Ile też może kosztować taki scyzoryk?

Dziesiąta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Dokoła lewej ręki miałem owinięty powróz, właściwie jeden jego koniec. Drugi koniec powroza uwiązany był do rogów Krasuli. Krasula machała to ogonem, to pyskiem, oganiając się przed bąkami. Od czasu do czasu wyrywała mi się do rowu, w którym widziała smaczną dla siebie trawę. Nie mogła pogodzić się z tym, że trawa w tym rowie jest dla niej zakazanym owocem, choć tłumaczyłem jej to jasno i dobitnie kijem i szarpaniem powroza.
– Miej cierpliwość, Krasula. Za jakie pół godziny będziemy na twoim pastwisku. Najesz się wtedy dowoli.
Wyganianie Krasuli na pastwisko było wtedy moim głównym obowiązkiem. Obowiązek był dość ciężki, bo pastwisko było daleko od domu. Ale nie ma cienia bez światła. Otóż to odległe pastwisko miało też swoje pociągające strony.
Przede wszystkim na pastwisku gromadziło się sporo dzieci-pastuszków, co sprzyjało organizowaniu różnych gier i zabaw. Po wtóre, na dalekie pastwisko rzadziej zaglądało czujne rodzicielskie oko. Słowem, panowała tam względnie duża swoboda. Należało tylko czuwać, żeby zachłanna zawsze Krasula nie polazła w cudze zboża, bo wtedy awantura z jego właścicielem była zwykle bardzo nieprzyjemna, a czasem kończyła się wielkim praniem. Częściej oczywiście praniem moich portek, niekiedy praniem sąsiedzkich brudów ku publicznemu zgorszeniu.
Ale o tym lepiej milczeć.
Do najmilszych w owym czasie gier na pastwisku należało rzucanie nożem. Zwykle znalazł się wśród pastuszków taki szczęśliwiec, który mógł się pochwalić posiadaniem noża, posiadaniem stałym lub chwilowym. Oczywiście nie zwyczajnego noża, ale noża składanego, scyzoryka.
Przyznaję ze skruchą, że do tych szczęśliwców wtedy nie należałem. Własnego scyzoryka wtedy nie posiadałem. Tylko w marzeniach widywałem siebie czasem ze scyzorykiem.
– Ach! – wzdychałem często – Kiedyż ja będę miał własny scyzoryk?
I dzisiaj, gdy szedłem obok Krasuli, głowa moja pełna była marzeń o scyzoryku.
Nie wiem i nie umiem sobie tego wytłumaczyć, jakim sposobem to się stało, co się wtedy stało. Czy to był zwyczajny przypadek, czy zwykły zbieg okoliczności, czy jakaś sprawa diabelska. Ale ten moment jeden był brzemienny w skutki.
Przechodziliśmy z Krasulą akurat koło grupy domów przy skrzyżowaniu dróg. Przy skrzyżowaniu dróg zwykle najwygodniejsze miejsce zajmowały w owym czasie karczmy. Karczmarze niby pokraczne pająki zastawiały tam swoje sieci na niebaczne niebezpieczeństwa słabe muchy ludzkie. Ale to niebezpieczeństwo wtedy mnie ani ziębiło, ani paliło. Po przeciwnej stronie drogi stał dom, w którym była piekarnia i sklep ze wszystkim: od pasty do obuwia do scyzoryków. Pastę kupowałem tam często, na scyzoryki zerkałem tylko zazdrośnie.
I oto właśnie przy tym skrzyżowaniu dróg zachodzi nam drogę jakiś pętak, niewiele co mniejszy ode mnie, i przemawia do mnie w sposób oryginalny i zaciekawiający:
– Hm! Ja mam, a ty nie masz, hm!
Wykrzywia przy tym twarz i coś chowa za plecami.
– Pokaż, co masz!
– Ja mam, a ty nie masz, hm!
Pokazał mi przy tym koniec języka, co miało podkreślać, że ma coś bardzo cennego.
– Co masz? Pokaż! – prosiłem.
Krasula stanęła i przysłuchiwała się zaciekawiona. Patrzała na pętaka jednak bez życzliwości. Krasula miała ten chwalebny zwyczaj, że zasadniczo nie lubiła żadnych pętaków, a już szczególnie obcych, którzy chcieli ją traktować jak zwyczajną krowę.
