Chodź, napijemy się mokki!

Trzydziesta trzecia część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Był piętnasty dzień któregoś tam miesiąca. Zdaje się lipca, a może i sierpnia. Dzień roboczy, mający jednak o tyle charakter świąteczny, że był dniem wypłaty.
Taki już przyjął się zwyczaj, nie wiem: mądry czy głupi, że ludzie otrzymawszy pieniądze zaraz muszą lecieć czy jechać do miasta, by je wydać.
Dostałem w tym dniu którąś tam już z rzędu wypłatę. Właśnie wkładałem pieniądze do portfelu, gdy zobaczył mnie kolega.
– Jedziemy do miasta całą paczką. Jedź z nami!
Nie pozostawiając mi czasu do namysłu ani nie czekając na moją odpowiedź, chwycił mnie pod ramię i poprowadził do kolejki kopalnianej, która miała nas powieźć do miasta.
– Nie oblaliśmy zresztą jeszcze naszej znajomości! Dzisiaj nadarza się doskonała okazja!
Zwyczaj oblewania znajomości, czy też otrzymanej pracy, należał do tych przemożnych bożków, którym nie umiałem odmówić swojego pokłonu i swojej ofiary.
– Niech będzie! – zgodziłem się – Pojadę z wami!
Nie było to zresztą z mojej strony wielkie bohaterstwo, albowiem pociąg już był w ruchu, a ja siedziałem z całą paczką kolegów w wagonie. Była to raczej nieubłagana konieczność! Przywódcy naradzali się po cichu, w którym lokalu byłoby najlepiej spędzić tak uroczysty dzień. Po naradzie ustalili “Restaurację Zamkową.”1
– Mam tam znajomego kelnera! Wszystko z nim można zrobić! – wyjaśnił jeden ze starszych kolegów
Skierowali się po przyjściu do miasta ku Zamkowej. Propozycja nie bardzo mi się podobała. Wiedziałem, że Zamkowa jest restauracją. Do restauracji od pewnego czasu nie lubiłem zaglądać. W “Zamkowej” nie byłem jeszcze ani razu
– Dokąd idziecie? – spytałem niby nie wiedząc, o co chodzi.
– Do Zamkowej.
– Po co?
– Jak to: po co? Nie wiesz, po co chodzi się do Zamkowej?
– Nie wiem.
– Ale, nie udawaj! Chodź, chodź!
– Jeśli nie powiesz, po co tam idziemy, to nie pójdę! – uparłem się
Koleżka wziął mnie pod ramię, nachylił się, bo był wyższy ode mnie, do mojego ucha i rzekł niby szeptem, ale tak, żeby wszyscy słyszeli:
– Chodź, chodź! Napijemy się mokki!
– Mokki? – spytałem
– No, mokki! Nie wiesz, co to jest? To tym bardziej musisz iść z nami. Jak można nie wiedzieć, co to jest mokka!?
Wciągnęli mnie do środka. Przeszliśmy obszerny lokal do samego końca. Tam zajęliśmy miejsca przy dużym stole. Usiadłem tak, że nie widziałem, co dzieje się na sali.
Zjawił się kelner. Strzepnął z przyzwyczajenia proch ze stołu, choć tam żadnego prochu nie widziałem, i rzekł melodyjnie:
– Czym mogę panom służyć?
– Cześć, Heinrich! Nie poznajesz mnie!
– A to ty? Cześć, cześć!
– Słuchaj, Heinrich! Chcielibyśmy napić się mokki. Ale dobrej, rozumiesz? Przecież alkoholu dzisiaj nie wolno wam sprzedawać?
– Nie, nie. Alkoholu nie wolno! W dzień wypłaty nie wolno!2
– To przynieś nam mokki. W dzbanku, filiżankach, jak tam chcesz.
– Dobra jest. Ile?
– Raz, dwa…, sześć. Sześć razy mokka. Zrozumiałeś? – kolega mrugnął na kelnera znacząco
– Zrozumiałem. Sześć razy “mokka”! – powtórzył kelner i odmrugnął koledze równie znacząco
Czekaliśmy na tę “mokkę” dość długo. Mnie to nie dziwiło. Czekałem cierpliwie. Nie nudziło mi się, bo orkiestra grała bardzo ładnie, a kolega bawił mnie doskonale.
W pewnym momencie ktoś klepnął mnie po ramieniu.
– Cześć, Janku! Jak się masz?
Był to mój kolega szkolny, który już także pracował, ale w mieście. Wstąpił do Zamkowej na piwko.3 Zobaczył mnie, przyszedł przywitać się. Przedstawiłem go całej paczce.
