Publicystyka

Jesteś ładna, jesteś piękny

O czterdziestocalowym telewizorze, małżeńskiej miłości, adwencie i chorym żużlu z ks. Markiem Bernackim rozmawia Michał Stencel

Fot. Dominik Gajda

Michał Stencel: Marku, muszę zacząć od tego, by Cię zapytać o Twoje zdanie na temat tego, co stało się w kościele w Przegędzy. Głosy są podzielone. Jedni mówią, że dobrze, bo ustalono z góry co należy, czego nie należy. Z drugiej zaś strony mówią, że komuś się przewróciło w głowie. Zrobiłbyś inaczej ?

Ks. Marek Bernacki: Myślę, że zrobiłbym troszkę inaczej. Natomiast wolałbym też patrzeć całościowo na sytuację, bo my mamy fragment nagrania, my mamy jedną sytuację, którą ksiądz gdzieś tam poruszył z ambony. Natomiast trzeba widzieć, że to jest jednak parafia wiejska i tam zwyczajem, tradycją są kolacje, czy podejmowanie kapłana jakimś poczęstunkiem. Zwyczajem poprzednich proboszczów było, że się przyjeżdżało po księdza i to nie tylko w tej parafii, to też musimy sobie jasno powiedzieć. Uważam jednak, że nie powiedział nic złego, tak jedynie możemy zastanawiać się nad formą. Myślę, że jest taka piękna cnota, której nas też uczono i znamy ją z bierzmowania chociażby. Roztropność. Więc ja bym tutaj bardziej akcentował roztropność w tej posłudze duszpasterskiej. Co mogę, na ile mogę, wypada, nie wypada. Dla mnie to jest właśnie bardziej problem roztropności, której może odrobinę zabrakło.

Rozumiem. Zostawmy to już zatem. W 2018 roku objąłeś funkcję proboszcza bazyliki mniejszej pod wezwaniem świętego Antoniego. Do tamtego czasu byłeś proboszczem w mniejszych parafiach. Z jednej strony: duża nobilitacja i wyróżnienie. Z drugiej: spore wyzwanie. Nie bałeś się? Twoi parafianie się cieszyli, ale jednocześnie żałowali, że „naszego Mareczka” już nie będzie z nami. Dałeś się bowiem poznać, jako ksiądz, ale też, jak to mówią na Śląsku „swój chłop” Bazylika jednak, bez cienia przesady, to jeden z symboli miasta.

To jest wizytówka miasta przede wszystkim i o tym trzeba niewątpliwie pamiętać. Wiesz, że to nie tylko wydarzenia nasze duszpasterskie, ale również jakieś zewnętrzne uroczystości, na przykład kulturalne. Widzisz, zawsze gdzieś tam miałem w sercu posłuszeństwo biskupowi, czyli to, co biskup nakaże, to o czym mnie poinformuje, to wykonuję. Oczywiście nie w sposób ślepy, bo tutaj też mam prawo jakiejś dyskusji, dialogu z biskupem, ale generalnie tam, gdzie mnie posyła, tam idę. Jeśli biskup uważa, że nadam się w tej parafii, to ja w duchu posłuszeństwa idę i tak to przyjmuję, tak to odbieram. A nowe zadania? Mówiąc prosto – Bazylika to jest kombinat ze względu na zakres pracy, obowiązków, działań. Ale z drugiej strony, jeśli Pan Bóg daje nowe zadania, to daje też siły by je wykonać. Zawsze tak jest o ile potrafisz przyjąć, a nie pytać: dlaczego ja ?

Od kilku dni mamy Adwent. Paradoksalnie, bardzo wielu katolików myli Adwent z Wielkim Postem. Czy tak na dobrą sprawę, czy Wielki Post i Adwent nie są podobne w jakimś sensie? Czy to kompletnie dwa różne okresy w życiu katolika?

