Historia

Koło od taczki jest wspaniałą lokomotywą

Siódma część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej

– Zima, zima, ciężkie czasy! – tak narzeka pewna piosenka, tak narzekają często starzy.

Inaczej młodzi. Inaczej dzieci. Oni witają zimę z radością.

– Śnieg spadł, będzie sanna!
– Mróz ściął wody, będzie ślizgawka!
– Postawimy bałwana!
– Urządzimy kulig!
– Zabawimy się w wojnę!

To wszystko przeżywało się. To było wspaniałe. Ale najwspanialsza zabawa to była ślizgawka z kołem od taczki.
Mieszkaliśmy wtedy na górce. Właściwie nie na górce. To zależało od tego, skąd patrzało się na nasz dom. Z jednej strony, od wsi, patrzało [się] na nasz dom, jakby stał na górce. Z drugiej strony, od pól, była równina. Wieś leżała w dolinie, jakby w wąwozie. Zbocza wąwozu spadały od naszego domu dość stromo. W wąwozie płynął strumyczek. Od strony wsi prowadziła do naszego domu tylko ścieżka dla pieszych. Wozem nie można było podjechać pod górę.
Ta ścieżka stanowiła dla nas, dzieci, w zimie szczególny raj. Gdy spadł śnieg, mieliśmy wspaniały tor saneczkowy. Gdy ścieżka została nieco udeptana względnie wyślizgana, wtedy tor saneczkowy zamieniał się na tor ślizgawkowy.

– Janeczku, żebyś mi nie szedł na ślizgawkę! – upominała matka.
– Czemu nie?
– Zedrzesz zelówki na nic.
– To wezmę pantofle.
– Zabijesz się na pantoflach.
– Nie, nie zabiję.
– I pantofle zedrzesz.
– To podbiję je drutami.
– Na drutach, synku, jeszcze prędzej się zabijesz.

Ale wszelkie upomnienia pozostały bez skutku. Miałem wtedy, zdaje się, osiem lat. Pantofli podbić drutami jeszcze sam nie umiałem. Na wszystko wszakże była rada.

– Józek!
– Co chcesz?
– Przybij mi druty do pantofli.
– Jeszcze co. A druty masz?
– Nie mam.
– To co ci przybiję?
– Druty. Ty masz, wiem, widziałem.
– Mam, ale dla siebie.
– Przybij mi, Józek, dam ci coś.
– A co?
– Nie wiem, co. Dam ci, gdy będę coś miał.
– No dobrze. Ale, żebyś nie zapomniał!

Józek przybił mi druty do pantofli. Wiedziałem, że przybije. Lubił majstrować, a co ważniejsze, lubił bawić się w gromadzie.

– Przybiję ci druty, ale przyjdziesz tu do nas ślizgać się. Zrobimy kolejkę. Pojedziemy tuf, tuf! Z góry na dół.
– Zrobicie kolejkę? Jak to zrobicie?
– Mam parowóz, rozumiesz?
– Parowóz? Nie rozumiem.
– No, parowóz! Lokomotywę! Wiesz, taką, co to porusza ją para.
– Taki prawdziwy parowóz?
– Głupiś! Prawdziwy! Skąd bym wziął prawdziwy! Mam taki niby-parowóz.
– Niby-parowóz? Jaki to jest?
– Głupi. Nic nie rozumie. Przyjdź po obiedzie, zobaczysz. Druty już będą przybite. Pojedziemy kolejką.

Po obiedzie była zbiórka w szopie Józka. Zebrała się spora gromadka dzieci. Większe i mniejsze, razem około ośmioro. Wszystko obowiązkowo w pantoflach, możliwie na drutach.

– Tu masz swoje pantofle z drutami. Trzewiki zdejm! Weź pantofle!

Oglądałem z podziwem lśniące druty pod pantoflami. Po dwa pod każdym.

– Dobre? – spytał Józek.
– Dobre, dobre.
– To ubieraj prędko, bo już idę po parowóz. Na bok, smyki!

Józek poszedł w drugi kąt szopy, skąd przyniósł po chwili stare koło od taczki. Koło było drewniane z żelazną obręczą. Z grubszej osi drewnianej wystawały po obydwu końcach dwie cieńsze ośki żelazne. Józek uchwycił rękami za te ośki, przycupnął na ziemi, powiódł triumfalnie oczami po gromadce i rzekł:

– To jest parowóz. A ja jestem kierownikiem parowozu i kierownikiem pociągu. Rozumiecie?
– Ale parowóz musi mieć parę.
– A skąd wiesz, że nie ma? – oburzył się Józek.
– A gdzie jest?

Józek nabrał w płuca powietrza, potem zaczął parskać jak prawdziwa lokomotywa.