– Hm, hm! Ja mam, a ty nie. Hm, hm, hm!
– Pokaż! A jak nie pokażesz, to puszczę Krasulę i pobodzie cię.
Pętak spojrzał badawczo ku Krasuli, potem przesunął się w bezpieczniejsze miejsce i rzekł ustępliwie.
– Mam cacy nóż. Patrz! – Pokazał mi go na otwartej swojej dłoni.
Krasula była rozczarowana. Z lekceważeniem odwróciła swoje zainteresowanie ku czemuś na ziemi i zaczęła to obwąchiwać. Natomiast moje zainteresowanie wzrosło nagle tak, że zapomniałem o wszystkim innym.
Pętak począł zachwalać swoje cudo:
– Myślisz, że to jest taki byle jaki nóż? Wcale nie byle jaki. Patrz! Ma dwa ostrza: jedno dłuższe, drugie krótsze. Widzisz? – otworzył obydwa ostrza. – Słyszałeś, jak cyknęło?
– Słyszałem. Co tak cyknęło?
– Nie wiesz? To sprężyna! Takim nożem to możesz żgać nawet komu po kościach, a on nie zamknie się sam.
– Nie zamknie się?
– Sam nie. Trzeba tu nacisnąć, o tu! Dopiero wtedy możesz go zamknąć. To małe ostrze też ma taką sprężynę. Ale myślisz, że to wszystko?
– Nie wszystko? – pytałem prawie już nieprzytomny z podziwu.
– Patrz! Tu, z tyłu, ma korkociąg. Wiesz do czego to jest? To się tak wkręci do korka w butelce, potem butelkę wsadzi się tak między nogi, przytrzyma się lewą ręką, a prawą pociągnie się i pum! Korek wyskoczy.
– Już tak robiłeś?
– Zawsze tak robię.
– A skąd bierzesz tyle butelek z korkami? – spytałem niedowierzająco.
– Hm! Głupi! Skąd? Tata przyniesie. A tu jeszcze coś jest, patrz!
Ale nie zdążyłem już tego zobaczyć, bo znudzona Krasula podeszła nagle do pętaka i zamierzała go wziąć na rogi. Pętak spostrzegł to w porę i dał drapaka. Zatrzymał się dopiero w progu swojego domu w odległości jakich pięćdziesięciu metrów. Ale i stamtąd dochodziły do mnie jego przechwałki:
– Hm! Ja mam, a ty nie. Hm!
Krasula ruszyła naprzód, ja za nią. Szedłem z głową pochyloną. Jakże nie miała się pochylić, kiedy utkwił w niej obiema ostrzami, korkociągiem i jeszcze czymś tajemniczym wspaniały scyzoryk. Razem ze scyzorykiem wlazło do głowy tysiąc trosk i kłopotów, które zadręczały mnie pytaniem:
– Jakby tu zdobyć taki scyzoryk?!
Scyzoryk stanął więc w centrum moich zainteresowań. Wszystko, co nie było scyzorykiem, zostało odsunięte w cień. Scyzoryk stał się celem już nie tylko moich marzeń, ale przemożnych pragnień i przemyśliwań.
Przez cały ten dzień na pastwisku toczyła się dyskusja o scyzorykach. Owocem tej dyskusji i późniejszych rozmyślań było bardzo praktyczne stwierdzenie:
– Ile też może kosztować taki scyzoryk?
Nasza znajomość pieniędzy nie wykraczała wówczas poza monety do jednej marki. Jeden, dwa, pięć fenigów – widywało się częściej. Dziesięć, dwadzieścia i pięćdziesiąt – rzadziej. Markę – bardzo rzadko. Nie wiedzieliśmy też, ile taki scyzoryk mógłby kosztować. Wprawdzie można było po prostu iść do sklepu i zapytać o cenę. Wysłaliśmy najstarszego spośród siebie.
– Franek, ty pójdziesz. Zapytasz się, ile kosztuje taki scyzoryk, co ma dwa ostrza, korkociąg i jeszcze coś.
– Tak tylko? Zapytać? Nie pójdę. Wyrzuci mnie ze sklepu.
Argument był silny. Nie należało go na tę przykrość narażać.