Dla mnie sprawa jest jasna, oczywista, może dlatego, że jestem księdzem, ale jeśli rzeczywiście wśród ludzi jest taki odbiór, to byłby on dla mnie troszkę niepokojący. Bo to byłoby dla mnie pytaniem o poziom ich religijności, poziom ich wiary, o poziom ich katechezy chociażby z czasów szkoły podstawowej, średniej, bo przecież treściowo to są zupełnie inne okresy. Treść Adwentu i treść Wielkiego Postu to zupełnie coś innego, choć element czuwania, oczekiwania – to może łączyć. Może tak, bo tu czekamy na Narodzenie, Boże Narodzenie, a w Wielkim Poście czekamy na mękę, śmierć i zmartwychwstanie. W tym kontekście można się zgodzić, natomiast treściowo zupełnie inaczej. I nawet gdy chodzi o przeżywanie czasu, o pewne emocje również zupełnie inne. Adwent jest czasem radosnego oczekiwania. Ta radość, że Pan nadchodzi, że Pan jest blisko. Natomiast Wielki Post to jest jednak smutek, jakaś nostalgia. Nasz Pan podejmuje mękę, nasz Pan umiera. Więc tak jak mówię: treściowo zupełnie inne okresy. Ale gdyby się uczepić jakiegoś przesłania, to ten moment, element czuwania, mógłby być tutaj wspólnikiem.

Jeśli spada ilość uczęszczających na niedzielne msze, to także coraz mniej dzieci uczęszcza na lekcje religii. Jeśli do księży przykleja się łatkę pedofila, to sutanna w szkole już nie budzi takiego szacunku jak kiedyś. Jeśli młodzież doskonale sobie zdaje sprawę z poniżania nauczycieli poprzez zarobki, a jeszcze przez utratę kompetencji na rzecz uczniów, to i katecheta w polskiej szkole dzieli los reszty nauczycieli. Jeśli konsumpcjonizm ocenia ludzi według ich fury i komóry, to i Dobra Nowina o zbawieniu ma mniejsze posłuch. Dosyć odważna teoria, którą znalazłem w pewnym czasopiśmie katolickim… Chciałem Cię zapytać o twój stosunek do religii w szkołach. Ja pamiętam jeszcze moją katechezę, w salce kościelnej. Może powinna tam wrócić, po prostu?

Dla mnie sytuacja nie jest taka prosta. Ona jest złożona dlatego, że inny był odbiór religii, inna atmosfera wokół religii, kiedy ona wchodziła do szkół. Inaczej jest teraz, ze względu chociażby na zachowania, postawy kapłanów, katechetów itd. Ja uczę religii 24 lata. Obecność katechezy w szkole zrobiła i wciąż robi dużo dobrego. Mam takich uczniów, którzy nie przyjdą do salek. Oni są w szkole, być może siłą rozpędu, bo kolejna lekcja. Ale są. Mogę ich tam, mówiąc kolokwialnie, chwycić. Mogę nawiązać relacje, których nie nawiążę z nimi, jeśli ich nie będzie w szkole. Uczę w jednej szkole kilkanaście lat, więc to też jest plus, bo mam uczniów, z którymi udało się pewne rzeczy wyprostować, rozwiązać, doradzić, pomóc również w sprawach osobistych. Często nie miałbym tego w salce czy w kościele, gdyby była katecheza, bo tych uczniów bym po prostu nie miał. Ważne też jest to, że mam obok siebie innych nauczycieli i możemy pewne problemy rozwiązać razem. Jestem jednak zdania, że jedna godzina katechezy w szkole by w zupełności wystarczyła. To jest moja osobista opinia. Natomiast drugą zrobiłbym alternatywnie przy kościele dla tych, którzy szukają czegoś więcej, którzy chcą pogłębiać jeszcze wiedzę.

Może w innej formie, prawda?

Tak. Już nie jako lekcja, wykład, ale jakieś spotkanie przy herbatce, na jakichś gierkach, gdzie zawsze tego Pana Boga można też włączyć. Jak to czasami mówię: tego Pana Boga przemycić. Tak więc nie byłbym za zlikwidowaniem katechezy. Zostawiłbym, ale na pewno w innej formie, bo tak jak mówię wiele dobra się dokonało przez katechezę w szkole i wciąż się dokonuje. Tego ludzie często nie widzą. Nie czas i miejsce na przykłady, ale gdyby był ktoś zainteresowany, mogę wiele takich pięknych przykładów podać. Powiem chociażby o jednej rzeczy. Wciąż mam uczniów, którzy z perspektywy lat kilku, kilkunastu nawet, zapraszają mnie na spotkanie klasowe. Ostatnie takie było po 16 latach, kiedy skończyli szkołę, co jest dla mnie wielkim zaszczytem i mam uczniów, którzy proszą o to, bym pobłogosławił ich związek małżeński, bo ksiądz mnie uczył w szkole. I zdarzają się również tacy uczniowie, którzy po iluś tam latach piszą na Facebooku do mnie, czy to aby ja? Czy ja mógłbym z księdzem się spotkać? A w jakiej sprawie? – odpisuję. Bo mam problem: wali mi się małżeństwo. A ksiądz nam powiedział w szkole kiedyś tam, że jak się będzie działo źle, to zawsze możemy do księdza przyjść.