– Mój kolega! Teodor O.
– Bardzo nam miło! Siadajcie, kolego, przy nas.
I kolega Teodor przysiadł się do nas. Usiadł w moim najbliższym sąsiedztwie.
– Zamówiliście już co?
– Już. Mokkę.
– Mokkę? – skrzywił się Teodor.
– Dobrą “mokkę”, białą! – dodał ktoś z kolegów i mrugnął znacząco.
Właśnie też nadszedł kelner z tacą. Postawił na stole duży dzbanek, obok mniejszy, cukierniczkę, a przed każdym z nas filiżankę.
– Panie starszy, dla tego kolegi jeszcze jedną filiżankę!
– W tej chwili służę! – powiedział kelner i rzeczywiście po chwili zjawił się z filiżanką.
Postawił ją przed kolegą Teodorem.
– Nalać, czy panowie sami sobie naleją?
– Dziękujemy, panie starszy. Nalejemy sobie sami!
Zaczęło się nalewanie “mokki”. Każdy nalał sobie najpierw z dużego dzbanka, potem z małego, potem czegoś łyżeczką z cukierniczki. Przyszła kolej na nas. Kolega okazał się bardzo miłym i usłużnym.
– Pozwólcie, że wam naleję. Najpierw “mokki” z dużego dzbanka.
Przypatrywałem się jego robocie. Do filiżanki mojej z dużego dzbanka lał się jakiś biały, przejrzysty płyn. Byłem trochę zdumiony. Wprawdzie nie piłem jeszcze nigdy w restauracji mokki, ale wydawało mi się, że mokka to kawa. Kawa powinna być czarna. Tymczasem to nie było nic podobne do kawy.4
– A teraz trochę “mleczka”! – mówił kolega nachylając mniejszy dzbanek do naszych filiżanek. Ale z tego dzbanka nie lało się nic.
– Co to za mleko? – spytałem zdumiony
– Zwyczajne mleko. Od krowy. Tylko, że brakło! – dodał ciszej – Niech wam się zdaje, żeście dostali mleka. A przede wszystkim innym, szczególnie policji, niech się zdaje, że pijemy kawę z mlekiem.
Spojrzałem na Teodora, on na mnie.
– Ty, Janek! To nie żadna mokka! To zwyczajna gorzoła! – szepnął mi Teodor do ucha
– Gorzoła? – spytałem zdumiony. Spojrzałem do filiżanki. Rzeczywiście! Ten płyn zupełnie przypominał wódkę.
– Na zdrowie naszego solenizanta!
– Którego?
– Tego, co zamówił. Na zdrowie, koledzy!
Podnieśliśmy filiżanki najpierw w górę, potem zniżyliśmy je do ust.
– Dobra ta “mokka”! – chwalili koledzy
Skrzywiłem się nieco.
– A może kolega pozwoli trochę cukru! – podsunął mi cukierniczkę.
– A, owszem! Lubię z cukrem!
Sięgnąłem łyżeczką do cukierniczki. Była próżna. Już, już chciałem powiedzieć:
– Nie rób sobie kpin ze mnie! Ale kolega wyprzedził mnie:
– Pieronie, udawaj, że bierzesz cukier! Jeszcze zwrócimy uwagę na siebie!
“Nabrałem” więc “cukru”, potem długo mieszałem.
– Przestań już mieszać, bo dziurę zrobisz w filiżance i “mokka” się wyleje!
– Aleście mnie nabrali!
– Na zdrowie! Kiedy nie ma wódki, pijemy “mokkę”!
Wychyliłem filiżankę do dna. Nalali drugą. “Mokka” podziałała na języki i na odwagę. Mówiono coraz więcej i coraz głośniej. Po wypiciu drugiej filiżanki zacząłem odczuwać taki ciężar w głowie, jakby kto do niej wlewał ołów.
– Pójdziemy razem do domu. Mam rower. Wezmę cię na rower! – zaproponował kolega Teodor
– A to bardzo dobrze! Chętnie skorzystam. Jakoś czuję, że nie zajdę do chałupy. Ta “mokka” strasznie mocna!
– Koledzy! Wstajemy! Wychodzimy! Tam są drzwi!
Ktoś uchwycił mnie za ramiona, obrócił mnie o 180 stopni, i pchnął przed siebie.
– Cóż to? Chciałeś wejść do lustra?
Sala zaczęła się kręcić. Goście ze stolikami jechali wkoło sali jak karuzela. Nogi plątały się i nie mogły trafić w puste przejście między stolikami. Ciągle ktoś o mnie zahaczał. Albo też ja o kogoś. Po wielu niemałych wysiłkach wydostałem się poza drzwi. Na świeże powietrze.