– To trzeba by coś kupić, a przy tym zagadać o scyzoryk.
– A masz pieniądze?
– Mam. Jeden fenig.
– Jeden fenig? Nie pójdę z jednym fenigiem. Co kupisz za jeden fenig?
– Ja też mam jeden. To już są dwa.
– Kto jeszcze ma?
Ale nikt już więcej nie miał. Po długiej rozmowie przekonaliśmy Franka, że z jednym fenigiem to byłby wstyd iść do sklepu, ale z dwoma nie.
– Dobrze. Pójdę. Co mam kupić?
– Kup…kup… – wyłonił się nowy trudny problem.
– Cukierków! – zapiszczała któraś dziewczynka.
– Cukierków? – Franek skrzywił twarz pogardliwym grymasem.
– Nie, cukierków nie! Kup kulki do grania. Takie malowane.
– No, to prędzej.
– To idź, idź już! – nalegałem.
– Ale pośpiesz się, bo ci długo twojej Łaciatej nie będziemy pilnować!
Franek poleciał. Wrócił z kwaśną miną.
– Masz kulki?
– Kulek nie było. – Franek oddał fenigi właścicielom.
– A o nóż zapytałeś?
– Zapytałem.
– I co? Ile kosztuje?
– Nie wiem.
– Nie wiesz? – spytało kilka głosów wielce zdumionych.
– Zapomniał, klipa! – dociął mu któryś.
– Nie. Nie zapomniał. Ale pozwólcie: powiem, jak było. Wszedłem do sklepu. W sklepie nikogo nie było. Ani kupca. Tylko firanka poruszyła się za szklanymi drzwiami. Rozglądam się. Patrzę, są noże. Przypatruję się im. Takie i owakie. Wtem otwierają się drzwi. Kupiec wchodzi:
– Co chciałeś, synku? – Są kulki? – Jakie kulki? – Takie do bawienia. Takie malowane. – To ty jeszcze bawisz się kulkami? Nie ma kulek. – Aaa… tego… nóż ile kosztuje? – Jaki nóż? – Taki, co ma dwa ostrza, korkociąg i jeszcze coś? – Chcesz kupić? – Ja? Nie. Tam jeden. – Powiedz kto. Jak się nazywa? – Nie wiem. – A może on tędy koło mnie przechodzi z krową? – Nie wiem. Może. – Niech sam przyjdzie. Albo jego ojciec.
Zrobiliśmy wszyscy rozpaczliwe miny. To bezczelne! Co to za kupiec. Po co mu to?
– Głupiec, nie kupiec! – zawyrokował ktoś.
W mojej głowie tymczasem w dalszym ciągu szamotały się troski z pytaniem:
– Ile też może kosztować taki scyzoryk?
Minęło kilka dni. Pewnego dnia zdarzyło się, że pozostałem w domu sam jeden. Wszyscy wyszli na pole.
– Pilnuj mieszkania i zrób tu ładny porządek! – przykazała matka.
Matki należy słuchać. Zabrałem się wobec tego do sprzątania mieszkania. Pozamiatałem podłogi. Pościerałem kurze. Wyniosłem śmieci. Trwało to może piętnaście minut. Co tu teraz sprzątać?
– Aha, już wiem. W szufladzie w komodzie jest taki nieporządek. Kiedyś ojciec powiedział:
A kiedy tu zrobicie porządek w tej komodzie?
Ano, zrobię porządek w komodzie. Ucieszy się ojciec.
Wyciągnąłem jedną szufladę. Przyniosłem sobie krzesło i zacząłem grzebać w tysiącach skarbów. Moja uwaga zatrzymywała się to na jednym, to na innym skarbie. Ciągle znajdowała coś lepszego, cenniejszego. W pewnej chwili wzrok zatrzymał się na czymś błyszczącym.
– Co to może być?
Ręce rzuciły wszystkie dotychczasowe skarby i sięgnęły po nowy skarb. Był to jakiś metalowy krążek. Biały. Trochę przybrudzony. Na jednej stronie był wizerunek czyjejś głowy. Zapewne jakiegoś cesarza. Na drugiej stronie był jakiś napis, dziwacznie drukowany. Moje umiejętności w dziedzinie czytania nie sięgały jeszcze tak daleko, żebym mógł napis odczytać. Było to podobne do widzianych już monet, ale znacznie większe. Średnica krążka mogła mieć kilka centymetrów.