Czyli jest kontynuacja…

Tak. I zarazem to jest dla mnie motywacja: on dalej o tym, co powiedziałem pamięta. I w trudnej sytuacji przychodzi. Gdyby katechezy nie było w szkole, tego by nie było.

Wspomniałeś o o małżeństwie. Wiele osób, które nie uczestniczą w życiu parafii, nie chodzą do kościoła, czasem nawet nie wiedzą, jak ten kościół wygląda, zawierają ślub kościelny. Czy to trochę nie jest śmieszne? Mam czasem wrażenie, że nawet treści przysięgi małżeńskiej, którą przecież wypowiadają, nie rozumieją…

Znam też takie przykłady. Natomiast ja bym tego wszystkiego tak nie oceniał kategorycznie. Co nimi kieruje? Czy rzeczywiście tylko jakaś reguła, schematyczność? Bo my nie wiemy, co tam się tak naprawdę dzieje. Czy może przeżywają tę wiarę, a nie pokazują tego na zewnątrz? Idą do ołtarza, bo tak wypada, tak należy, tak robią wszyscy. Ja bym był ostrożny, bo myślę, że jednak głęboko w sercu ci ludzie tego Pana Boga mają. Mają wiarę w sercu. Natomiast owszem, nie praktykują bardzo często. Owszem, często ulegają takim schematom sztucznym, jakimś tam wyreżyserowanym. Też nie chcę generalizować. Brakuje takiej osobistej relacji do Pana Boga, że ten Pan Bóg to jest ktoś bardzo bliski, to jest taki bardzo mój, tak jak w dniu ślubu – właśnie ona jest moja, najukochańsza i najwspanialsza. Tak w relacji wiary Pan Bóg jest mój wspaniały, najukochańszy. Tego brakuje. Gdzie jest problem? Gdzie jest powód? Na pewno gdzieś tam znów katecheza, o której żeśmy mówili, że być może tam nie zostało to dobrze poukładane. Bardzo mocno dom rodzinny. Miejmy tego świadomość, że dom rodzinny to jest pierwsze środowisko wiary.

Dom kształtuje, wychowuje do pewnych postaw.

A potem świat, dzisiejszy świat, który też narzuca pewne schematy. Świat, który narzuca pewne zachowania. I my często jako ludzie słabi temu ulegamy. A te zachowania świata oczywiście bardzo często też są pozbawione Pana Boga. I idziemy w taką właśnie schematyczność. Idziemy w coś takiego, że to być musi, to wypada, bo tak wszyscy robią. Tak to widzę. Natomiast tak jak mówię, jest wiele, wiele Bożych spraw w tych ludziach. Często też mówię: ludzie są trochę okaleczeni przez ten świat. Mówią, że Pan Bóg niepotrzebny. Po co? Na co? Natomiast zauważmy, że w sytuacjach trudnych, ogromna większość się mobilizuje w tym znaczeniu, że jak trwoga to do Boga. To jednak gdzieś ten Pan Bóg jest potrzebny, bo przychodzę do kościoła na modlitwę, bo dam na mszę. Proszę księdza, niech ksiądz pomoże. Jednak gdzieś ta wiara jest. Tylko czemu akurat w trudnych sytuacjach, a nie w całości życia? Ale to dobrze, że przynajmniej wtedy jeszcze o Panu Bogu pamiętają, chcą i widzą, że w Nim jest jakiś ratunek i widzą, że On może rzeczywiście coś zmienić. Oby tak było.

Zapytałem o małżeństwo i coraz bardziej modne i głośne stwierdzenie nieważności małżeństwa, potocznie nazywane rozwodami kościelnymi. Trochę mi się to gryzie. Bo z jednej strony, ktoś jest katolikiem i bierze ślub, przysięga. Zakładamy, że ma pełną świadomość tego, co przysięga. A z drugiej strony, stara się o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Mówi się, że co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela. Dlaczego zatem Kościół dopuszcza taką możliwość? Czy to się trochę nie gryzie z naukami Jezusa, z Biblią?