– Puf, puf, puf! Puf, puf, puf! …
– No dobre. Jest parowóz. Ale gdzie jest pociąg?
– Pociąg zrobi się zaraz.

Józek wstał, odłożył parowóz, potem począł ustawiać dzieci.

– Ty będziesz pierwszy, a ty drugi wagon!
– Ja wagon? Przecież wagon musi mieć koła.
– A ty nie masz?
– Nie.
– To sobie przypraw. Albo nie, sam ci przyprawię.

Józek zakręcił ręką raz koło kolana, drugi raz koło grubszej części ciała. Z jednej i drugiej strony.

– Masz koła. Cztery koła. Dwa z przodu, dwa z tyłu. Dwa z lewej, dwa z prawej strony.
– To jest razem osiem! – przedrzeźniał któryś, ale Józek nie dał zbić się z tropu.
– A nie widziałeś to jeszcze wagonu, co ma osiem kół?
– A ty widziałeś?
– Pewno, że widziałem. No, już wszystkie wagony mają koła?
– Wszystkie.
– Formujemy pociąg. Przycupnijcie tak, jak ja. Teraz wyrzućcie ręce naprzód i chwyćcie swojego poprzednika za brzuch. Ręce spleść mocno, żeby się wagon nie urwał, bo może być katastrofa. No, już?
– Już! – krzyknęło siedem roześmianych gąb.
– Teraz zaprzęgam parowóz. Uwaga! Franek chwyć się mnie za brzuch. Uwaga! Ruszamy. Pufff, pufff, pufff!

Ciężko ruszyła lokomotywa z podwórza. Wagony nie chciały ruszyć się z miejsca. Na podwórzu w tym miejscu nie było ślizgawki. Trzeba było wydostać pociąg na tor ślizgawkowy.

– Kto tam tak hamuje? – krzyknął zirytowany Józek. – Nie hamować! Trzeba przecież pomóc. No, poruszajcie trochę kołami!
– Jakimi kołami? – spytał ktoś.
– Co za głuptas! Nie wie, jakimi kołami. Nie przyprawiłem ci kół do nóg?
– Aha! Już wiem!

Pociąg zaczął się poruszać.

– Puff, puff! Puff, puff! … Uwaga, jesteśmy na torze!

Gwizd rozległ się naokół. To gwizdał parowóz, a może kierownik parowozu. Mnie zaczęło gwizdać w uszach. Sądzę, że innym też, bo nagle pociąg nabrał takiego rozpędu, że sztachety jeno migały koło nas. Gdybym nie był w tej chwili wagonem, możeby zatrwożyło się serce moje. Ale przecież nie wypadało, by wagon okazywał strach. Zresztą nie widziałem wiele przed sobą. Tylko plecy mojego poprzednika. Za bezpieczeństwo pociągu odpowiadał kierownik parowozu.

– Hamować! Hamować! – krzyknął nagle parowóz ludzkim głosem.
– Hamować! Hamować! – krzyczały wagony w przeczuciu jakiejś katastrofy, ale nikt nie wiedział, jak to robić.

Nagle pociąg skręcił gwałtownie w bok i za nim zdążyłem uświadomić sobie, co się dzieje, pokoziołkowałem w dół, ku strumykowi, który na szczęście był zamarznięty. Inni koziołkowali podobnie.
Gdy minęło pierwsze przerażenie i stwierdziliśmy, że wszystkie wagony podnoszą się z miejsca, a parowóz z kierownikiem parowozu leżą nieco wyżej, przy czym kierownik trzyma się za brzuch od śmiechu, wtedy i nam zachciało się nagle śmiać.

– Katastrofa! Katastrofa! – rozległy się nagle wołania, jakby katastrofa oznaczała wielką wygraną na loterii.
– To ci była katastrofa! Cały pociąg wykoleił się! Wszystkie wagony odpięły się i poleciały do rzeki.
– Tylko parowóz nie poleciał do rzeki! – krzyknął dumnie jego kierownik.
– Ale się wykoleił! – przygryzł mu któryś wagon.
– A wołałem, żeby hamować. Czemuście nie hamowali?
– Hamować, hamować! Jak hamować? Czym? – irytował się któryś wagon.
– Prawda! Nie było czym hamować. Zaraz przyprawiamy wagonom hamulce. Chodźmy na górę!

Na górze, to znaczy w szopie, Józek poszperał po różnych kątach i przyniósł jakieś dwie pałki.

– Są hamulce! Ty, Franek, dostaniesz jeden, a ty, Alfons, drugi. Będziecie hamować!
– Jak? Powiedz, jak?
– Zwyczajnie. Włożysz sobie kij między nogi, przycupniesz, oprzesz jeden koniec o ziemię, a drugi na nodze. O tak, widzisz?

