Historia

Mam nóż, nie boję się nikogo

Dwudziesta ósma część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej

Zapewniam czytelnika, że opowiadanie, które zamierzam napisać poniżej, nie jest zmyślone1. Nie jest urojone. Jest prawdziwe nie tylko co do faktów, które rzeczywiście miały miejsce, ale i co do szczegółów. Czytelnikowi może się to stwierdzenie wydawać zbyteczne. Słusznie. Można opisywać także urojone, zmyślone zdarzenie, byle ono było psychologicznie prawdziwe.2

Miałem wówczas lat dwanaście. Pierwsza wojna światowa toczyła się już czwarty rok.3 Jak zwykle w czasie wojny, brakowało i wówczas na rynku niektórych towarów. Tłuszcze, chleb, mleko, mięso, nawet ziemniaki nabywało się na kartki. Na wsi wprawdzie nie zawsze przejmowano się rządowymi zakazami i nakazami, dopóki nie zaczęto stosować kar. Handel szedł wtedy nadal zakazanymi drogami, ale drogi te wiodły tylko do ludzi zaufanych i wypróbowanych.

Pamiętam, że matka nie mogła wtedy dostać u sąsiadów mleka. Miała jednakże prawo do otrzymywania – nie pamiętam już z jakiego tytułu – pół litra mleka co drugi dzień. Mleko to sprzedawano nam we dworze, z wieczornego udoju. Mnie przypadło w obowiązku przynosić to mleko. Droga do dworu od naszego mieszkania mogła mieć jakie półtora kilometra długości, a prowadziła częściowo przez puste pola, a częściowo pomiędzy wiejskimi zagrodami. Po mleko chodziło ze mną z naszego końca wsi jeszcze dwóch czy trzech chłopców.

W lecie chodziło się za jasnego dnia. Wyprawy po biały płynny skarb nie sprawiały wtedy specjalnego uroku. Urok ten sprowadziła dopiero zima. Zaspy śnieżne na drodze, przez które trzeba było przedzierać się z niezwyczajną zręcznością, żeby mleka nie wylać w śnieg i nie oberwać w następstwie murowanego rżnięcia w domu, miały nie tylko swój urok, ale i jakiś nieżyczliwy do nas, chłopców z mlekiem, stosunek. Ciemności zimowe, zwłaszcza w bezksiężycowe noce, pełne były prawdziwych i urojonych niebezpieczeństw. Do prawdziwych zaliczaliśmy wówczas wszystkie, o których będzie mowa, nawet te urojone, bo one wydawały nam się wówczas także prawdziwe, realne.

Jakież to były niebezpieczeństwa?

Był to pies, przyczajony za płotem, co nam nagłym szczekającym atakiem wypędzał duszę do samych pięt i kazał nam bądź bronić się na śmierć i życie, bądź też ratować się ucieczką sromotną. Zwykle w czasie tej ucieczki zawadziło się o coś nogą, lewą lub prawą, a następnie kładło się na całą długość ciała, od palców od nóg do palców od rąk wyrzuconych przed siebie z przytomną troską o dzbanek z mlekiem. Troska ta wprawdzie rzadko ratowała mleko, które wylewało się bezlitośnie na drogę. Takiemu wylaniu towarzyszyło w domu drugie lanie, często bardzo bolesne.

Pies jednak nie był najgroźniejszym przeciwnikiem, z którym wypadało nam się spotykać. Byli inni, groźniejsi. Na przykład wszelkiego rodzaju ciemne typy, chodzące jak duchy po nocach, a szukające, komu by krzywdy można zrobić. Oprychy, złodzieje, bandyty, komisje rozbierające i zwyczajni wiejscy bohaterzy, którzy chętnie naganiali strachu w portki takim jak my chłopakom.

Liczyliśmy się nawet bardzo poważnie z duchami, szczególnie ze złymi duchami. Byliśmy przy tym mocno przekonani, że jeśli w ogóle kiedy spotkamy się z jakim duchem, to to z całą pewnością będzie duch zły. Po cóż by po nocach chodziły duchy dobre? A duchów złych należało się bać. Jeśli jakiś taki zły duch przyczepia się ciemną nocą do porządnego chłopaka, to musi mieć w tym swój cel i to cel niedobry. Zresztą sama myśl, że mogła by stanąć przed nami nagle taka piekielna bestia z rogami, końskimi kopytami, z otwartą i ziejącą ogniem paszczą i piekielnym rykiem, nie mówiąc już o zabijających spojrzeniach jej oczu – napełniała nas takim strachem, że za nic w świecie nie bylibyśmy się puścili nocą po mleko w pojedynkę. Jednak jeśli taka konieczność się kiedy zdarzyła, wtedy na wszelki wypadek uzbrajaliśmy się różańcem lub inną podobną świętością, przed którą złe duchy uciekały jak przed święconą wodą. Samej święconej wody nie mogliśmy jednak zabierać z różnych powodów, a najwięcej z tego powodu, by nie zdradzić się z tym, że się w ogóle czegoś, tym bardziej diabła boimy.

Strach i pozowanie na bohatera chodziły za nami jak cienie.

Dla nas wszystkich jasna była ta prawda, że przed wrogami trzeba się bronić. Aby się celowo bronić, nie wystarczą gołe pięści. Pięści należało uzbroić czymś twardszym, ostrzejszym, a przez to i skuteczniejszym w obronie. Zaczepki na ogół unikaliśmy, wiedząc z góry, że walka, nawet wygrana, musiała skończyć się jeśli nie rozlewem krwi, to przynajmniej rozlewem mleka. A temu rozlewowi towarzyszyły jak amen w pacierzu guzy. Wracając z mlekiem dodawaliśmy sobie wzajemnie odwagi opowiadaniem tego, co by nastąpiło, gdyby na przykład teraz przyszło nam spotkać się oko w oko z jakim nieprzyjacielem.

