Historia

Dlaczego ty musisz, a on nie musi?

Dwudziesta druga część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej


Do szkoły musieliśmy chodzić wszyscy. Z tym pogodziliśmy się już dawno. I rodzice, i dzieci. Mus i koniec. Nie pójdziesz do szkoły, to zapłacisz karę. Nie zapłacisz kary, pójdziesz ją odsiedzieć do więzienia. Toteż matka pilnowała, żebym chodził regularnie do szkoły. Ale z drugiej strony pilnowała, żebym w szkole nie przebywał ani minuty dłużej niż było koniecznie potrzeba. Często słyszałem przypomnienie:

– A pamiętaj zaraz po nauce wrócić mi do domu!

Pamiętałem o tym. Ale przyznaję szczerze, że nie zawsze zgodnie z tą zasadą postępowałem. Zdarzało się dość często, że po nauce chłopcy zostawali na boisku szkolnym, żeby zagrać w palanta.

– Janku, zostań! Zagramy!

Pokusa była wielka. Szalenie lubiłem grać w palanta. Łatwiej było odmówić sobie torebki cukierków miodowych, niż gry w palanta, do tego w pełniejszym składzie, bez nadzoru nauczyciela.

– Dobrze, zostanę! – decydowałem się po krótkim namyśle

Ale szydło wnet wylazło z worka i matka je zobaczyła.
Do tej samej klasy uczęszczał ze mną kolega, który mieszkał w tym samym, co i ja, domu. Dobry i kochany kolega. Miał na imię Alfons. Jedyną słabą jego stroną było to, że dość mocno zezował. Wskutek jego zezowatych spojrzeń dochodziło często do śmiesznych nieporozumień, co Alfonsa zniechęcało do towarzystwa liczniejszego. Po prostu uciekał przed gromadą. Jeżeli już koniecznie musiał przebywać w gromadzie, wtedy zachowywał się tak spokojnie i cicho, że go nawet koledzy nie zauważali. Często i nauczyciel nie zwrócił na niego uwagi. W gromadzie Alfons stawał się zbyteczny. Do gry w palanta nie nadawał się w ogóle, ponieważ swymi zezowatymi spojrzeniami zawsze wszystkich wprowadzał w błąd. Gdy na przykład podawał piłkę mnie, to patrzał na zupełnie kogo innego. Tamten nadstawiał rąk, a ja stałem jak drąg, bo nie spodziewałem się wcale piłki. Skutek był ten, że piłka przelatywała obok mnie i padała na ziemię, co powodowało dużą stratę czasu. Chłopcy denerwowali się i ostatecznie gromadnie wyprowadzili Alfonsa z boiska:

– Idź, idź! Stań sobie tu pod płotem! Nie będziesz nikomu zawadzał.

Gdy więc chłopcy zaczynali grać w palanta, Alfons automatycznie odchodził do płotu, postał tam chwilę, a potem wycofał się cichaczem z boiska i pognał do domu.
I wtedy to właśnie wychodziło szydło z worka, bo najczęściej spotykał się z moją matką.

– Ty już jesteś w domu ze szkoły?
– Już!
– A Janek gdzie?
– Został w szkole.
– A co tam robi?
– Gra w palanta.

Po moim powrocie ze szkoły odbywała się wtedy generalna rozprawa. Matka wytłumaczyła mi wtedy dobitnie i jasno, że po nauce należy zaraz wracać do domu. A w palanta grać nie wolno. Wytłumaczyła mi to nie tylko krzykliwymi, bo bardzo troskliwymi o moją przyszłość, słowami, ale i twardym, kręconym powrozem lub innym podobnym przyrządem.

– Będziesz mi wracał po nauce zaraz do domu?
– Będę! – przyrzekałem ze łzami
– A na palancie nie będziesz zostawał?
– Nie będę! – obiecywałem szczerze

Matka odkładała uspokojona pedagogiczny przyrząd do wpajania zasad uczciwego życia, wracała do swojej pracy i myślała z dumą:

– Nicpoń, bo nicpoń, ale niezły synek.