Jeśli Kościół dopuszcza, jeśli Kościół się zgadza na stwierdzenie nieważności, to myślę, że się nie gryzie z Biblią. Natomiast może musimy pójść z innej strony i zastanowić się, czemu tak się dzieje, że te stwierdzenia są. Czemu ci młodzi ludzie idą do ołtarza, zakładamy, że mają piękne, szlachetne intencje, A potem przychodzi moment, kiedy oni mówią: to wszystko było nieważne. Czy nie zostali dobrze pouczeni? Może być taki powód. Są nauki przedmałżeńskie, są katechezy. Może tu jest gdzieś ta wina? Może zataili coś przed sobą? A może po prostu nie byli świadomi pewnych sytuacji, że mając taki problem, taką sytuację w sobie, nie mogę zawierać związku małżeńskiego, a mimo wszystko się na to zdecydowali? My widzimy to spektrum spraw, powodów nieważności małżeństwa. Natomiast na pewno gdzieś tam wiodącym powodem jest ta niedojrzałość. Niedojrzałość w podejmowaniu obowiązków małżeńskich i niedojrzałość do wypełnienia obowiązków małżeńskich. Ale powodem tej niedojrzałości nie jest Kościół, nie jest Pan Jezus, nie jest wiara, powodem jest często dzisiejszy świat i styl życia który proponuje. Wiem, że znów uogólniam. Nie chcę, żeby każdy, kto to czyta, brał to do siebie. Michał, pamiętam jedną taką naukę, kiedy pani, która prowadzi nauki przedmałżeńskie tłumaczyła młodym: musicie się poznać całkowicie ze wszystkich stron. Często młodzi poznają się bardzo ogólnie: jesteś ładna, jesteś piękny, miło się z Tobą rozmawia, mamy piękne plany i tak dalej. Ja nawet mam takie sytuacje, że czasami oni już spisują protokół małżeński, a ich rodzice się jeszcze nie poznali. Trzeba z sobą przed ślubem rozmawiać o wszystkim.

Nie żartuj proszę.

Mówię poważnie. Potem to może spowodować, że coś będzie zatajone, gdzieś coś będzie nie powiedziane do końca. Nie może być żadnych tajemnic. W dniu ślubu musimy wszystko sobie wiedzieć o naszej rodzinie i tak dalej. Także tu jest pytanie o przygotowanie do małżeństwa, o dojrzałość młodych. Ale to są też często rzeczy, które muszą z nas wychodzić. Właśnie tego się uczymy od maleńkości. W domu, w szkole, na podwórku, gdziekolwiek. Jest faktem, że tych nieważności jest coraz więcej. Już papież Franciszek kiedyś powiedział, żeby z jakimś większym zrozumieniem podejść do tych spraw. On nie zgodził się na unieważnianie związków małżeńskich, bo to znów jest błędne, że papież się zgodził na unieważnienia, nie. Papież powiedział żeby tylko z większym zrozumieniem podejść do tych spraw, lepiej się temu przyjrzeć. Nic nie poluzował, wszystko jest tak, jak było. Natomiast jedynie powiedział: wy nie bójcie się przyjść, powiedzieć, że chcecie stwierdzić nieważność. Niech ksiądz to zbada, czy tam są szanse. A kapłani pomóżcie, porozmawiajcie, wskażcie pewne sytuacje, które mogłyby być tego powodem.

Jest jednak taka obiegowa opinia, że Kościół to robi dla kasy, no bo to kosztuje.

Eeee tam, wszystko ta kasa …. Kasa to jest rzecz wtórna, bo w porównaniu z sądami świeckimi to te opłaty to jest żadna, jak to powiedziałeś, kasa. Natomiast to też nie jest tak, że ja przyjdę, wniosę sprawę o stwierdzenie nieważności małżeństwa, będzie przewód sądowy i już jest decyzja. To są dwie instancje. To nie jest tak jak w sądzie świeckim, że od razu w pierwszej instancji mam rozwód. Tu są dwie instancje, tu są Katowice, tu jest Kraków. Muszą dwie instancje potwierdzić. Tutaj jest funkcja tak zwanego advocatus diaboli. Osoba wyznaczona, która szuka, robi wszystko, żeby nie doszło do unieważnienia, szuka przesłanek za pozostawieniem tego małżeństwa. Tak więc naprawdę to nie jest takie proste. Sami młodzi mówią czasami, że to trwa latami, bo to jest kwestia świadków: powoływania, przesłuchiwania. To jest kwestia moralności. Tych kandydatów bada się naprawdę ze wszystkich stron bardzo szczegółowo, bo tak jak mówię, to nie jest tak: pstryk, nie wyszło wam, no to unieważniamy. Musi być naprawdę konkretny powód, konkretna przyczyna. Wśród tych kilkunastu, które Kościół wskazuje.

