chciałbyś być ministrantem?
Potem zwrócił się do mnie:
– Ty gdzie mieszkasz?
– Zaraz przy kościele. U kościelnego.
– Długo tam będziesz mieszkał?
– Już na zawsze!
Ale kierownik szkoły był innego zdania. Wiedział widocznie, że w ciągu ostatnich lat kilka razy zmieniliśmy mieszkanie. Nie uwierzył mojej odpowiedzi i nie brał już mojej kandydatury pod uwagę.
– Ach, że też to musieliśmy się tyle razy przeprowadzać! – wypowiedziałem oburzenie, nie wiadomo pod czyim adresem. O włos, a byłbym został ministrantem.
Muszę jednak wyznać, że nigdy nikomu nie zwierzyłem się z moim pragnieniem, że chciałbym być ministrantem. Nawet wobec matki. Minęło bodaj pół roku. Pragnienie zostania ministrantem było u mnie jeszcze wciąż bardzo żywe. Toteż zdziwiło mnie ogromnie, gdy matka, przyszedłszy raz z kościoła, odezwała się do mnie bez wstępu, jakby miała takie objawienie:
– Pójdziesz zaraz do księdza proboszcza i poprosisz go pięknie, że chciałbyś być ministrantem.
– Ale ministrantów wybiera kierownik szkoły, nie ksiądz proboszcz – przeciwstawiłem się.
– Nie mów! Ksiądz proboszcz więcej znaczy, niż kierownik szkoły. Mówię ci: idź zaraz, będziesz ministrantem.
– Jakże ja mam iść do księdza proboszcza z taką sprawą? To wstyd!
– Jaki wstyd? Co ty wygadujesz! Panu Bogu służyć to wstyd??
– Panu Bogu służyć – nie, ale iść prosić do księdza to jest wstyd! Wielki wstyd. Nie pójdę!
– Pójdziesz mi zaraz. Widziałam księdza proboszcza. Jest jeszcze w kancelarii.
– To idźcie wy!
– Co? Czy to ja chcę być ministrantem! Ty chcesz być! Ty musisz iść!
– Kto powiedział, że ja chcę być. Ja tego nie powiedziałem.
– To ty nie chcesz być ministrantem? – zdziwiła się matka.
– Nie powiedziałem, że nie chcę. Nie chcę tylko iść do księdza proboszcza. Nie chcę prosić. Jeśli chce, niech mnie sam zamianuje ministrantem. Wtedy zgodzę się na to.
– Toś ty taki?! Taki pyszny?! Ha, to pycha ci przeszkadza pójść do księdza proboszcza i powiedzieć mu swoją prośbę! Zaraz ci tę pychę wybiję z głowy.
Matka poczęła się rozglądać za czymś, co by najwięcej nadawało się do skutecznego wybicia mi pychy z głowy. Diabeł jakiś zwykle podsuwał powróz. Matka porwała powróz, złożyła i uchwyciła go odpowiednio. Stała w postawie gotowej do ataku. Ale wstrzymała się jeszcze i spróbowała wpłynąć na mnie ugodowo.
– Pójdziesz, czy nie pójdziesz?
Rozsądek radził mi nie dawać żadnej odpowiedzi. Milczałem.
– Pytam. Odpowiadaj mi zaraz: pójdziesz, czy nie pójdziesz.
– To wstyd! Wstydzę się…
– Wstyd? Pycha nie wstyd!
I zaczęła wybijać mi z głowy ów pierwszy grzech główny. Najprawdopodobniej matka nie bardzo była pewna tego, gdzie owa pycha ma swoją siedzibę w moim ciele. Mogła być w głowie, ale równie dobrze mogła się uczaić i w innym zakątku ciała. To też matka wolała bić po całym ciele, nie wybierając specjalnie niczego, ani też niczego nie oszczędzając.
Dość długo wytrzymywałem atak. Broniłem się jak mogłem. Rękami, nogami. Ale wtedy ciosy spadały właśnie na ręce i nogi. Broniłem się płaczem i krzykiem. Nic.
– Powiedz: pójdziesz, czy nie pójdziesz?!
– Zaczekajcie, namyślę się! – prosiłem.
Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że matka nie ustąpi. Znałem ją zbyt dobrze. Zresztą, potwierdzała to cała jej postawa. Miała by mnie bez końca bić? I za co? Za to, że ona chce właściwie tego samego, co i ja? Nie ma sensu. Najmniejszego sensu. Skapitulowałem.