Ale chłopcy jakby się umówili z diabłem przeciwko mnie i mojej matce, kusili mnie ciągle na nowo.

– Janku, zostań! Zagramy.
– Nie mogę! – wykręcałem się
– Czemu nie możesz?
– Matka kazała mi przyjść zaraz do domu!
– No to też zaraz pójdziesz. Zagramy tylko pięć minut.
– No dobrze. Ale tylko pięć minut.

Potem odszukałem Alfonsa i zacząłem go błagać:

– Alfonsku, nie idź jeszcze do domu!
– Czemu?
– Bo cię moja matka zobaczy!
– No to co? Niech zobaczy!
– Ale ja chcę zostać. Chcę zagrać z chłopcami! Zostań! Tylko pięć minut.

Graliśmy. Alfons cierpliwie stał lub siedział pod płotem. Ale pięć minut to bardzo względne pojęcie czasu. Dla nas, grających, pięć minut przeleciało jak pięć sekund. Dla nudzącego się pod płotem Alfonsa pięć minut wydawało się dużym kawałkiem wieczności. Toteż rychło zniecierpliwił się i dawał mi znak.

– Już idę!
– Jeszcze nie ma pięć minut!
– To ty ale wiesz! Już pół godziny minęło.
– Niemożliwe!
– Już idę!
– Zaczekaj jeszcze chwilę! Dam ci coś.

Ale Alfons bywał stanowczy. Słów na wiatr nie rzucał. Z gęby cholewy nie robił. Powiedział, że idzie i poszedł.
Grałem zwykle jeszcze chwilę, potem wymykałem się z boiska, przeskakiwałem przez płot, żeby skrócić drogę i doganiałem jeszcze Alfonsa przed samym domem.
Pewnego razu na ostatnią lekcję nauki przypadła gimnastyka. Pogoda była piękna. Chłopcy otoczyli nauczyciela i zaczęli prosić.

– Zagramy w palanta! Zagramy w palanta!
– Nauczyciel dał znak przeczący głową, potem wyjął z kieszeni gwizdek i dał znany nam sygnał do zbiórki. Stanął na boisku z podniesioną ręką, co oznaczało bezsprzecznie:

– Za mną zbiórka!

Chłopcy rzucili przybory do palanta i zaczęli się ustawiać.

– Odlicz!
– Raz, dwa, trzy…, …dwanaście!
– Pierwszy szereg trzy kroki naprzód marsz! W tył zwrot! Spocznij!

Chłopcy jeszcze mieli niezadowolone i chmurne twarze. Ale gdy nauczyciel wyjął z portmonetki monetę i pokazał jedną jej stronę jednemu szeregowi, a drugą drugiemu, a potem rzucił monetę w górę, wtedy razem z monetą wyleciało w powietrze dwanaście okrzyków:

– Hurrra! Zagramy w palanta!

Jeden z kolegów, największy wśród nas, który został wyznaczony na “matkę” dla naszej partii, obejrzał sobie swoich graczy. W szeregu zobaczył Alfonsa. Podbiegł do niego, obejrzał się, czy nie patrzy na nich nauczyciel, a gdy stwierdził, że nie, szepnął mu do ucha:

– Alfons, idź, idź! Stań sobie pod płotem.

Alfons poszedł bez protestu. Nawet od razu tak się schował, że go już nikt nie zobaczył. Zniknął nam z oczu.
Graliśmy w palanta. Z zapałem. Nauczyciel wyjął notes i notował punkty. Chodziło więc o honor partii.

– Chłopcy! Musimy wygrać! – krzyknęła ku nam nasza matka i splunęła zamaszyście w dłoń, po czym roztarła starannie ślinę

– Musimy! – odpowiedzieliśmy

Gdy po godzinie dzwonek przypomniał nam, że już czas skończyć, wzdychaliśmy niezadowoleni:

– Ojej! Już? Mało, mało!

Rękawami ocieraliśmy obficie spływający z czoła pot.
Nauczyciel był jednak nieubłagany.