– Zaczekaj na mnie tu! Poszukam roweru! – powiedział Teodor
– Dobre jest! Poczekam. Czemu nie!?
Inni koledzy pożegnali się i poszli. Ujrzałem przed sobą dużą żelazną bramę. Kręciła się koło mnie, jakby chciała, żebym ją złapał.
– Już cię mam! – zawołałem i chwyciłem się żelaznych prętów
Od żelaza szedł chłód. Przycisnąłem rozpalone skronie do chłodnego żelaza. Przyniosło mi to ulgę. Na świat zapadał mrok. Na ulicach już świeciły się gazowe lampy.
– Janku, gdzie jesteś?
– Tu jestem! Bramę złapałem i trzymam, żeby nie uciekła!
– Puść to pieroństwo! Niech sobie ucieka! A chodź tu! Siadaj! Pojedziemy.
Kolega Teodor już siedział okrakiem na rowerze. Puściłem bramę. Poszedłem w stronę kolegi.
– Gdzie wolisz? Na rurce, czy na sztyfcie?
– Wolę na sztyfcie!
– No to jazda! Chwyć się mnie, żebym ci nie uciekł!
Teodor pchnął rower. Wsiadł. Rower potoczył się nierównym zygzakiem po ulicy. Biegłem parę kroków za nim i wskoczyłem na sztyft. Uchwyciłem się Teodora za barki. Ale moje pchnięcie naruszyło nieco równowagę roweru. Teodor nie mógł utrzymać kierownicy. Rower wpadł na brzeg od chodnika i obaj wysypaliśmy się pod latarnią.
– Gdzieś to wjechał? Przecież to jeszcze nie nasz dom!
– Ta latarnia mnie tak zmyliła! Ale to nic! Zaraz pojedziemy dalej.
Pozbierałem siebie. Potem pomogłem pozbierać się koledze. W końcu obaj pozbieraliśmy rower i to wszystko, co wysypało sie z nami.
– Zaraz pojedziemy dalej. Już! Siadaj!
Rower ruszył. Wskoczyłem na sztyft. Rower obrał inny kierunek i po chwili wysypaliśmy się po drugiej stronie szosy. Pod drzewem.
– Nie rozumiem, farona, czemu oni w tym miejscu zrobili taką wąską ulicę. Trzeba będzie napisać zażalenie do magistratu.
Tym razem najpierw Teodor pozbierał siebie i swoje manatki. Potem dla odmiany pomógł pozbierać się mnie. A w końcu podnieśliśmy wspólnymi siłami rower.
– Teodor, wiesz co? Mnie się zdaje, że od tej “mokki”, cośmy ją wypili, twój rower jest pijany. I dlatego mu ulica za wąska.
– Myślisz? A to nie jest wykluczone! On mnie się też nie podoba!
– To wiesz co, Teodorku kochany! Kiedy rower jest pijany, to weźmiemy go ładnie za ramiona i zaprowadzimy go do domu, no nie? I nie będziemy go wcale przymuszać, żeby nas zawiózł do chałupy. Z pijanym trzeba jak z dzieckiem. No, powiedz! Mam, czy nie mam racji?!
– Masz świętą rację. Tyś w ogóle jest mądrym chłopem. I byłeś zawsze. Już ci dawno chciałem powiedzieć, ale nie było okazji. Wiesz co?
– Nie wiem.
– Kiedy nie wiesz, to przyjmij ode mnie na pamiątkę tę czekoladę. Kupiłem ją dla swojej dziewczynki, ale tyś mi milszy od mojej dziewczynki. Weź sobie, Janku, tę czekoladę.
– A cóż ja będę robił z twoją czekoladą?
– A zjesz sobie.
– Kiedy mi się nic a nic jeść nie chce.
– To zjesz, jak ci się jeść zachce.
– A jak mi się nie zachce?
– To podarujesz ją psu.
– Kiedy nie mam psa.
– To podarujesz temu, co się pierwszy nawinie.
– No, dobrze! Potrzymam ją w ręce, żebym nie zapomniał.
– Janku!
– Co chcesz, Teodorku?
– Strasznie dawno myśmy sie już nie widzieli!
– Pewno, bo mieszczuchy, psiekrwie, lampy pogasili. A po ciemku jakże możemy się zobaczyć?
– Ale trzymamy się kupy, co?
– Kupy i roweru!
– No to weź jeszcze ode mnie drugą pamiątkę!
– A na co mi twoje pamiątki!
– Jak to? Nie chcesz ode mnie pamiątki? Gardzisz moją pamiątką?