– A jak to trzeba powiedzieć? – spytałem na znak, że gotów jestem już pójść do księdza proboszcza.
– Najpierw pochwalisz Pana Boga.
– To wiem. A potem co?
– Potem ucałujesz księdza proboszcza w rękę i powiesz tak: Chciałbym być ministrantem.
– Nic więcej?
– Nie. Więcej nie potrzeba. Potem tylko odpowiadaj na pytania.
– No, dobrze! To już pójdę! Ale najpierw muszę się umyć, bo się pewnie przy tym biciu umazałem.
– Dobrze. Umyj się!
Po umyciu się poszedłem z bijącym sercem na probostwo. Stanąłem na korytarzu. Nadsłuchiwałem chwilę. W kancelarii było słychać głos księdza proboszcza i jakiejś kobiety. Postanowiłem zaczekać. Serduszko waliło mi mocno, coraz mocniej. Wstyd mnie gryzł i palił. Po chwili przyszło mi na myśl, że można by jeszcze zwiać i nie pokazać się przez parę dni w domu. Poskarżyć się u babci lub dziadka. Może by oni byli wyrozumialsi i znaleźliby jakie inne rozwiązanie, również pomyślne. Już zacząłem cofać się ku drzwiom, gdy nagle drzwi od kancelarii otworzyły się. Wyszła najpierw kobieta, a za nią ksiądz proboszcz. Proboszcz spostrzegł mnie od razu.
– No, czego chciałeś?
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – powiedziałem i zbliżyłem się, żeby pocałować księdza w rękę.
– Na wieki wieków. Amen. Cóż powiesz, chłopcze?
Otworzyłem usta, ale głos żaden z nich nie wyszedł. Przynajmniej żaden artykułowany głos. Coś mnie ścisnęło za grdykę. Głos zamarł mi w gardle. Buchnąłem głośnym płaczem. Co za wstyd!
Proboszcz spoważniał.
– Co się stało? Matka umarła?
– Nie! – poruszyłem głową przecząco.
– Nieszczęście jakie?
– Nie! – jeszcze odpowiadałem tylko poruszeniem głowy.
– No to nie płacz, chłopcze, jeśli się nic nie stało. Uspokój się!
Pogłaskał mnie po głowie. Uśmiechał się dobrotliwie.
– Sam od siebie przyszedłeś?
– Nie! – odpowiedziałem wśród łkania.
– Matka cię posłała?
– Tak – przytaknąłem głową i wytarłem sobie chusteczką nos i oczy.
– I cóż ci matka kazała powiedzieć?
– Mam powiedzieć: Chciałbym być ministrantem! – głośne łkanie uczyniło zdanie moje niezrozumiałym.
– Co takiego? Nie zrozumiałem.
– Chciał…bym…być… mini…strantem! – łkanie przerywało mowę. Ale proboszcz zrozumiał już treść. Kobieta także.
– Ministrantem chciałbyś być?
– Ta…ak!
Kobieta wtrąciła swoje dwa grosze:
– Może on nie chce, tylko matka go tu przysłała!
– Prawda to? Matka kazała ci być ministrantem?
– Tak!
– A ty nie chcesz być?
– Chcę, ale…
– Ale co? – badał dalej zaciekawiony proboszcz.
– Ale wstydziłem się przyjść powiedzieć! – wyznałem jak na spowiedzi. Szczerze.
– I matka cię tu przysłała?
– Ta…ak!
– I ty nie chciałeś iść?
– Nie…
– Więc ci matka nabiła?
– Ta…ak! – powiedziałem i zacząłem buczeć na cały głos.
– No, nie płacz chłopcze, nie płacz. Może i będziesz ministrantem. Porozmawiam z panem rektorem. No! Nie płacz już! Dość! Jeśli będziesz płakał, nie będziesz ministrantem – zagroził proboszcz uśmiechając się.
Wstrzymałem łkanie. Spojrzałem w twarz księdza proboszcza. Uśmiechnąłem się.
– No, widzisz. Już dobrze. Idź już, idź. I miej nadzieję. Może zostaniesz ministrantem.
Następnego dnia przywołał mnie pan rektor.
– Zgłosisz się w zakrystii. U kościelnego. Powiesz, że jesteś ministrantem. Ja tak powiedziałem.
– Dziękuję. Pójdę. Powiem.