– To chyba musi być pieniądz? – stwierdziłem domyślnie.
– Pewno. Pieniądz. – potwierdził ktoś koło mnie, czy też we mnie.
– Niech będzie pieniądz, ale jaki pieniądz? – spytałem.
– Wszystko jedno, jaki, byle pieniądz.
– A może nieważny?
– Możesz się przekonać, czy ważny.
– Ale jak?
– Jak? Prosto. Iść coś kupić.
– Kupić? Ale co kupić?
– Nie wiesz, co kupić? Naprawdę nie wiesz?
– Chyba scyzoryk… – dodałem dziwiąc się bardzo przebiegłości tego, który ze mną rozmawiał, a którego nie było koło mnie, a przynajmniej go nie widziałem.
– Tak. Jutro mógłbym sobie kupić scyzoryk. Ale czy to starczy?
– O, starczy na pewno! Widzisz, jaki duży pieniądz?
– Ile też to może być?
– Ile? Dużo. – rozmówca odpowiedział wymijająco.
– Jeśli dużo, to pewnie matka to tu schowała? Albo ojciec?
– Schowała? Do takiego śmietnika? Pieniądze chowa sie gdzie indziej. Lepiej. I zamyka się.
– To znaczy, że matka ani ojciec tego tu nie schowali?
– Gdyby schowali, to by wiedzieli o tym.
– A nie wiedzą?
– A nie słyszałeś to, jak narzekali, że w domu nie ma ani feniga?
– Prawda. Narzekali. A to musieli nie schować. I nie będą szukać.
– No widzisz! To czegóż się jeszcze wahasz? Czemu nie bierzesz?
– Przecie mnie nikt nie goni?
– Goni, nie goni. Ale co mam, to mam.
Zostałem przekonany. Krążek znalazł się w mojej kieszeni. Aby go nie zgubić, zawinąłem go do chusteczki i zawiązałem, jak to matka zwykle robiła.
– Jutro kupię sobie scyzoryk! – postanowiłem.
W myśli już oglądałem i obmacywałem scyzoryk. Potem bawiłem się nim na pastwisku. Pokazywałem kolegom. Słuchałem ich słów podziwu i zazdrości.
– Ale co zrobić z szufladą w komodzie?
– Jak to, co? Uporządkować i zamknąć.
– Uporządkować, żeby matka zaraz poznała, że tu ktoś grzebał?
– Aha, prawda. Nie można. Podejrzenie zaraz padłoby na mnie.
Pomieszałem skarby w szufladzie tak, że wróciły do dawnego nieporządku. Zamknąłem szufladę. Odstawiłem krzesło. Pomacałem się po kieszeni.
– Jest. Jest chusteczka i w niej to coś twardego. Scyzoryk? Nie. To pieniądz. Za ten pieniądz kupię sobie scyzoryk. Jutro.
Czas wlókł się jak nieszczęście. Coś przygniatało i niepokoiło mnie. Nie mogłem doczekać się jutra. Scyzoryk dopominał się kupna.
Następnego dnia prowadziłem jak zwykle Krasulę na powrozie. Od czasu do czasu macałem się po kieszeni, czy pieniądz jakim czarodziejskim sposobem nie zniknął stamtąd. Pieniądz był. Doszliśmy do skrzyżowania dróg. Zatrzymałem się koło karczmy. Krasula spojrzała na mnie zdziwiona.
– Co ja z tobą zrobię, Krasula? Przecież muszę iść do sklepu kupić scyzoryk.
– Sam chcesz iść? A jeśli ci kupiec nie sprzeda scyzoryka? – podpowiadał mi ktoś wątpliwość.
– Może nie sprzedać. Co tu zrobić?
W tej chwili pojawił się na zakręcie znajomy chłopiec. Starszy ode mnie o kilka lat.
– Feliks! – dałem mu znak, żeby się przybliżył.
– Co chcesz?
– Feliks, widzisz, nie mogę tu zostawić Krasuli. Idź, kup mi nóż. Wiesz, nie taki byle jaki, ale taki, co ma dwa ostrza, korkociąg i jeszcze coś tam.
