Blog

Dziadek Ludwik

Obydwoje byli sportowcami i pierwszy raz spotkali się na wyjeździe w Szczyrku. Tak zaczęła się ta starodawna miłość, która jest dla mnie wzorem…

Mój Dziadek Ludwik Kalka pochodził z Hajduków. Babcia z kolei z Turzy pod Wodzisławiem. Młodemu małżeństwu nie przelewało się – Dziadek długi czas po I wojnie światowej był bezrobotny. W intencji znalezienia przez niego pracy babcia wybrała się do Częstochowy. W tym samym czasie, gdy klęczała pod obrazem Matki Boskiej, on szedł ulicą Chorzowa i natknął się na unieruchomiony samochód z jakimś ważnym człowiekiem na tylnym siedzeniu. Dziadek był znany jako „złota rączka”, więc zaproponował kierowcy pomoc i po krótkiej chwili auto uruchomił. Dystyngowany jegomość z tylnego siedzenia wyszedł z pojazdu pytając o fach Dziadka. Ten zgodnie z prawdą odpowiedział, że jest bezrobotny.

Pan przyjdzie jutro na hutę – stanowczym zdaniem zawyrokował dystyngowany człowiek, który okazał się dyrektorem Bismarckhütte.

I tak zaczął się rozdział zażyłości Dziadka z jego ukochaną hutą – namiętnością życia – drugą – zaraz po uczuciu do Babci. Szybko na hucie na Dziadku się poznali i w niespełna pięć lat został majstrem. To spowodowało stabilność finansową, a w ślad za tym trójkę dzieci, w tym moją Mamę. Dobre zarobki spowodowały również, że mogli z Babcią swoje dzieci wykształcić. Te zaś na studiach poznały swoich życiowych partnerów i z gniazda rodzinnego wyfrunęły… Teraz przeskoczę w czasie – 9 maja 1976 roku w tragicznym wypadku samochodowym zginęła moja Matka Chrzestna osieracając trójkę dzieci. Jej mąż, a mój wujek – najmłodszy z rodzeństwa – parę lat wcześniej uciekł do RFN. Ażeby osierocone dzieci mogły do ojca dołączyć czerwoni baronowie Gierka, którzy wówczas Śląskiem rządzili, postawili warunek, że wraz z dziećmi emigrować muszą Dziadkowie.

Wielkie Hajduki na początku XX wieku

I tym sposobem Dziadek Ludwik trafił do swoich ukochanych Niemiec… Ukochanych bowiem doskwierała mu ta śląska schizofrenia narodowa – sam do końca nie wiedział do jakiej nacji należy. Kiedy mieszkał w Polsce wszystko co niemieckie było najlepsze. Kiedy jednak już trafił do tego swego Deustchlandu na ścianach bardzo szybko zawisła Matka Boska z Częstochowy, zdjęcie Jana Pawła II i emblemat Solidarności, bo jako robotnik utożsamiał się z tym ruchem. Tylko raz w 1983 roku mógł odwiedzić Śląsk. Poszliśmy wtedy na Msze Świętą do moich Franciszkanów. Kiedy przyszło odmówić Ojcze Nasz, to Dziadek stał wyprostowany jak struna i płakał. Byłem w szoku. Ten mój wzór mężczyzny wydawał mi się wtedy taki słaby. Dziś dopiero wiem (musiałem do tego dorosnąć), że na takie publiczne, męskie łzy należy mieć odwagę. Wiem również i to, że język w którym odmawiasz Modlitwę Pańską decyduje do jakiego narodu należysz. U schyłku życia Dziadek Ludwik zmagał się z ciężką chorobą. Umierał w domu na ostrych dawkach morfiny, które powodowały, że odchodził w nieświadomości. Nie do końca jednak, bowiem przebudził się na chwilę i Babci będącej u wezgłowia łóżka powiedział, żeby wszystkich nas pozdrowiła wymieniając każdego z imienia (a jest nas wnuków sporo). A potem… a potem powiedział do Babci takie zdanie:

Wybacz mi, Mika, wszystko co żech ci złego zrobił.

I odszedł… Nie musiał ten mój święty człowiek tych słów wypowiadać, bo niczego złego nigdy mojej Babci nie uczynił. Nakazywała mu to jego męska przyzwoitość. I prostota – cecha, którą nam dziś ciężko zrozumieć, bo wszyscy dążymy do tego by być wyjątkowi…

Miał mój Dziadek pracując jeszcze na Hucie Batory przyzakładową działkę. Stworzył tam nam dzieciakom raj: te gruszki, jabłka, śliwki – smak, który zostaje w pamięci na zawsze. I tak sobie myślę, że Pan Bóg mojemu Dziadkowi, tam w niebie, zostawił taki ogródek, gdzie ze swym scyzorykiem do obierania owoców, czeka na tych z nas, którzy – za jego prostolinijnym wzorem – zasłużą, by się z nim jeszcze spotkać.

Powiązane artykuły

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sprawdź także
Close
Back to top button