Kościelny był bardzo zdziwiony.
– Przecież jest dość ministrantów. Sześciu. Wystarczy.
– Ja mam być siódmy! [Tak] powiedział pan rektor.
– Jak powiedział, to niech tak będzie! A ministranturę umiesz?
– Nie jeszcze.
– To się naucz! A dobrze. Ty, Franek, przypilnuj go!
I tak zostałem ministrantem. Zaczęła się żmudna nauka ministrantury. Wkuwałem całymi godzinami i dniami niezrozumiałą łacinę.
– Franek, przepytaj mnie, czy już umiem ministranturę!
– Dobrze. Mów!
Zacząłem recytować wyuczone zdania.
– Nie tak, źle! Jeszcze raz! Przecież nie tak, lecz tak!
Franek wbijał mi w głowę ministranturę po kawałku. Wreszcie ją umiałem. Myliłem się jeszcze, ale już nie wiele.
– A wiesz już, jak chodzić koło ołtarza i jak klękać?
– Nie wiem.
Franek zaczął mi objaśniać skomplikowany ceremoniał. Przy mszy św. zwyczajnej, to tak. Z kadzidłem to inaczej. Przy żałobnej też inaczej. Jak służyć jednemu to inaczej, we dwóch inaczej1. We czwórkę inaczej. Zacząłem patrzeć na ministrancką wiedzę i ministranckie umiejętności z większym szacunkiem.
Gdy już jako tako wprawiłem się w służenie do mszy, wypadło mi raz służyć samemu. Wtedy mi się coś pomyliło. Ksiądz zeszedł do stóp ołtarza. Stanąłem obok niego z prawej strony. A miałem stanąć z lewej.
– Przejdź na drugą stronę! – rozkazał groźnym głosem ksiądz proboszcz.
Uczułem jego rozkaz jak uderzenie biczem. Przeskoczyłem prędko na drugą stronę. Czerwieniłem się jak rak po ugotowaniu. Myślałem, że wszyscy ludzie w kościele zauważyli moją gapę.
Po pewnym czasie Franek, jako mój opiekun i nauczyciel ministrantury, powiedział mi w sekrecie następującą rzecz.
– Ty wymawiasz wyraźnie każdy wyraz, każde słowo. Ja nie. Tego wcale nie potrzeba! Na przykład, jak ty mówisz zaraz w pierwszym zdaniu?
– Mówię tak: Ad Deum qui laetificat juventutem meam2.
– A ja mówię tak: Ad Deum…dededdededdeddededede…meam. Oczywiście to: dedede… mruczę po cichu. Inne zdania wymawiam podobnie. Zawsze pierwsze dwa, trzy wyrazy mówię głośno i wyraźnie, następne mruczę po cichu, i dopiero końcowe dwa, albo nawet tylko jeden wyraz wymawiam znowu wyraźnie. Jeszcze mi nikt nie powiedział, żeby to było źle.
Ten sposób odmawiania ministrantury przypadł mi bardzo do gustu. Spróbowałem tego sposobu raz i drugi. Udało się. Doskonale. Aż tu pewnego razu nastąpiła wsypa. Okropna wsypa! Na zaproszenie księdza proboszcza przyjechał do naszej parafii na kilka dni pewien misjonarz. Wypadło mi służyć z innym jeszcze ministrantem do mszy. Obaj przyswoiliśmy sobie ułatwiony sposób odmawiania ministrantury. Obaj też popisaliśmy się nim wobec misjonarza. Po mszy św. przywołał nas o. misjonarz do siebie. Sądziliśmy, że dostaniemy coś do ręki. Zdarzało się to nierzadko, gdy służyliśmy obcym księżom. Podchodzimy uśmiechnięci i zadowoleni.
– Ty, powiedz no ministranturę!
Zbladłem, ale od razu tknęło mnie jakieś trafne przeczucie. Natężyłem pamięć i wyrecytowałem ministranturę poprawnie.
– Teraz ty!
I on wyśpiewał ją poprawnie.
– Więc umiecie! A czemu to przy ołtarzu mówicie co innego? He?!
Opuściliśmy ze wstydem głowy.
– Trzeba wyraźnie wymawiać każde słowo. A nie: dededededede! Deddededede! To nie jest żadna ministrantura! To jest obraza Boska, rozumiecie! Przez to wasze: “dededede!” msza św. może być nieważna! Lekceważycie Najświętszą Ofiarę! Tak nie wolno! Ministranturę trzeba wyraźnie wymawiać! Pan Bóg chce słyszeć, co wy tam mówicie! No co? Poprawicie się?!