– Pieniądze masz?
Podałem mu srebrny krążek.
– Hm, hm! Tak dużo? Skąd masz?
– Od taty – skłamałem bez namysłu.
– A nóż dla kogo?
– Dla taty.
– Jak dla taty, to idę. Kupię.
Feliks oddalał się w stronę sklepu. Spojrzałem za nim. W pewnym momencie zdawało mi się, że coś poruszyło się za drzwiami sklepu. Czyżby to był kupiec? Widział mnie, czy nie widział? A cóż, choćby widział?
Po chwili wrócił Feliks. Jedną ręką podał mi nóż, a drugą dużo drobnych pieniędzy. Jedno i drugie wsypałem do kieszeni. Krasula właśnie nachyliła łba i chciała Feliksa wziąć na rogi.
– Krasula! Idziesz! – zdążyłem jeszcze krzyknąć i uratować Feliksa przed przykrą zaczepką.
Krasula poszła znaną drogą. Ja za nią. Szedłem jak pijany. Byłem oczywiście pijany, ale szczęściem. Oto spełniło się moje gorące pragnienie i długie marzenie.
– Mam nareszcie scyzoryk!
Na pastwisku stałem się przedmiotem ogólnego podziwu i zachwytu. Gdyby koledzy byli mieli tron, byliby mnie bez namysłu posadzili na tronie królewskim. Ponieważ tronu nie było, wyznaczyli mi w swoim kole najlepsze miejsce. Zaczęło się oglądanie, obmacywanie i podziwianie scyzoryka. Potem kolejno wszyscy otwierali go i zamykali. Wywijali nim w powietrzu, spuszczali na ziemię ostrzem w dół. Tak i siak. Według ustalonych reguł gry.
– To ci nóż! – krzyknął któryś z zachwytem.
– A ile kosztuje? – spytał któryś z ciekawskich.
– Ile kosztuje? Sam nie wiem.
Rozejrzałem się w tej chwili za Krasulą.
– Krasula!!! – krzyknąłem i porwałem się z miejca jak oparzony.
Krasula była w pszenicy sąsiada. Z zadowoleniem żarła pełnym pyskiem. Pędziłem jak tylko mogłem. Krasula, zobaczywszy mnie, przyśpieszyła żarcie, a kiedy przybliżyłem się na odległość bata, skoczyła i zaczęła uciekać, zataczając ku mojemu przerażeniu daleki łuk przez cudzą pszenicę. Po drodze zagarniała, co się dało. Przygnałem ją nareszcie na pastwisko, ale po drodze, w czasie biegu, słyszałem ciągle jakieś brzękanie, jakby ktoś pieniędzmi rzucał o kamienie. Uświadomiłem sobie w końcu, że to ja sam gubiłem pieniądze. Wróciłem się kilka kroków. Rzeczywiście. Na pastwisku leżały tu i ówdzie monety. Różne.
– Zgubiłem pieniądze! – rzekłem i rozbeczałem się.
Chłopcy spostrzegli moje zmartwienie i przybiegli natychmiast.
– Zgubiłeś? Gdzie?
– Nie wiem. – dobroduszna moja odpowiedź oburzyła któregoś.
– Głupi! Pyta się: gdzie? Jakby wiedział, gdzie, to by się schylił i podniósł. I nie szukałby, rozumiesz? Dalej, wszyscy do roboty! Szukać! Ile zgubiłeś?
– Nie wiem.
Zaczęło się szukanie. Całe towarzystwo przeszło po sto razy tam i z powrotem. Ten i ów znalazł coś i przyleciał z triumfem.
– Jest! Znalazłem!
Potem ucichło. Nikt już niczego nie mógł znaleźć.
– Ile ci jeszcze brakuje? – pytają.
– Nie wiem.
– Nie wiesz? To policz.
Zaczęło się żmudne liczenie. Naliczyliśmy wszystkiego cztery marki i dwadzieścia fenigów.
– Brakuje jeszcze coś? – pytali.
– Brakuje.
– A ile?
– Nie wiem.
– Jak to nie wiesz! A ile miałeś?
– Nie wiem.
Przez chwilę milczeli wszyscy, potem buchnęli śmiechem.