– Ale Teodorku kochany! Przecież zaraz nie musisz płakać z powodu jakiejś pamiątki! Nie becz, faronie!
– Jak to nie beczyć, kiedy już nie mam przyjaciela?
– A cóż? Zmarło się twojemu przyjacielowi? Nie słyszałem o tym. Któryż to był? Panie, świeć nad jego duszą!
– Widzisz, faronie, do czegoś to doprowadził? Żyjesz i nie żyjesz! Mam cię i nie mam! Myślałem, że z ciebie wierniejszy przyjaciel! I jak tu nie płakać!
– O kim to tyle lamentujesz?
– O moim serdecznym przyjacielu, co to nie chce wziąć ode mnie pamiątki!
– To o mnie chodzi! Wiesz, Teodorku! Nie chcę, żebyś tu te rowy zapełniał łzami. Dawaj pamiątkę! A co to jest?
– Zobacz! Już nie pamiętam!
– Jak tu zobaczyć, kiedy latarnie mieszczuchy pogasili!
– To zobaczysz, jak przyjdziesz do domu! Trzymaj to mocno! Pamiętaj, że to jest pamiątka od Teodora!
Tak i podobnie rozprawiając oddalaliśmy się od miasta i zbliżaliśmy się do naszej wsi. Dom Teodora był bliżej, mój nieco dalej! Na rozstaju dróg pożegnaliśmy się czule, ale już mniej gadatliwie, za to częściej ziewając.
– Dobrej nocy ci życzę, przyjacielu serdeczny! Łaaaa!
– Dobranoc, Teodorku! Ale patrz! Dłoni ci nie mogę podać, bo mam obie zajęte! Ojeeej! Pysk mi się drze jak stara pierzyna. Ale nie gniewaj się, że cię nie uściskałem, bo przecież muszę trzymać te twoje podarki! Pa! Pa!
Nie pamiętam już, co robiłem dalej. Kiedy się obudziłem, było już jasno. Słońce wychodziło spoza horyzontu. Otworzyłem zdumione oczy i rozglądałem się naokół. Siedziałem na miedzy, niedaleko domu. Chłodno było. Lekki dreszcz wstrząsał moim ciałem. Ręce i nogi miałem sztywne, zziębnięte. W rękach coś trzymałem. Spojrzałem na lewą rękę. Spomiędzy palców przeciskało się coś ciemnego, miękkiego. Podniosłem rękę do nosa.
– Nie, nie śmierdzi! A według wyglądu powinno śmierdzieć? Co to może być?
Nie mogłem sobie przypomnieć. Przeniosłem wzrok na drugą rękę. W prawej ręce trzymałem kawał kiełbasy. Ale nie mogłem sobie od razu przypomnieć, skąd wzięła się u mnie kiełbasa. I w ogóle, skąd wziąłem się na tej miedzy? Dlaczego nie jestem w domu?
Powoli, powoli przyszło uświadomienie.
– Aha! Już wiem! To czekolada i kiełbasa od Teodora! To ta “mokka” w Zamkowej!
Ogarnęło mnie nagle obrzydzenie. Do samego siebie.
– Coś ty z siebie zrobił? Bydlaka! Brrr! Wstyd mi przed samym sobą. Pfe! Gdyby cię tak kto zobaczył?
Rżnąłem kiełbasą w ziemniaki. Dłoń ubrudzoną czekoladą wytarłem do trawy na miedzy. Potem powlokłem się do domu. Przy studni obmyłem ręce i twarz. Otarłem je do chusteczki. Po cichuśku wszedłem po schodach do swojego pokoju. Prędko położyłem się do łóżka.
– Oby mnie tylko matka nie zobaczyła! – myślałem
Ale właśnie, kiedy to pomyślałem, otworzyły się drzwi. Weszła matka. Ujrzała mnie już leżącego.
– Myślałam, że wszedł tu kto inny. Jaki złodziej, albo kto! Bo mój synek już dawno jest w domu. Po dziesiątej nigdy nie przychodzi!
Zamknęła drzwi. Odeszła od nich. Po chwili jednak wróciła.
– Dzisiaj jest niedziela. Kiedy chcesz iść do kościoła?
– Na sumę. Obudźcie mnie pół godziny przed tym.
Matka nie powiedziała już ani słowa. Nie zrobiła żadnej wymówki! Chodziłem koło niej i nie śmiałem podnieść ku niej oczu. Przez kilka dni. Kiedy po powrocie z sumy położyłem bez słowa na stole cały mój zarobek, wraz z kartką, na której było obliczenie wypłaty, powiedziała tylko:
– Myślałam, że wszystko przepiłeś! Pomyliłam się.