– Dość! Koniec! – gwizdkiem przypieczętował rozkaz

Ogłosił wyniki. Oczywiście, wygraliśmy. Z dumą, z radością, z krzykliwością schodziliśmy z boiska po swoje rzeczy.

– A gdzie Alfons? – zacząłem rozglądać się na wszystkie strony, wołać, pytać, czy go kto nie widział

Alfonsa nie było.
Tknęło mnie nieprzyjemne przeczucie. Przyśpieszyłem ruchy i pognałem do domu. Matka przywitała mnie u proga:

– Gdzieś był tak długo?
– W szkole.
– A coś tam robił?
– Mieliśmy lekcję gimnastyki.
– Kłamiesz. Graliście w palanta.
– Graliśmy, ale to było obowiązkowe. To była lekcja gimnastyki.
– Obowiązkowe? Dla wszystkich?
– Dla wszystkich.
– A dlaczego Alfons mógł przyjść do domu?
– Alfons uciekł z gimnastyki.
– A ty nie mogłeś uciec?
– Nie. Ja musiałem zostać!
– Jak to? Dlaczego ty musisz, a on nie musi?

Chciałem to jakoś matce wytłumaczyć, dlaczego ja muszę, a on nie musi. Niby dlatego, że ja nie mam zeza. Jak on ucieknie, to chłopcy cieszą się, że im nie zawadza. Ale gdybym ja uciekł, poskarżyli by od razu.
Matka nie chciała wcale słuchać wyjaśnienia. Dla niej przemawiało do przekonania, że Alfons mógł.

– Jeśli Alfons nie musi, to i ty nie musisz! Pamiętaj, żebyś mi zawsze przychodził razem z Alfonsem do domu.

Matka wierzyła w to mocno, że takie ważne rozkazy trzeba wbijać dzieciom do głowy nie samymi słowami przez uszy, ale i powrozem przez plecy i poniżej pleców, zresztą, najlepiej przez całą skórę, gdzie popadnie. Odebrałem więc porządną porcję batów i przyrzekłem wracać zawsze z Alfonsem do domu.
Tydzień później znowu na ostatniej lekcji była gimnastyka. Pamiętając o danym matce przyrzeczeniu podszedłem po przedostatniej lekcji do Alfonsa i zapytałem:

– Uciekniesz dziś z gimnastyki?
– Ucieknę.
– To ja też!

Chłopcy poszli gromadą na boisko, a my dwaj, Alfons i ja, zmyknęliśmy niepostrzeżeni do domu. Matka pamiętała jeszcze zajście sprzed tygodnia. Spojrzała na zegar. Uśmiechnęła się.

– Widzisz? I ty nie musisz! – rzekła z triumfem

Chciałem powiedzieć:

– Jeszcze nie czas triumfować!

Wolałem jednak milczeć i odczekać, co czas przyniesie.
Tymczasem na boisku chłopcy szykowali się do gry w palanta. Nauczyciel zmienił metodę. Zamiast ustawiać chłopców w szeregi, mianował najzwyczajniej dwie “matki” i rozkazał im sformować drużyny.
Każda z matek na zmianę przywoływała do siebie co najlepszych graczy. W pewnym momencie padło moje nazwisko. Ponieważ mnie tam nie było, nie odezwałem się. Matka w przypuszczeniu, że się zagapiłem i nie dosłyszałem wołania, wywołała jeszcze raz moje nazwisko, głośniej. Chłopcy porozglądali się naokół.

– Nie ma go!
– Ale przecież był?
– Był, był! Na pewno był. Pewnie uciekł!

Długie dopytywanie się o mnie obudziło czujność nauczyciela.

– Kogo nie ma?

Chłopcy niechętnie powiedzieli moje nazwisko.

– Gdzie jest?
– Nie wiemy.

Nauczyciel zapisał coś w notesie.
Następnego dnia zjawił się w klasie nauczyciel od gimnastyki i spytał rzeczowo:

– Gdzie byłeś wczoraj podczas ostatniej lekcji?
– W domu.
– W domu? Aha! No to dzisiaj po lekcjach zgłosisz się u mnie, w klasie drugiej. Odrobisz tę lekcję!