– Tak!
Pogroził nam jeszcze palcem przed odejściem.
– Franek temu winien. On ma grzech. On nas tego nauczył! – usprawiedliwialiśmy się sami przed sobą.
Czasem zdarzył się w ciągu tygodnia bogaty pogrzeb. Dużo ludzi przyszło za trumną. Dużo ludzi pchało się do zakrystii. Kościelny gonił spocony na wszystkie strony. To jeszcze i tamto jeszcze. A ludzie chcieli dać na zalecki.
– Chłopcy! Który tam z was umie pisać po polsku? Dalej! Piszcie zalecki! Alfons! Janek!
Usiedliśmy z papierem i ołówkiem każdy z jednej strony stołu. Pisaliśmy, jak umieliśmy. Po pogrzebie oddaliśmy pieniądze zebrane księdzu proboszczowi. Ksiądz proboszcz wyciągnął z brewiarza zapisane nasze kartki.
– Kto to pisał?
Przyskoczyłem bliżej. Popatrzyłem.
– To Alfons!
– A to?
– To ja.
Ksiądz długo przebierał w pieniądzach. Zdawało mi się, że je segreguje. Miedziaki osobno. Niklówki osobno. Miedziaków było więcej.
– Alfons! Chodź tu! Weź sobie to! Patrz, ile to tego!
– Tyś też pisał? Chodź! Dostaniesz resztę!
Wsunął mi w dłoń niklowe monety. Podziękowałem. Odszedłem w kąt. Policzyłem pobieżnie. Sztuk było mało. Razem jednak: jedna marka i sześćdziesiąt fenigów. Widziałem, że Alfons liczy swoje miedziaki w drugim kącie. Gdy skończył, podbiegłem do niego.
– Ile dostałeś?
– Osiemdziesiątpięć fenigów.
Zmarszczyłem brwi. Pomyślałem chwilę, potem rzekłem, niby to z zazdrością:
– Tak dużo?
– A ty? – spytał Alfons.
– Ja? Mniej! Nie liczyłem dokładnie. Zdaje się, że tylko sześćdziesiąt groszy.
– Bo ja zawsze piszę zalecki. Mnie już ksiądz proboszcz znają.
– No i umiesz ładniej pisać ode mnie?! – rzekłem z ironią, bo Alfons gryzmolił okropnie nieczytelnie.
Znacznie gorzej ode mnie. Zrozumiał przytyk i nie mówiliśmy już więcej na ten temat.
I tak pchało się w tę karierę ministrancką.
Pewnego dnia, w niedzielę, po sumie przystąpił do mnie jakiś elegancki panicz, niewiele młodszy ode mnie i odprowadził mnie na bok.
– Chcesz cukierków?
– Cukierków? Czemu nie. Dobre są?
– Najlepsze, jakie mamy.
– A ile?
– Ile chcesz?
– Ile dasz.
– To weź sobie całą torebkę.
Wcisnął mi ją do kieszeni.
– Mam jeszcze więcej! Zawołaj jeszcze innych ministrantów.
Zawołałem. Przyszli. Też dostali po torebce cukierków.
Panicza znaliśmy. Był to syn bogatego kupca z sąsiedniej wsi. Ojciec jego zmarł niedawno. Widzieliśmy synka i jego matkę za trumną.
Chrupaliśmy cukierki. Dobre były. Rozmawialiśmy wesoło.
– Taki z cukierkami mógłby zgłaszać się częściej! – powiedział któryś z ministrantów.
– Chcecie? Smakują wam? Mogę przynieść wam co dzień!
– Co dzień? – dziwiliśmy się. Franek nachylił się do mojego ucha i szepnął: On coś chce. Głośno zaś powiedział:
– Tak za nic? Za darmo?
– Tak. Za nic – panicz myślał nad czymś z wysiłkiem. Widać to było po jego minie. Po chwili dodał: – Powiedzcie mi, jak można zostać ministrantem.
– A na co ci to wiedzieć? – spytał przebiegły Franek.
– Chciałbym zostać ministrantem!
– Ty? Ministrantem? U nas? Przecież ty mieszkasz w innej wsi!
– No to co?
– No to możesz być ministrantem, ale w waszej wsi.