Ludzie odchodzą z Kościoła. Apostazja jest modna. Wiele osób deklaruje, że się wypisała albo wypisze. I jednym z głównych powodów jest pedofilia, życie księży ponad stan. Czy nie masz wrażenia, że przez to, co się stało i pewnie dzieje nadal, daliście co niektórym świetny argument, by po prostu odejść?

Przede wszystkim to nie jest jakieś lawinowe zjawisko. Tak to znów media pokazują, że tyle ludzi apostazji dokonuje, tyle ludzi odchodzi. Formalnie na papierze to nie jest lawina. Jest – owszem – więcej niż lat temu parę, ale to nie jest jakaś lawina. Mam z tym oczywiście styczność, bo do parafii przychodzi informacja, trzeba to odnotować na przykład w księdze chrztów. To jest pierwsza rzecz. Owszem, mamy sporo takich, którzy odchodzą nieformalnie, po prostu przestają chodzić na Mszę świętą, ale członkami Kościoła pozostają. Takich mamy na pewno więcej niż kiedyś, zwłaszcza młodych. Zgadza się. Czy to sytuacja Kościoła, księży, ich zachowania są tego powodem? Być może. Być może jest to jakiś przyczynek. Tu się cały czas ja biję w piersi, bo za wszystkich też nie odpowiadam. Być może jest to przyczynek, ale myślę, że tutaj znów trzeba wrócić do tego, o czym już wspomniałem. Relacja do Pana Boga. Obraziłem się na Kościół, na księży a cierpi na tym Pan Bóg. Co On zawinił? Zapominam o Panu Bogu, o Mszy Świętej, o sakramentach itd. Tutaj zawinił ksiądz, zawiniła instytucja. Bóg nie. Owszem, że ludzie tak to tłumaczą. A poza tym porównuję to też do sytuacji rodzinnej. Jeśli się rozchodzimy, rozwodzimy z mężem, z żoną, to zrywam kontakty z wszystkimi w rodzinie tej jednej, wspólnej? No nie, z niektórymi być może, bo nie potrafię rozmawiać, bo jest mi nieprzyjemny czy coś podobnego. Ale generalnie jakieś te relacje utrzymujemy, to nie, że zrywam ze wszystkimi, daję papier i proszę mnie tutaj wykreślić z tej rodziny, nie chcę was znać. Owszem, Ty możesz się obrazić na kapłana, możesz się obrazić na instytucję, ale nie można się obrazić się na Pana Boga. To pokazuje twoją dojrzałość. A najłatwiej się na Pana Boga się obrazić, a Pan Bóg mi nic nie zrobił. Zrobił mi ksiądz, zrobiła mi instytucja, więc trwajmy. Nie uleczę w ten sposób sytuacji, że ja się wypiszę. Zostań po to, żeby pomóc, żeby wspierać. Żeby poprowadzić, dać jakiś dobry przykład. Ale oczywiście jest wolność. Każdy ma prawo wyboru, więc jak najbardziej tutaj szanujemy, choć niekoniecznie musimy się z nimi zgadzać, ale szanujemy takie wybory.

Wiara w rybnicką religię czyli żużel, też nieco upadła. Kiedyś mówiono, że to serce miasta, ale czy dziś można o tym tak powiedzieć? Wiem, że kibicujesz mocno, ale czy chodzisz dalej na Gliwicką?

Kiedy wspomniałeś o tym, że serce miasta, to zaraz sobie pomyślałem jak bardzo to serce jest chore, jak bardzo jest poranione, że tutaj tak to jakoś kuleje i ten żużel ostatnio kuleje i w ogóle sport kuleje. Czy chodzę? Niestety nie. Nawał obowiązków jest zbyt duży. Jeśli to może być moim usprawiedliwieniem, to proszę to przyjąć, że poprzez zobowiązania, zwłaszcza w niedzielę, kiedy Msze święte odbywają się cały dzień, nie jestem w stanie fizycznie być obecny czy to na żużlu, czy na siatkówce, czy na innych dyscyplinach. Natomiast jestem naprawdę wiernym kibicem, bo w Rybniku jestem 24 lata, więc śledzę to wszystko i zawsze swoim się kibicuje. Jestem wiernym kibicem żużla jak najbardziej. Swego czasu, kiedy jeszcze koszykówka dość wysoko stała, to bardzo mocno kibicowałem dziewczynom, które walczyły o mistrzostwa w lidze, trochę wspieram mentalnie lekkoatletów, zwłaszcza jak to są jacyś byli uczniowie. Tak, jestem kibicem i przykro mi, że perełka miasta – żużel – trochę kuleje. Z taką nostalgią wspominam jak mój tata, jak mój dziadek jeździli na mecze żużlowe, kiedy to były czasy świetności.