Nauczyciel wyszedł z klasy, a chłopcy otoczyli mnie kołem.

– Co ci powiedział?
– Mam zostać po lekcjach.
– A zostaniesz?
– Z małymi dzieciakami będziesz siedział?
– Głupi byś był, gdybyś został!

I nauczyciel, i chłopcy uderzyli w najczulszy punkt mojej ambicji.

– Jakże to? – myślałem – Mam zostać? Zostać po lekcjach? Siedzieć z małymi dziećmi? Zostać po to, by cała szkoła śmiała się ze mnie? Zostać, żeby mnie nazywali głupim? Nie! Nigdy!

Postanowienia takich ambitnych chłopców nie bywają rzucane na wiatr.

– Postanowiłem uciec, więc muszę uciec, choćby mnie nauczyciel i wszystkie dzieci trzymały, i chciały zatrzymać. Ucieknę!

Toteż, gdy skończyły się moje lekcje, wymknąłem się ze szkoły, zanim to ktokolwiek zdążył zauważyć. Szedłem zadowolony do domu, choć od czasu do czasu oglądałem się, czy kto nie biegnie za mną, by mnie sprowadzić z powrotem do szkoły. Ale nikt za mną nie biegł.
Następnego dnia, jeszcze przed rozpoczęciem lekcji, przyszedł do klasy nauczyciel od gimnastyki. Lewe ramię trzymał sztywno wyprostowane. Znawcy szepnęli:

– Trzcinę ma w rękawie!

W klasie zrobiło się cicho. Nauczyciel skinął na mnie palcem. Wyszedłem z ławki, zbliżyłem się do niego. Stał między ławkami dziewcząt, a szafą przy przedniej ścianie.

– Nie daj się! – szeptali chłopcy
– Cicho tam! – uspokoił ich nauczyciel. Syczał jak żmija. Klasa wyczuwała, że zanosi się na coś niezwyczajnego

– Ale zły! – szepnęła któraś dziewczyna. Dziewczynki składały ręce jak do modlitwy, ale chowały się z nimi pod ławką.

Stanąłem przed nauczycielem. Spokojny. Chłodny. Hardy.

– Miałeś zostać wczoraj w szkole po lekcjach!
– Miałem.
– Dlaczego nie zostałeś?
– Bo nie zostałem.

Nagle twarz nauczyciela zaczerwieniła się gwałtownie. Szybkim ruchem wyjął z rękawa trzcinę.
– Połóż się! – rozkazał

Stałem wyprostowany jak drąg. Zacisnąłem tylko zęby i pomyślałem:

– Nie! Nie położę się!
– Połóż się! – rozkazał nauczyciel po raz drugi. Wyczułem, że jego głos jakby zachrypł

Nie zrobiłem najmniejszego poruszenia, które mogło by wskazywać na to, że zamierzam rozkaz wykonać.
W nauczycielu zakipiało. Zabulgotało. Głos zmienił się w ochrypły krzyk. Uchwycił mnie lewą ręką za kołnierz od marynarki i usiłował przydusić mnie do ławki. Daremnie! Wytężyłem wszystkie swoje siły, żeby mu się skutecznie przeciwstawić. Rękami uczepiłem się ławki. Nogami zaparłem się w podłogę. Stałem jak wkuty. Nauczyciel począł mną szarpać i próbował rzucić mnie na ławkę. Daremnie. Wtedy zaczął walić trzciną po rękach. Zabolało mnie. Puściłem na moment, ale zaraz znowu uczepiłem się ławki w innym miejscu. Dziewczyny zaczęły piszczeć, krzyczeć, płakać i uciekać z pierwszej ławki, na której miała odbyć się egzekucja. Trzcina pomacała mnie boleśnie po nogach. Nogi zaczęły podskakiwać. Straciłem przy tym nieco równowagę. Nauczycielowi udało się rzucić mnie na moment na ławkę. Trzymał mnie ciągle za kołnierz. Skurczyłem się i skoczyłem. Już mnie nie było na ławce. Trzcina padała bez ustanku na moje ciało. Na ślepo. Gdzie trafiła. Ponieważ usiłowałem uniknąć uderzeń, dostałem się nagle w jakiś wir dzikiego tańca. Kręciłem się wkoło nauczyciela coraz szybciej. Coraz szybciej spadała na mnie trzcina. Nie czułem nic. Już mnie przestało boleć. W mózgu była tylko jedna myśl.

