„Jak na ping pongu”. Urzędnicy odsyłają z niczym Wodzisławian przerażonych dzikami

Problem dzików w Wodzisławiu Śląskim wraca z pełną siłą, a mieszkańcy ul. Dębowej czują się pozostawieni sami sobie w walce o własne bezpieczeństwo i spokojne życie. Wczoraj pod wieczór zaprosili media, by pokazać, jak wygląda ich osiedle
Dzikie zwierzęta szarpią nie tylko trawniki, ale też nerwy i poczucie bezpieczeństwa ludzi, wśród których są osoby starsze i małe dzieci. Tymczasem urzędnicy i władze miasta oraz powiatu zachowują się tak, jakby problem ich nie dotyczył, odsyłając mieszkańców z niczym. W Wodzisławiu na ul. Dębowej problem dzików to zagrożenie bezpieczeństwa mieszkańców i zagłada osiedlowych terenów zielonych. Mimo wielokrotnych interwencji, urzędnicy miasta i powiatu odsyłają mieszkańców nie podejmując skutecznych działań. Dziki ryją trawniki, straszą starsze osoby i dzieci, a odstrzały redukcyjne są blokowane przez protesty oraz problemy finansowe.
To oni coś niby robią, to nie robią, a odpowiedzialność przekazują między sobą jak piłęczkę w grze w pingponga – usłyszeliśmy
To już nie jest tylko kwestia zniszczonych trawników – mówi jeden z mieszkańców, który od miesięcy monitoruje sytuację i próbuje wymóc na urzędnikach reakcję. – Tu chodzi o bezpieczeństwo ludzi, o to, żeby nie bać się wychodzić z domu o piątej rano lub wracać po zmroku. Niestety w odpowiedzi słyszymy tylko, że „to nie jest problem miasta” albo że „trzeba się z tym pogodzić”. To jest po prostu skandal.
Jeden urząd odsyła mnie do drugiego, ci z kolei nie chcą lub nie potrafią podjąć żadnych działań. A dziki dalej rozkopują osiedle i straszą ludzi.
„Dzikie świnie niszczą osiedle, a urzędnicy odwracają wzrok”
Osiedle na ul. Dębowej to dziś miejsce, gdzie prawie każdy metr kwadratowy trawnika wygląda, jakby był uprawiany przez orkę.
To, co tu zobaczyłem, przeraziło mnie – mówi radny miejski Alan Szatyło, który osobiście przyjechał na miejsce po otrzymaniu zdjęć –Przypuszczałem, że będzie źle, ale nie spodziewałem się, że dziki zrobią tu taki spustoszenie. To nie jest ślad po przejeździe samochodu, lecz prawdziwa apokalipsa na ziemi. Trawniki są dosłownie zryte na całej powierzchni między blokami.
To są dwie linie frontu – zauważa radny –Z jednej strony mieszkańcy, bezbronni, często starsi ludzie i rodziny z małymi dziećmi, którzy muszą uciekać przed zwierzętami, jak pewien pan, który o piątej rano ze strachu uciekał przed dzikami. Z drugiej strony – ekoterroryści, którzy organizują protesty przeciw odstrzałom, blokując jakiekolwiek działania ochronne.
„Starosta i urzędnicy – między słowami a bezczynnością”
Wodzisławianie nie kryją frustracji wobec lokalnych władz.
Starosta kiedyś podjął decyzję o odstrzale około 40 sztuk dzików – przypomina radny Szatyło -Z relacji wiem jednak, że spotkało się to z ponad 120 protestami i naciskami „ekoterrorystów”.
Niestety wygląda to tak, jakby w Warszawie ktoś wydał polecenie zablokowania odstrzałów – dodaje inny mieszkaniec -A my? My dalej musimy się bać i tracić swoje majątki.
W tym całym chaosie urzędnicy powtarzają, że robią co mogą, a problem jest trudny. Tymczasem mieszkańcy widzą, że efekt jest żaden, a rozmowy toczą się w martwym punkcie.
Starostwo i urząd miasta przerzucają się odpowiedzialnością jak gorącym ziemniakiem – mówi jeden z rozmówców -Tymczasem to mieszkańcy są ofiarami tej bezradności.
„Odstrzały sanitarne to za mało. Potrzebny odstrzał redukcyjny”
Problem jest też finansowy – jak się okazuje, w Inspektoracie Weterynarii brakowało środków na opłacenie odstrzałów sanitarnych, które dotyczą chorych zwierząt. Dopiero po interwencji posła Romana Fritza udało się uwolnić przelewy i zrealizować te odstrzały.
To jednak nie rozwiązuje problemu – podkreśla radny –Tu nie chodzi o odstrzały sanitarne, tylko o redukcję populacji dzików w okolicach osiedla Dębowa, gdzie zwierzęta rozpanoszyły się do tego stopnia, że zagrożone jest życie i zdrowie mieszkańców.
Dodatkowo dziki są wypierane przez wycinkę pobliskich lasów i napływają jeszcze liczniej.
Pojawiają się pomysły, by osiedle ogrodzić – mówią też mieszkańcy -To jednak nie jest rozwiązanie, to ucieczka od problemu.
„Ludzie czują się opuszczeni i zignorowani”
Spotkanie mieszkańców przyciągnęło sporą grupę osób, które od dawna borykają się z problemem.
To są ludzie, którzy są trochę pozostawieni sami sobie – mówi jedna z mieszkanek -Do tej pory urzędnicy omijali nas szerokim łukiem. Dopiero media i redakcje sprawiły, że ktoś tu w końcu przyszedł i wysłuchał nas. Na razie jednak na tym koniec.
Apel jest jasny i bezkompromisowy:
Prosimy wszystkich radnych, prezydenta miasta, starostę, żeby przyjechali na miejsce i zobaczyli, co się dzieje na żywo. Nie da się tego ocenić po papierach i raportach. To jest ludzki dramat, który trzeba potraktować poważnie i szybko podjąć konkretne działania.
Domagamy się stanowczych działań ze strony Prezydenta oraz Starosty zamiast przerzucania się odpowiedzialnością za bezpieczeństwo mieszkańców. Problem dotyczy setek mieszkańców, bo mowa tu nie tylko o ul. Dębowej, ale również m. in. ul. Letniej, Rybnickiej, Radlińskich Chałupkach. Nie chcemy, żeby stało się nieszczęście, bo można temu zapobiec – powiedział Radny Dzielnicy Radlin II oraz Wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Wodzisław 2.0 Krzysztof Widenka
Co dalej?
Walka z dzikami na ul. Dębowej to nie tylko kwestia estetyki czy ochrony mienia, ale przede wszystkim podstawowe prawo do bezpiecznego życia. Mieszkańcy oczekują od lokalnych władz realnej pomocy, a nie biurokratycznego odsyłania od jednego urzędu do drugiego.
Czy po wielu tygodniach w końcu nadejdzie moment, gdy ludzie zostaną wysłuchani, a problem potraktowany poważnie? – pytają mieszkańcy
Poniżej zapis video spotkania z mieszkańcami.



