Kto oszpecił twarz Matki Boskiej Częstochowskiej?

Górny Śląsk jest odmienny od reszty Polski, ale jest też z nią na wielu poziomach nierozerwalnie zrośnięty. Jednym z silnych spoiw pomiędzy regionem a resztą kraju jest jasnogórski klasztor i znajdujący się tam obraz Matki Boskiej
Nie tylko liczne pielgrzymki z Górnego Śląska do Częstochowy zaświadczają o wspomnianej powyżej więzi – ma ona charakter historyczny i istnieje od dnia założenia jasnogórskiego klasztoru. Badanie historii jasnogórskiego sanktuarium jest fascynujące i jak zazwyczaj, pokazuje, że historia jest plątaniną faktów i zniekształceń. W tym wypadku plątanina ta sięga co najmniej od zachodniej Ukrainy po Haiti.
Klasztor powstał dzięki fundacji górnośląskiego księcia Władysława Opolczyka (1326-1401), prawnuka Władysława opolskiego (1225-1282), założyciela górnośląskich miast i fundatora rudzkich cystersów. Władysław Opolczyk związał swe losy z władcą Węgier, Ludwikiem Andegaweńskim Wielkim (1326-1382), swoim dalszym kuzynem, dzięki czemu zarządzał Rusią Halicką, czyli częścią dzisiejszej zachodniej Ukrainy. Wielkie historyczne skutki rządów Władysława Opolskiego na Ukrainie są co najmniej trzy. Po pierwsze, śląska flaga, będąca skrótem kolorystycznym herbu Górnego Śląska (złoty orzeł na niebieskim tle) stała się z czasem źródłem współczesnej flagi ukraińskiej, drugim skutkiem wspomnianych rządów górnośląskiego księcia jest przeniesienie obrazu Matki Boskiej z ukraińskiego dzisiaj Bełza do Częstochowy, trzecim – dynamiczny rozwój Lwowa. Książę założył fundację klasztorną pod Częstochową w 1382, co było skutkiem ugody pomiędzy nim a arcybiskupem gnieźnieńskim, który wcześniej rzucił na księcia kościelną klątwę. Z czasem opiekunem fundacji został Władysław Jagiełło (1362-1434) i jego żona Jadwiga (1373-1399), w której żyłach płynęła krew piastowska i górnośląska.
Zasługą Władysława Jagiełły jest wzniesienie murowanej kaplicy i kościoła. Znajduje się w niej obecnie obraz Matki Boskiej z charakterystycznymi śladami po cięciach szablą. Wielu kojarzy je z czasem potopu, kiedy klasztor był oblegany przez Szwedów. Ciosy szablą zadali polscy szlachcice i jeden rusiński w roku 1430 roku. Sprawa od początku była wstydliwa i mało jasna. Pisał o niej Jan Długosz w swoich kronikach:
(…) pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi, przekonani, że klasztor Częstochowa (…) ma wielkie skarby i dużo pieniędzy (…) dobrawszy sobie rabusiów z Czech, Moraw i Śląska, w uroczystość Wielkiejnocy (…) napadają na tenże klasztor.
Kronikarz określa trzech rabusiów. Byli to szlachcice Jakub Nadobny z Rogowa, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa ze rdzennej Polski i książę Fryderyk Ostrogski rodem z Rusi. Warto nadmienić, że obraz zniszczono podczas okradania klasztoru. W tym samym czasie niedalekie Gliwice i Bytom były oblegane przez husytów i Jan Długosz pisze, że obraz Matki Boskiej zniszczono, by rzucić podejrzenia właśnie na nich i sprowokować Władysława Jagiełłę do zbrojnego z nimi starcia. Mądry król zarządził śledztwo i ukarał łagodnie winnych. Jakiś czas temu, Profesor Jerzy Sperka dotarł do dokumentów sądowych z Krakowa z których wynika, że wśród napadających klasztor była jeszcze jedna osoba – Rogala Wyszel z Kozolina. Winni zostali osadzeni na kilka miesięcy w wieży i do sprawy już nie wrócono. Jakub Nadobny zginął za rok w czasie walk z Tatarami, ale reszta napadających klasztor nie mogła narzekać na swój los. Profesor Jerzy Sperka zauważył, że Rogala Wyszel z Kozolina żył w dostatku przez następnych 40 lat, zaś Jan Kuropatwa został podkomorzym lubelskim, starostą sanockim, chełmskim i marszałkiem nadwornym Kazimierza Jagiellończyka. Książę Fryderyk Ostrogski został w Czechach i żył jeszcze blisko dekadę. Kim naprawdę byli ludzie, którzy zniszczyli w 1430 roku obraz Matki Boskiej Częstochowskiej? Ich dalsze losy i niska kara nie pozwalają wierzyć w to, że ich jedynym motywem był rabunek. Logika wydarzeń historycznych wskazuje na to, że byli to prowokatorzy działający na zlecenie polskich zwolenników wroga husytów, czyli Zygmunta Luksemburskiego (1368-1437). Celem tego władcy było zaangażowanie króla Jagiełły i Polaków w konflikt z husytami. Łagodność polskiego króla wobec przestępców i ich późniejsze awanse mogły wynikać z tego, że starał się on równoważyć wpływy stronnictw husytów i Luksemburczyka na swoim dworze. Polityka bywa brudna. Król kazał obraz odnowić i sprawa z czasem ucichła, choć blizny na obrazie zostały, bo nie sposób było je zamalować. Kilka stuleci póżniej Szwedzi oblegali klasztor i jakoś mimowolnie te blizny z obrazu zrosły się z nimi. A nie taki Szwed zły, jak go Sienkiewicz maluje, ponieważ freski w klasztornej kaplicy, nawie głównej kościoła i w refektarzu są autorstwa syna szwedzkiego żołnierza, który na dodatek jest nasz, bo z Nysy. Autorem wspomnianych dzieł jest Karol Dankward (1660-1704), który przeszedł jako dorosły na katolicyzm a freski jego autorstwa zdobią nie tylko klasztor, ponieważ został on nadwornym malarzem Jana III Sobieskiego.
Niezliczone kopie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej są chyba w każdym polskim domu, warsztacie, szpitalu, samochodzie, w książkach, szufladach, na lustrach… Kopie obrazy dawno przekroczyły granice Polski. Zabierali je z sobą emigranci i żołnierze. Wśród tych ostatnich byli podkomendni generała Henryka Dąbrowskiego, którym Napoleon zlecił stłumienie rewolucji czarnych niewolników na Haiti. Kiedy Polscy żołnierze zorientowali się, że ich przeciwnicy walczą o wolność, wypowiedzieli posłuszeństwo Napoleonowi i stanęli po stronie czarnych rewolucjonistów. Zemsta Francuzów była sroga. Nie pozwolono żołnierzom powrócić do Europy, wobec czego pozostali do końca swoich dni na wyspie. Z czasem pożenili się z afrykańskimi kobietami a ich nazwiska stały się imionami ich potomków, którzy żyją tam do dzisiaj i noszą z sobą kopie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej z bardzo wyraźnie zaznaczonymi cięciami szabli na policzku. Obraz niestety nie jest tam wykorzystywany zgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem. Polscy Haitańczycy używają go podczas obrzędów voodoo, zakładając, że dziewczyna, która ma blizny na policzku musi być waleczna i chętnie pomoże w dokonaniu zemsty. Władysław Opolczyk był mądrym i przewidującym władcą, ale faktu, że jego religijność stanie się elementem obrzędów voodoo na Haiti nie przewidział i chyba nie miał na to jakichkolwiek szans.