– A jednak mnie nie położysz na ławkę.

Tańcząc po klasie z nauczycielem widziałem przerażone twarze dziewcząt. Niektóre zasłaniały twarze rękami. Niektóre płakały głośno. Chłopcy siedzieli spokojniej. Miny mieli zachmurzone. Obserwowali nas bystro. Zdawało mi się, że mają tylko jedno zmartwienie:

– Położy go na ławkę, czy nie położy?

Wtedy uspokajałem ich i siebie w duchu:

– Nie położy mnie!

Zdawało mi się, że gdyby mnie teraz nauczyciel położył na ławce, musiałaby się chyba ziemia pode mną zapaść. Takiego wstydu nie przeżyłbym. Oprzeć się nauczycielowi, nie dać się położyć przez niego na ławkę – oto było marzenie owych lat. Oto punkt ambicji. Oto ideał ucznia w tej klasie.
Taniec z nauczycielem trwał długo. Kręgi tańca rozszerzały się. Kombinowałem wydostać się na ganek między ławki, wyrwać się nauczycielowi i uciec do drzwi.
Wtem drzwi się otwarły. Stanął w nich kierownik szkoły. Przez chwilę patrzał na nasz dziwaczny taniec, potem zapytał zdumiony:

– Co się tu dzieje?

Dzieci uważały, że pytanie nie jest skierowane do nich, więc milczały. Ja także milczałem. Nauczyciel uderzył jeszcze kilka razy, widocznie dla pokazania, że nic sobie nie robi z wejścia kierownika szkoły, potem mnie puścił. Chwiałem się przez chwilę, nie mogąc złapać równowagi. Sapałem. Ale znacznie bardziej ode mnie sapał nauczyciel. Schylił się ku podłodze i począł zbierać kawałki binoklów.

– Co się tu dzieje? – powtórzył pytanie kierownik szkoły
– Opowiem panu wszystko w kancelarii – odpowiedział nauczyciel

Obaj wychowawcy wyszli z klasy. Ja tymczasem odzyskałem zgubioną równowagę ciała i potoczyłem się do ławki, na swoje miejsce. Schowałem głowę w ramionach. Nie miałem odwagi spojrzeć nikomu w twarz.

– Co za wstyd ?! – myślałem
– Dobrześ się spisał! – szepnął mi ktoś do ucha
– Aleś mu dał!
– Dobrze mu tak! Niech nie bije! Niech nie kładzie takich chłopaków na ławkę!

Dziewczynki odzywały się też, ale nieco inaczej.

– Boli cię? Bardzo cię boli? – pytały zatroskane
– Nie płacz, nie płacz!

Wtedy podniosłem głowę i rzekłem ponuro:

– Wcale nie płaczę!
– Ale, gdyby ci kazał dzisiaj zostać, to zostań! – prosiła któraś
– Tak! Zostań! Nie uciekaj już!

Chłopcy milczeli. Nie była im ta rada po myśli. Oni woleliby uciec. Zbyt jednak jeszcze byli pod wrażeniem tego zajścia i nie umieli się zdobyć na głośny protest.
Po jakimś czasie drzwi otwarły się znowu. We drzwiach stanęli obaj wychowawcy. Kierownik szkoły wywołał moje nazwisko. Wstałem. Spojrzałem mu w oczy.