– Kiedy u nas nie ma kościoła, ani księdza.
– To zaczekaj, aż wybudują kościół i sprowadzą księdza!
– Hm! To mi wąsy do tego czasu urosną!
Roześmialiśmy się wszyscy.
– To chciałbyś koniecznie być ministrantem? – spytał Franek.
– Chciałbym. Bardzo! Zróbcie coś, żebym mógł nim być!
– Pomyślimy. Może się da coś zrobić! – robił niewyraźne obietnice Franek.
– Zróbcie! Przyniosę wam jeszcze coś dobrego!
Panicz przynosił codziennie coś innego. To cukierki, to pierniki, to papierosy, to znowu drobiazgi galanteryjne.
– Przyjdź jutro! Przymierzymy ci nasze sutanny!
Panicz przyszedł. Ubrał się jak prawdziwy ministrant. Było akurat czterdziestogodzinne nabożeństwo. Wysłaliśmy go do ołtarza. Niech klęczy. Był wniebowzięty.
– Wiecie co? Dzisiaj nie mogłem wam przynieść nic ze sklepu, ale przyniosłem każdemu po 50 fenigów.
– Jutro też będę mógł klęczeć?
– Jeśli przyniesiesz coś dobrego… – wyrwało się Frankowi.
– Będziesz klęczał, chociażbyś i nic nie przyniósł! – powiedziałem stanowczo. To wyzyskiwanie chłopięcego marzenia wydało mi się nie na miejscu.
Następnego dnia panicz przyszedł, ale przyszedł w towarzystwie swojej matki. Spojrzał na nas ukradkiem i położył palec na ustach.
– Gdzie jest ksiądz proboszcz! – spytała jego matka.
– Ksiądz proboszcz? Nie wiemy. Może na probostwie.
Poszli oboje na probostwo. Po półgodzinie zjawił się w zakrystii ksiądz proboszcz i rozpoczął dochodzenia.
– Kto, kiedy i co dostał od tego panicza?
Nie było czasu porozumieć się ani z paniczem, ani między sobą. Nie chcąc narazić swojego dobrego imienia, wyśpiewaliśmy wszyscy całą prawdę. Okazało się, że te rozmaitości, które nam przynosił kandydat na ministranta, były kradzione ze sklepu. Pieniądze też.
– Pieniądze jeszcze mam. Mogę je oddać! – podsunąłem.
– Zostawcie sobie to wszystko – powiedziała matka – ale więcej już od niego nie bierzcie. On nie potrzebuje być ministrantem. I ja nie chcę, żeby on był ministrantem. Widzę, że ministranci to źli chłopcy. Dawniej nie kradł. Zaczął kraść, gdy poznał ministrantów.
Tego było za nam za wiele. Nawet Franek nie wytrzymał.
– Myśmy go o nic nie prosili! Ma pani jego pieniądze! My ich nie chcemy! On chodził i pchał się za nami z tym wszystkim!
Wszyscy oddaliśmy pieniądze.
Ksiądz proboszcz zmarszczył brwi.
– Ej, chłopcy! Nie byliście zupełnie w porządku!
I pogroził nam palcem.
– Idźcie już! I nie handlujcie mi więcej ministranturą!
Poszliśmy jak zmyci. Chwilę później prowadziła matka swojego panicza za rękę. Panicz już nigdy nie pojawił się w naszej zakrystii.
Chłopcy pośmiewali się z niego. Ja nie. Rozumiałem więcej od nich, co dzieje się w duszy takiego chłopca, w której rozpanoszyło się pragnienie:
– Chciałbym być ministrantem!
1Niejasność stylistyczna. Oczywiście chodzi o służenie w pojedynkę lub w grupie, a nie “jednemu kapłanowi” bądź większej ich liczbie przy ołtarzu. Koncelebra w obrządku łacińskim zanikła i przywrócił ją dopiero Sobór Watykański II w latach 60. XX w.
2“Do Boga, który rozwesela młodość moją”. Była to część tzw. ministrantury, którą trzeba było znać na pamięć. Ksiądz u stopni ołtarza rozpoczynał modlitwę od znaku krzyża (po łacinie) i od wezwania: Introibo ad altare Dei – “Przystępuję do ołtarza Bożego”. Ministranci odpowiadali. Te słowa pochodzące z Psalmu 42 do dziś stanowią tekst modlitwy ministranta przed mszą świętą w okresie zwykłym.