Franek i Alfons zrobili kilka prób.

– A my co? My bez hamulców? – krzyczały inne wagony.
– A czy wy myślicie, że w każdym wagonie siedzi hamulcowy?
– Pewno, że w każdym. My też chcemy mieć hamulec.
– Głupi! Toście jeszcze nie widzieli pociągu. I myśleć nie umiecie. Ile by to kolej musiała mieć ludzi, gdyby w każdym wagonie musiał być hamulcowy. Dwa hamulce wystarczą.
– A jak znowu będzie katastrofa?
– To co? Uśmiejemy się i już!
– Ale nie powiedziałeś jeszcze, jak hamować.
– Gdy pojedziemy zwyczajnie, to będziecie lekko siedzieli na hamulcu, rozumiecie? A jeśli krzyknę – hamować! – wtedy siedniecie mocniej na hamulcu, rozumiecie? Hamulec zacznie działać. Dalej! Zrobimy próbę! Ustawiać się!

Po chwili pociąg był gotowy do odjazdu. Kierownik parowozu zagwizdnął przeraźliwie na palcach.

– Uwaga! Wsiadać i drzwi zamykać! Odjazd!

Pociąg pojechał po stromym zboczu jak wicher. W uszach znowu zagwizdało.

– Hamować!!!

Hamulcowi nacisnęli na hamulce. Hamulce zgrzytnęły po zlodowaciałym śniegu. Ale pociąg wcale nie zwolnił biegu.

– Hamować!!! – krzyczał rozpaczliwie kierownik parowozu.
– Hamulce nie działają! – odpowiedział równie rozpaczliwie któryś z hamulcowych.

Wtedy parowóz skręcił w lewo, wagony za nim, ale że pęd pociągu był zbyt silny, wagony znowu się rozłączyły i potoczyły ku strumykowi. Tym razem jednak koziołkowały tylko zwyczajne wagony, te bez hamulców. Wagony z hamulcami nie mogły koziołkować, bo hamulce nie pozwalały. I tak Franek i Alfons przyjechali do strumyka inaczej, jeden na brzuchu, drugi na plecach. Franek długo nie mógł się podnieść. Leżał na ziemi, raczej na lodzie, i stękał. Nawet ogólna radość nie mogła go zmusić do śmiechu, a przynajmniej do zaprzestania jęku.

– Katastrofa! Katastrofa! – krzyczeli jedni.
– Prawdziwa katastrofa – krzyczeli drudzy – bo jest ranny.
– Ranny? Gdzie? Kto? – pytał sam kierownik pociągu. I prędko zeszedł w dół, do Franka.
– Co ci jest? – pytał troskliwie.
– Boli! – jęczał Franek.
– Gdzie?
– Tu i tu.

Józek obejrzał wskazane miejsca na nodze. Potem podmuchał troskliwie. Wreszcie zaśmiał się.

– Wstawaj, Franek! Nic ci nie będzie. Kto by tam jęczał z powodu takiej maleńkiej rany. Nawet krew nie płynie. Zgoi się, zanim pójdziesz do wojska. Cóż sobie myślisz? Na wojnie urwie ci głowę i nawet nie piśniesz. Wstawaj!

Franek wstał, opierał się na swoim hamulcu i próbował iść w górę. Bolało go jeszcze, ale widocznie co raz mniej. Rzekł z gniewem:

– Do luftu z takim hamulcem! Pociągu nie zahamował i jeszcze byłby mi nogi połamał!

Tego dnia Franek nie mógł już być wagonem w pociągu.

– Franek, a te dziury w spodniach zaszyj sobie tak, żeby mama nie widziała, bo oberwiesz co.
Franek dopiero teraz spostrzegł, że hamulec zrobił mu dwie dziury w spodniach.

Odtąd zaczęło się jeżdżenie pociągiem. Katastrofy miały miejsce kilka razy dziennie, ale na szczęście nie były groźne. Starzy przyglądali się naszym zabawom z tajonym uśmiechem.

– Będziecie tak jeździć tym pociągiem, aż który nogi połamie.

Powiedziała to moja matka. I powiedziała w złą godzinę.

Pewnego razu w katastrofie “kolejowej” Alfons zwichnął sobie nogę tak mocno, że musieliśmy go zanieść do domu. Ten wypadek spowodował przykre skutki. Skutki dwojakiego rodzaju. Po pierwsze niemal wszyscy oberwali w domu z tego powodu porządne lanie i usłyszeli długie kazanie. Po drugie rodzicielska zmowa zakazała stanowczo dalszej zabawy w pociąg i ślizgania się. Druty z pantofli musiały zniknąć.

– Ach, ci starzy! Nie mają absolutnie żadnego zrozumienia dla młodych wynalazców.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button