Historyjki-dykteryjki

Miałem ostatnio obniżony nastrój, co bardzo rzadko mi się zdaża, i – ażeby poprawić sobie humor – zacząłem przywoływać z pamięci zabawne zdarzenia z mojego życia…
Pamiętam jak w Katowicach spieszyłem się na pociąg, a sam miałem na przegubach rąk jedynie pieszczochę i bransoletki, nie mając oczywiście czasomierza. Zapytałem więc w biegu przechodnia:
–Ma Pan zegarek?
–Mam – odpowiedział i poszedł…
W kultowej w latach osiemdziesiątych kawiarni Śmierdziel w dość ostentacyjny sposób wyrywała mojego kumpla jedna dziewczyna. Nie było to w smak mojemu koledze. W końcowym akcie desperacji zapytała wprost:
Jaki masz telefon?
Pomarańczowy – odparł (to jeszcze w dobie telefonów stacjonarnych)…
Mam bliznę na twarzy, będę ją miał do końca życia. Szesnaście szwów na dolnej wardze – pamiątka od skinheadów. Zabawna historia z tym zdarzeniem, bo ratował na pogotowiu wygląd mojej twarzy młody lekarz, który po ponad dwóch godzinach, kiedy skończył już zabieg, stwierdził zadowolony:
Masz chłopie szczęście, że jestem ginekologiem i na wargach się znam.
Roześmiałem się tak serdecznie, że trzeba było momentalnie poprawić – świeżo założone szwy popuściły…
…wszyscy stawiali włosy na wodę z cukrem. Ja byłem mądrzejszy i użyłem kremu do golenia. Umówiłem się na randkę i wszystko było cacy, dopóki nie zaczęło padać. Nie miałem już punkowej fryzury – miałem idealne, ogromne afro na głowie. Jak Afroamerykanin. Z tym, że białe. To nie koniec historii, bo koleżanka, która przez to zdarzenie nie została moją dziewczyną, opowiadała jakiś czas potem, że już nigdy z nikogo nie będzie się śmiać, tak jak wtedy ze mnie się śmiała. Ona bowiem przez pomyłkę zaaplikowała sobie doustnie tabletkę dopochwową popijając colą…
Do zabawnych sytuacji dochodziło w pociągach, gdzie zawsze bardziej się stało niż siedziało, bo PKP sprzedawało więcej biletów niż było miejsc. Tak więc w przejściu stałem ja, dwóch kolesi, którzy polewali sobie wódeczkę, babcia z wnuczkiem i facet, co odmówił wódeczki, ale cały czas czytał gazetę. Do dziś nie wiem jak wyglądała jego twarz, bo był cały czas tą gazetą zasłonięty. Kolesie od wódeczki umilali sobie czas dowcipami. W pewnej chwili jeden mówi do drugiego:
Wiesz czemu milicjanci nie jedzą koszonych ogórków?
Bo im się łeb w słoiku nie mieści – pada odpowiedź
Skonfundowany wnuczek patrzy na babcię i mówi:
Ale babciu! Tata jest milicjantem i je ogórki!
Chyba z beczki – stwierdził facet spod gazety, którego twarzy i wtedy nie zobaczyłem…
…w Gdyni stałem w kolejce do kasy. Pierwszy koleś mówi:
Połówkę do Sopotu.
A następny: Litra do Gdańska.
Choć największy odpał miał miejsce oczywiście w Rybniku – analogiczna sytuacja w kolejce do kasy na dworcu.
Bilet do Katowic – mówi koleś, który chyba nie miał dnia
Normalny? – dopytuje kasjerka.
Nie! Taki pop…y!…
…w historii CKI Politechniki Śląskiej w Rybniku był tylko jeden czarnoskóry student – Zino. I myśmy wraz z górnikami nauczyli Zina godać po naszymu. To był fajny klimat jak gorole wchodziły do Teatralnej, zwłaszcza przyjezdni wielcy artyści ze 100-licy, a tam Zino w ekipie i nadaje po śląsku podchmielony browarami. Zino miał zresztą praktyki zawodowe na kopalni Chwałowice. Po szychcie wyłazi spod prysznica, a cała brać wrzeszczy z humorem:
Zino wracej – tyś sie nie wypucowoł!
Widziałem w Jarocinie graffiti pod którym leżałem z dziesięć minut wijąc się w spazmach śmiechu. Jakiś naziol wysmarował White Power! Za nim musiał przyjść inny artysta, ale z jajem, i dopisał: Black Power! Green Power! Blue Power! I inne kolory Power!
W Jarocinie siedzieliśmy na skarpie stadionu mocno wyluzowani. Pod nami zebrała się grupa gdzieś tak pięćdziesięciu satanistów. No i zaczęli jęczeć: Szatanie przybądź! Szatanie przybądź! I tak po kwadransie tego jęczenia przyjechał milicyjny radiowóz – stara, zdezolowana Warszawa. Bardzo wyluzowany Ś+P Myca zawołał od niechcenia do satanów: No to macie swojego szatana…
Ojciec opowiadał o czasie swego internowania jak wśród klawiszy ich nadzorujących był jeden naprawdę wredny. Miał służbowego psa, którym szczuł osadzonych. Przyszedł jednak czas, kiedy reżim Jaruzelskiego musiał pod naciskiem opinii międzynarodowej popuścić i zaczęły się w ZK luźniejsze reguły – mniejszy rygor, odwiedziny, wolne spacery, otwarte cele, no i paczki. Pełno paczek. No to internowani zawołali do celi psa i zaczęli go karmić reaganowskimi puszkami: szynki, mielonki, kiełbasy, czekoladki, łakocie. Pies wychowany jedynie na rządowym wikcie, czyli na resortowej kaszy, oszalał ze szczęścia. Na domiar wszystkiego mieli wolną pryczę i zrobili na niej temu psu posłanie. Wieczorem klawisz szuka po zakładzie psa, a ten obżarty leży w łóżku pod celą. Woła więc komendą: Do nogi! Pies się obudził, ale nic – ani drgnie. Klawisz zdezorientowany nieposłuszeństwem czworonoga podchodzi do pryczy by go wziąć za obrożę, a ten wyszczerzył kły i warczy. Klawisz bezradnie mówi:
Panowie oddajcie mi psa!
A czy my go trzymamy? Se go weź!
Podobny numer pod tą samą celą zrobili w przeddzień wizytacji jakiś generalskich szych z Warszawy. W upieczonym cieście jedna z żon przemyciła brzeszczot do metalu. No i oni tym brzeszczotem wypiłowali kratę, którą ukryli w pralni. Zrozpaczeni klawisze z całego więzienia na czele z dyrektorem błagali:
Panowie oddajcie kratę…!
…Ilekroć dziś przychodzi mi powrócić do filmów z tamtych lat, posłuchać tamtej muzyki, pooglądać teledyski, wrócić do książek, które wtedy się czytało, przypomnieć sobie nastrój, jaki panował, tę międzyludzką solidarność i serdeczność, to myślę o tamtych czasach w kategoriach wieku niewinności. I robię wszystko, ażeby we mnie to nie przeminęło. Może dlatego połowa miasta dalej za mną woła: Młody...? I prośbę mam – pozostańcie moimi koleżankami i kolegami,
I również starajcie się, proszę, być wciąż młodzi. Wszystkiego dobrego! 🙂