– Miał, ale nie wie, ile. Szuka, a nie wie, czy zgubił. A może już znalazłeś wszystko.
– Pieniądz był duży, o taki. Na jednej stronie była głowa, na drugiej napis. – tłumaczyłem im ze łzami.
– A jaki napis?
– A czy to umiem czytać?
Zgromadzeni kiwali ze współczuciem i zrozumieniem głowami.
– Mogło być pięć, a mogło też być dziesięć, albo dwadzieścia.
Osobiście byłem skłonny zgodzić się na dwadzieścia. A jeśli było dwadzieścia, to znaczy, że jeszcze sporo brakowało.
Ten fakt wcale nie nastrajał na wesoło. Radość z powodu nabycia noża została mocno przygaszona. Schowałem nóż do kieszeni i chodziłem po pastwisku z żałosną miną. Tymczasem słońce nachyliło się ku zachodowi. Czas było schodzić z pastwiska.
Koło karczmy spotkałem matkę. Uśmiechnęła się do mnie. Popatrzyła na Krasulę.
– Dobrze napasłeś.
– Dokąd idziecie?
– Do sklepu. Po zakupy.
Uszliśmy już kawał drogi z Krasulą. Nagle Krasula stanęła i obejrzała się. Ja też. Zdawało mi się, że słyszę jakieś wołania, krzyki.
– Janku! Stój! Stój!
To matka biegła i wołała i dawała mi znaki, żebym stanął. Wstrzymałem więc rękę z biczem, którym chciałem zachęcić Krasulę do dalszej drogi. Ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie. Jakieś niewyraźne przeczucie. Czemu matka tak biegnie? Czy oszalała? Co się mogło stać?
Matka dogoniła nas. Była jednak tak zmęczona i tak jej dech zatykało, że nie mogła długo mówić. Usiadła w rowie. Trzymała się za serce i dyszyła ciężko. Gdy się w końcu podniosła, zbliżyła się do mnie i zaczęła obmacywać kieszenie.
– Gdzie masz ten nóż? Gdzie go masz!?
Znalazła go wreszcie w kieszeni, popatrzała na niego i na mnie i znowu upadła w rów na trawę.
Mnie ogarnęło osłupienie. Nie mogłem pojąć, co się stało. Skąd matka wiedziała o moim nożu?
Matka tymczasem ochłonęła nieco, przyskoczyła do mnie, chwyciła mnie za oba ramiona i zaczęła mną potrząsać.
– Mów! Skąd wziąłeś pieniądze? Mów mi zaraz!
Teraz z kolei zatkało mnie. Nie mogłem wykrztusić ze siebie żadnego słowa. Raz ze strachu, po drugie z powodu trzęsienia, po trzecie, co w ogóle można było powiedzieć. Ale matka właśnie ten natychmiastowy brak odpowiedzi poczytała mi za największe przestępstwo, które należało natychmiast ukarać.
Ręka już dawno wypuściła powróz. Była przecież potrzebna do zasłaniania się przed razami matczynych kościstych pięści. Krasula najspokojniej odeszła sobie do przydrżonego rowu i skubała trawę z taką zawziętością, jakby wcale dziś nie jadła. Z rowu przeszła sobie spokojnie na sąsiadujące pole. Pociągała ją tam pachnąca koniczyna. Zobaczyłem to pomiędzy błyskawicami szalejących pięści i krzyknąłem:
– Krasula w koniczynie!
Ten okrzyk wstrzymał grad uderzeń. Mogłem odetchnąć. Mogłem zastanowić się przez chwilę, co dalej robić. Nie tyle robić, ile mówić. Przyznać się? Nie przyznać? Ach! Jaka to przykra rzecz przyznać się do czegoś niewłaściwego. Przykra, ale konieczna. Nie ma innej rady. Trzeba powiedzieć prawdę.
Matka sprowadziła Krasulę z cudzej koniczyny na właściwą drogę. Mnie – zdaje się – też. Zrozumiałem bowiem wtedy, że wybieranie z szuflady cudzych krążków było czymś niewłaściwym. Było lepiej go tam zostawić.
Nóż został przez matkę skonfiskowany. Reszta pieniędzy też.
Ideał scyzoryka zbladł.



