Chyba że mnie zabiją. 2 grudnia 2006 r.

W środku nocy na komisariacie kolejowym na warszawskim Dworcu Centralnym dzwoni telefon. W słuchawce odzywa się sam komendant Waldemar Płoński i nie pozostawia wątpliwości – trzeba odwieźć do domu Tomasza Serafina, dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego w MSWiA
Serafin spóźnił pociąg do Siedlec. Ściślej: zbyt długo zabawił ze znajomymi i przeoczył pociąg do domu. Prosi więc o przysługę starego kolegę. Komendant nie odmawia i wydaje polecenie: radiowóz do dyspozycji dyrektora. Zresztą dyrektora Serafina zna większość policjantów z komisariatu kolejowego. Zanim został oddelegowany do pracy w ministerstwie, pracował tam najpierw jako zwykły policjant, potem jako szef sekcji prewencji.
Pomóżmy koledze – mówi Płoński oddając do dyspozycji dyrektora radiowóz
W komisariacie tej nocy pełni służbę trzynaście osób, ale nie każdy ma uprawnienia do prowadzenia policyjnego wozu. Jedynym chyba, który może jechać, jest sierżant Tomasz Twardo, którego koledzy nazywają Guguś. To od nieustannego mówienia gu-gu do córki – Weroniki – w jej dziecięcym języku. Ale to nie jedyne, co wyróżnia Tomasza. Charakteryzuje go też pewna ręka za kierownicą, choć nie lubi jeździć radiowozami.
Przeklęta wkładka – mówi o uprawnieniu do prowadzenia pojazdów służbowych
Ale dziś Tomek się nie waha. Kocha jednak prowadzić i wsiada za kółko, bo to przyjemna jazda nieoznakowanym radiowozem. Do wyjazdu wyznaczona zostaje także starsza posterunkowa Justyna Zawadka. Radosna, ambitna, od trzech miesięcy w komisariacie. Uparła się, że będzie policjantką. No i jest.
Przed 2:00 ruszają spod Dworca Centralnego zielonym, wyeksploatowanym polonezem na łysych, letnich oponach. Tomek nie zabiera broni, tylko telefon. Ma go zawsze przy sobie i zawsze mówi żonie, że będzie się odzywał w każdej sytuacji.
No chyba że mnie zabiją – dodaje półżartem
Justyna odwrotnie – bierze pistolet, ale komórkę kładzie w szafce. Radiostacja też zostaje jako niepotrzebna.
W tym samym czasie w mieszkaniu Tomka Kasia – jego żona – szykuje się do snu. Mija 2:20. Zastanawia się, czy zadzwonić. Już raz tej nocy rozmawiali, ale Kasia nie pamięta, czy Tomek ma służbę pieszo czy w radiowozie.
Jesteś chodzący czy jeżdżący? – Kasia pamięta, że tego wieczoru zadała Tomkowi przez telefon to pytanie, ale nie pamięta, co odpowiedział
Wyleciało jej z głowy. Kompletna pustka. Nie potrafi też przypomnieć sobie, czy w piątek wieczorem rozmawiała z mężem dwa czy trzy razy. Odkłada telefon sądząc, że za kilka godzin się zobaczą.
Polonez dojeżdża do Siedlec. Dyrektor wysiada, a Justyna i Tomek szybko rozpoczynają podróż powrotną. O 3:00 zatrzymują się na stacji benzynowej w Gręzowie. Kupują coś do picia.
Nikt więcej tej pary żywej nie zobaczy.
Mijają kolejne godziny. W komisariacie zaczyna narastać napięcie. Komendant Płoński z dyrektorem Serafinem próbują szukać ich sami. Bezskutecznie.
W Woli Rębkowskiej rodzina Justyny również czeka – dziewczyna miała przyjechać prosto po służbie, bo ojciec jeszcze świętuje wczorajsze urodziny. Wszyscy szykują się na spotkanie.
Czy Justyna jest w domu? – dzwoni kolega z komisariatu kolejowego.
Nie. Nie ma jej. Przecież ma służbę.
Dopiero o 9:00 sprawa trafia do komendy stołecznej: zgłoszenie zaginięcia policjantów podczas służby. Startują ogólnopolskie poszukiwania. Do akcji rusza 2000 funkcjonariuszy, śmigłowiec z kamerą termowizyjną. Do wieczora przeszukiwane są lasy, jeziora, hotele, stacje benzynowe. Następują szczegółowe przesłuchania rodzin. Wszystko na nic. Ojciec Justyny z wujostwem chodzi po Jagodnem. Piotr, brat Tomka, objeżdża lasy wokół drogi Warszawa–Siedlce.
W ciągu kilku godzin, które trwają wieczność, nic się nie wyjaśnia. Wręcz przeciwnie. Wersje zmieniają się jak w kalejdoskopie: że Justyna pojechała jeszcze z konwojem, że odwoziła aresztanta i wreszcie, że wykonuje zadanie specjalne. Żadna z nich nie dodaje otuchy. Mama Justyny coraz bardziej słabnie. Ojciec powtarza: bez paniki. Podobnie siostra. Ale wszyscy doskonale pamiętają ostatni sen Justyny.
Śnił jej się Ojciec Święty, machał do niej ręką, ona była taka radosna – opowiada ciągle Ania, starsza siostra policjantki
Nie wiedzą, że za trzy dni Wiesław Partes, mieszkaniec wsi Jagodne, będzie wracać do domu. Minie niewielkie rozlewisko rzeki Kostrzyń. Zatrzyma się na chwilę patrząc na ciemny kształt przy brzózkach. Kształt okaże się łysą oponą zielonego samochodu. Ściślej: Poloneza z dwoma ciałami w środku.



