Wiadomości

Kuriozum po pożarze w Wodzisławiu. Radny prosił o informacje o działaniach. Spółdzielnia: „nie posiada pan kompetencji”

Po pożarze w bloku nr 6 na osiedlu Piastów w Wodzisławiu Śląskim mieszkańcy wciąż żyją w niepewności. Co dokładnie zostało zrobione? Czy instalacje są bezpieczne? Jak wygląda stan części wspólnych i komórek lokatorskich? Zamiast jasnych odpowiedzi – mur formalizmów, paragrafów i chłodne nie

Radny Rady Miejskiej Alan Szatyło, działając na prośbę mieszkańców, zwrócił się do Spółdzielni Mieszkaniowej ROW z wnioskiem, w którym – uprzejmie, ale jednoznacznie – poprosił o udostępnienie dokumentów dotyczących działań podjętych po pożarze.

Nie chodziło o sensację ani kontrolę „na siłę”, lecz o podstawową wiedzę: jakie prace wykonano, jakie są planowane, czy budynek został właściwie zabezpieczony – mówi nam radny

Lista pytań była konkretna i dotyczyła spraw kluczowych dla bezpieczeństwa: protokołów prac w częściach wspólnych, dokumentów potwierdzających sprzątanie i zabezpieczenie pożarzowe, informacji o stanie instalacji elektrycznej, gazowej i wentylacyjnej, zasad dostępu do komórek lokatorskich oraz harmonogramu dalszych działań. Radny jasno zaznaczył, że celem pisma jest uspokojenie sytuacji i ograniczenie chaosu informacyjnego, na który skarżą się mieszkańcy.

Odpowiedź spółdzielni? Kategoryczna odmowa.

Prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Iwona Kołeczko w obszernym piśmie stwierdza, że… radny nie ma żadnych kompetencji, by o cokolwiek pytać. Spółdzielnia jest podmiotem prywatnym, jej majątek to prywatna własność członków, a dokumenty po pożarze mają charakter wewnętrzny, techniczny i organizacyjny. W skrócie: nic panu do tego.

Spółdzielnia podkreśla, że radny nie ma uprawnień kontrolnych wobec spółdzielni mieszkaniowej, bo ta nie jest jednostką gminy ani gminną osobą prawną. Odmawia również udostępnienia informacji w trybie dostępu do informacji publicznej, argumentując, że nie realizuje zadań publicznych i nie gospodaruje środkami publicznymi. Do tego dochodzi zasłanianie się RODO i ochroną danych wrażliwych, choć wniosek dotyczył przede wszystkim zakresu prac i bezpieczeństwa budynku, a nie personaliów lokatorów.

Formalnie wszystko się zgadza. Problem w tym, że życie – i zdrowy rozsądek – to nie tylko przepisy – mówi radny

Mówimy o budynku po pożarze. O mieszkańcach, którzy chcą wiedzieć, czy ich dom jest bezpieczny. O radnym, który nie działał z własnej inicjatywy, lecz jako pośrednik mieszkańców, próbując uzyskać zbiorczą informację zamiast odsyłać każdego lokatora z osobna do pisania pism. Spółdzielnia mogła – nawet nie mając takiego obowiązku – przedstawić ogólne informacje, zakres wykonanych prac czy plan dalszych działań. Wybrała jednak drogę najtwardszego oporu – dodaje

W odpowiedzi czytamy zapewnienia, że „podjęto wszystkie niezbędne działania”, a bezpieczeństwo mieszkańców jest priorytetem zarządu. Tyle że bez dokumentów, bez konkretów i bez transparentności są to jedynie deklaracje, które trudno zweryfikować.

Kuriozalne jest to, że w sytuacji kryzysowej, po zdarzeniu tak poważnym jak pożar, spółdzielnia chowa się za paragrafami i poucza radnego, że „nie posiada kompetencji”, zamiast realnie wyjść naprzeciw mieszkańcom. Jeszcze bardziej kuriozalne jest to, że w imię ochrony „interesów członków spółdzielni” odmawia się informacji… właśnie tym członkom, którzy chcą wiedzieć, co dzieje się z ich budynkiem – mówią rozgoryczeni mieszkańcy

Czy Spółdzielnia zmieni zdanie? Do sprawy będziemy wracać.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button