– Dzisiaj po lekcjach zostaniesz. Jedną godzinę. Zgłosisz się u pana nauczyciela. I pamiętaj, że z gimnastyki uciekać nie wolno.
Podczas przerw przychodzili do mnie chłopcy. Radzili tak i siak. Niektórzy radzili:

– Ja bym znowu uciekł!
– Ty tak! Bo nie potrzebujesz? – drwił kolega, który był innego zdania – Słyszałeś, kto to powiedział, że ma zostać? Kierownik powiedział. Radzę ci zostać i nie uciekać.

– Lepiej już zostań! – przymawiali się inni, a szczególnie dziewczynki
– Na bok! – odganiali chłopcy dziewczęta – Co wy się tam rozumiecie na naszych sprawach.

Po pięciu godzinach namysłu zdecydowałem się zostać. Przystąpiłem jednak przed tym do Alfonsa i szepnąłem mu do ucha:

– Idź i powiedz wszystko mojej matce! Powiedz, że muszę zostać.

Zgłosiłem się u nauczyciela w klasie drugiej. Posadził mnie w ostatniej ławce i kazał pisać zadanie domowe.
Zabrałem się posłusznie do pisania. Wewnętrznie byłem już uspokojony. Sądziłem, że nauczyciel będzie jeszcze odnosił się do mnie z nienawiścią. Stwierdziłem jednak, że przemawia spokojnie, bez gniewu i bez nienawiści. Podczas gdy pisałem w ostatniej ławce, on prowadził lekcję z małymi dziećmi. Pod koniec lekcji kazał dzieciom coś przepisać z tablicy. Potem przybliżył się do mnie, usiadł na ławce, przez chwilę przypatrywał się mojemu pisaniu, wreszcie rzekł:

– Było to potrzebne? Nie mogłeś to wczoraj zostać? Nie rozumiesz to, że moim obowiązkiem jest pilnować, by dzieci chodziły na lekcje? Na wszystkie lekcje? Nawet na lekcje gimnastyki? Chciałem ukarać cię jak najłagodniej. Gdybyś był wczoraj został, byłbym cię puścił po dziesięciu minutach. Dziś posiedzisz całą godzinę. Poza tym nie usłuchałeś mnie, kiedy kazałem położyć się na ławce. Wybuchnąłem gniewem. Zbiłem cię bardziej, niż zamierzałem. Potłukłem sobie binokle. Widzisz, do czego doprowadziło jedno nieposłuszeństwo. Myślę, że już zrozumiałeś, że ze szkoły nie wolno uciekać. Z żadnej lekcji. Nawet z gimnastyki. No co? Zrozumiałeś?

– Zrozumiałem.
– Przyrzekniesz, że już nigdy tego nie zrobisz?
– Przyrzekam.
– W takim razie niech będzie zgoda między nami.

Wyciągnął do mnie prawicę, którą z pewnym wahaniem przyjąłem. Przez chwilę patrzał mi w oczy. Ja jemu też. Nagle w moich oczach zrobiło się wilgotno.

– No dobrze! Możesz już iść!

Spakowałem manatki i wyszedłem ze szkoły. Przed wyjściem z klasy ukłoniłem się nauczycielowi grzecznie, jak nas nauczono.
Matka przywitała mnie w domu milcząco. Ja też nie mówiłem nic. Udawałem, że nic nie zaszło. Po paru godzinach jednak matka nie wytrzymała i spytała:

– Bardzo bolało?
– Nie. Nic nie bolało.
– A czemuś mi to nie powiedział, że to była obowiązkowa lekcja.
– Mówiłem przecie.
– Mówiłeś?
– Mówiłem. Ale wierzyliście więcej Alfonsowi niż mnie.
– Myślałam, że mnie okłamujesz. Ale jeśli tak, jeśli musisz zostać w szkole, to zostań. Nie uciekaj. A Alfons nie dostał?
– Nie.
– A czemu nie?
– A miałem to na niego poskarżyć, że uciekł?

Matka pomyślała chwilę, potem odpowiedziała.

– Dobrześ zrobił, żeś nie poskarżył.

Matka chciała mnie pocałować w czoło, ale wyrwałem się prędko i wybiegłem na podwórze.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button