Ale jesteś z Knurowa i pamiętasz też dużo lepsze czasy Concordii Knurów.

Pamiętam czasy Concordii Knurów kiedy grała z Górnikiem Zabrze na przykład. Pamiętam też boks z Concordii Knurów, tam też była dobra ekipa. A teraz jest Rybnik i chciałoby się, żeby tutaj nasi zdobywali laury. Ale cały czas jest jakieś jątrzenie, cały czas jest jakaś niedobra aura, zwłaszcza wokół żużla. Jak nie ma dobrej atmosfery, to na tym się nic nie zbuduje. Natomiast trudno mi wnikać w powody, szczegóły, tego bym nawet nie chciał robić. Ale mój odbiór zewnętrzny taki jest. Jak to ktoś powiedział: z takiej mąki dobrego chleba nie będzie… Jest dobre środowisko, są wierni kibice. Może tu jest szansa, jeśli pozwolimy wypowiedzieć się wszystkim, jeśli będziemy budować dobre relacje, to myślę, że szansa na wielkie, wielkie rzeczy jest.

Idą święta. Będą święta. Brakuje ci w tych informacjach medialnych, prasowych, że to będą święta Bożego Narodzenia?

Zapomina się o istocie tych świąt i zapomina się o treści właściwej. Skupiamy się na tym, co zewnętrzne, bo to jest takie piękne, kolorowe, tak ładnie zapakowane z Chin czy skąd jeszcze sprowadzone. Na tym się skupiamy. Zabawki, bombki, prezenty, choinki, dobre jedzonko – to nie jest istota.

Telewizor 40 calowy…

Ani telewizor 40 calowy, nie Kevin sam w domu i coś jeszcze. To nie jest istota. My zapominamy o istocie, tak jak o wielu rzeczywistościach, sytuacjach. Istotą jest Jezus Chrystus. Nie bójmy się tego określenia, bo to też niektórym przez gardło nie przechodzi. Jezus Chrystus. Gdyby nie On, nie ma Bożego Narodzenia. Nie ma świąt, nie ma promocji, nie ma marketów, nie ma lampek. Gdyby nie jego narodzenie, to On jest istotą wszystkiego. A wszystko inne jest pewnym dodatkiem, pewnym czymś, co ma wytworzyć atmosferę, która jest też potrzebna – jak najbardziej. I super. Ale nie zapominajmy o istocie. Dzięki Bogu u nas jeszcze ta istota u wielu jest zachowana. Pasterka, kolędowania, to widzimy. Ale mówić o tym trzeba, żeby rzeczywiście nie stało się tak, że w którymś momencie powiedzą nam święta, choinki, święta karpia, święta prezentów, a nie Święta Bożego Narodzenia.

Czego chciałbyś życzyć rybniczanom na te święta Bożego Narodzenia?

Chciałbym życzyć tego, co już pojawiało się w naszej rozmowie dość często. Żebyśmy nie zagubili istoty w naszym życiu. Co w tym życiu jest najważniejsze w kontekście Bożego Narodzenia? Wiara. Nie traćmy zatem tej istoty, jako mojej osobistej relacji do Pana Boga. Nie do Kościoła, nie do kapłana, ale do Pana Boga. Tego wszystkim życzę, żeby z tego wynikało nasze życie pełne dobra, miłości, pełne zgody. Spróbujmy nie tylko przez te święta, ale i po świętach naszą dumę schować do kieszeni. Ciągle ten nasz egoizm, naszą rywalizację, taką sztuczną. Chciejmy wydobyć miłość, przebaczenie, dobroć, piękno. To wszystko, co buduje, to co rzeczywiście może być początkiem czegoś dobrego. Tego bardzo życzę.

Dziękuję za rozmowę.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button