Nagle rozbeczała się. Szlochała długo. Potem ocierając nos rzekła:
– Ty byś przecież tego nie zrobił, prawda synku?!
Wyszedłem prędko z pokoju. Nie odpowiedziałem nic. Jaką tu można było dać odpowiedź?
– Zrobiłem jedno doświadczenie. Dość tego! Na całe życie! Odtąd już żadnej “mokki”! W cudzym słowie! Nigdy! Jeśli tego postanowienia nie dochowam, ogłoszę wszystkim, że jestem bydlakiem! – powiedziałem sobie w swoim pokoju
Dotąd, choć minęło już trzydzieści lat, nie potrzebowałem ogłosić swojej przemiany w bydlaka. Postanowienia dochowałem.
1Udało mi się ustalić dzięki zasobom Internetu, że ta restauracja to późniejsza klubokawiarnia “Bombaj” powiązana z Rybnicką Fabryką Maszyn “Ryfama”. Był to po wojnie lokal o dużym znaczeniu kulturalnym. Dość powiedzieć, że zaczyna się tam bogata historia rybnickiego jazzu i teatru. Koncertowali tam między innymi: Niedzielowie, Petrow, Gawlik, Ptaszyn-Wróblewski, Karolak, Urbaniak, Pieregorólka, czy Urszula Dudziak. Pierwsze kroki stawiał Olek Krupa – dziś aktor nowojorski z dużą liczbą ról w hollywoodzkich produkcjach. Późniejszy wieloletni dyrektor rybnickiego teatru (powstałego w 1964 r.) Wojciech Bronowski, gdy przyjechał do Rybnika z Bydgoszczy, organizował w “Bombaju” spotkania recytatorskie, a sędzia sądu rejonowego Józef Musioł, późniejszy sędzia Sądu Najwyższego, na długo przed sędzią Wesołowską inscenizował przebieg rozpraw w spotkaniach o nazwie “Sąd Młodych”. Budynek znajdował się przy ul. Młyńskiej 4 i zawalił się podczas remontu w 1970 r. Nigdy go nie odbudowano, a w miejscu po dawnej “Schloss-Restaurant” urządzono parking. Z opowiadania wynika, że lokal w 1918 r., choć nie był jedynym w Rybniku, cieszył się dużym powodzeniem. I już wtedy grała tam orkiestra.
2Nie udało się na chwilę obecną ustalić, czy ten przepis był regulowany przez umowy między niemieckimi przemysłowcami na Śląsku, czy był to przepis administracyjny lokalny, czy też krajowe pruskie, bądź też państwowe niemieckie prawo. Przepis o tyle uzasadniony, że alkoholizm w środowisku robotniczym był plagą (w 1900 r. robotnik przeznaczał na alkohol około 20 procent wynagrodzenia), na tyle dotkliwą, że obecną nawet wśród dzieci powyżej 6. roku życia, a szpitale we wszystkich trzech zaborach nie mieściły już osób dotkniętych tą chorobą. Możliwe więc, że prohibicja ustalona w konkretne dni miesiąca była przepisem o wysokiej randze i powszechnie zrozumiałym.
3Jeżeli autor, tak skrupulatny w szczegółach, nie pomylił się co do motywacji kolegi, wychodzi na to, że przepisy prohibicyjne nie obejmowały piwa, które być może jako napój o niskim stężeniu alkoholu, za środek uzależniający w tamtych czasach nie uchodziło.
4W rzeczywistości nazwa mokka pochodzi od portu w Jemenie, który dominował w XVIII w. jako eksporter kawy. Jemeńska kawa miała czekoladowy zapach i posmak. Obecnie mokka lub “mocha” to mieszanka espresso, gorącego mleka i rozpuszczonej w nim białej lub ciemnej czekolady, może to być też czekolada w proszku, kakao lub syrop czekoladowy. Jeśli czekolada jest biała, charakterystyczne pasy w wysokiej szklance zainspirowały do nadania takiej odmianie mokki nazwy: “zebra”. Od latte i cappuccino mokkę różni brak pianki, choć często podaje się ją z bitą śmietaną i cynamonową posypką. Tak więc mokka może mieć różne barwy i odcienie. Co zaskakuje w tym opowiadaniu to to, że w czasach kryzysu, który zaczyna się pod koniec pierwszej wojny światowej i trwa w Europie kilka lat, w tak prowincjonalnym miasteczku jak Rybnik, serwuje się takie specjały. Mówi to wiele o specyfice oraz kondycji ekonomicznej i kulturze tego regionu Cesarstwa Niemieckiego.