Wyobraźnia podsuwała nam sto sposobów nie tylko obrony, ale i zwycięskich ataków.

Uzbrojeni byliśmy różnie. Jeden miał tęgi kostur lub laskę dębową po cichu skręconą ojcu. Drugi miał jeden lub nawet kilka kamieni, oczywiście w kieszeni, która się od nich obrywała, za co bywało dodatkowe lanie w domu. Trzeba przyznać, że takie kamienie mogły na przykład wroga w postaci psa trzymać przez jakiś czas w przyzwoitej odległości, a w wypadku trafnego strzału, co się rzadko rozdygotanej strachem ręce zdarzyło, mogły nawet zmusić napastnika do ucieczki. Co to była za dzika radość, jeśli trafiony kamieniem pies począł z płaczliwym uskarżaniem się wycofywać z pola walki, podsunąwszy ogon między nogami pod brzuch. Trzeci koleżka miał lampę kieszonkową, bardzo cenną broń w ciemnościach nocnych. Dzięki niej można było nagłym rzuceniem strumienia światła rozpoznać zbliżającego się wroga, a często tak go się nastraszyło i osadziło w miejscu, że był niezdolny do podjęcia walki. Wiadomo przecież, że nagłe oświetlenie oślepia nie tylko psa, ale i człowieka. Nawiasem dodaję, że tej lampy kieszonkowej zazdrościliśmy ogromnie koledze, który był jej właścicielem. Dla nas, nieposiadających takiej lampy, możliwość wypuszczenia przerażających promieni światła z takiej lampy własnoręcznie, chociażby na urojonego nieprzyjaciela, wydawała się szczytem rozkoszy. Toteż różnościami wykupywaliśmy sobie u zazdrosnego o lampkę kolegi tę łaskę, by móc sobie raz błysnąć w ciemności.

Teraz, proszę uważać, powiem rzecz najważniejszą. Powiem, w co ja byłem uzbrojony. Była to nie byle jaka rzecz, a scyzoryk we własnej osobie. Daleko mu było wielkością do Scyzoryka Gerwazego. Ale też nie był to żaden zwyczajny kozik, który można było dostać za parę fenigów. To był prawdziwy męski scyzoryk, z dwoma ostrzami, podtrzymywanymi sprężynkami. Ten scyzoryk był także przedmiotem zazdrości moich kolegów. Nie byłbym go jednak wymienił za nic w świecie, nawet za lampkę kieszonkową.
Ale dość już tego wstępu. Tego nudnego opisywania naszego uzbrojenia. Czas przejść do opisu samej walki, która ma być istotą tego opowiadania. Zaczynam.

Jest ciemna zimowa noc. Na niebie nie widać nie tylko księżyca, ale nawet i jednej gwiazdy. Całe niebo zakryły ciemne chmury. Przed chwilą przestał padać rzęsisty deszcz. Drogi namokły. Tu i ówdzie rozlały się niemałe kałuże, jak zwyczajnie na wsi po deszczu. Chodniki, jako że dobrze przez wieki i licznych przechodniów udeptane, mniej były bagniste.

W taką to noc idziemy dzielną czwórką od dworu z mlekiem ku domowi. Idziemy gęsiego. Ścieżką, bo nie chcemy w dziurawe buciska nabierać błota. Jesteśmy uzbrojeni jak zwykle. Przodem idzie kolega z lampką kieszonkową. Za nim ja osobiście z moim scyzorykiem w ręce. Scyzoryk otwarty był na dwie strony, groźnie, gotowy do odparcia każdego napastnika, który by się nawinął w tej chwili. Za mną szedł kolega z kosturem, a za nim, jako tylna straż, kolega z kamieniami.

W taką ciemną noc niebezpieczeństwo napaści któregoś z oczekiwanych tyle czasu wrogów było bardzo bliskie prawdopodobieństwa.

Nagle usłyszałem przed nami czyjeś kroki i plusk błota.

– Uwaga! Idzie ktoś!

Cała czwórka ścisnęła mocniej swoją broń.

– Kto to może być? – myślę – Chyba żaden porządny człowiek. Porządni ludzie nie włóczą się w taką pogodę po świecie. Trzeba mieć się na baczności.
– Franek! – szepnąłem właścicielowi lampki kieszonkowej. – Zaświeć, gdy będą jakie trzy kroki przed nami.

Moja rada, aczkolwiek strategicznie nie najgorsza, nie mogła się koledze przydać na nic, bo ciemność była taka, że nawet na krok nie widziało się nic. Nie jest wykluczone, że liczyłem wtedy intuicyjnie nie tyle na dobry wzrok kolegi, ile na jego dobry słuch.
Ucho lewe, nadstawione przezornie ku przodowi, meldowało mojej świadomości, że nieprzyjaciel jest już niedaleko. Jeszcze moment jeden, najwyżej dwa, a musi nastąpić wyjaśnienie sytuacji. Wbiłem wzrok w ciemność. Przestałem niemal oddychać. Na ramieniu jednym i drugim czułem jakieś nieprzyjemne łechtanie. Przypuszczalnie łechtała mnie tam moja własna dusza, która szukała schronienia w tym nie bardzo honorowym miejscu. Lewa ręka ściskała kurczowo uchwyt dzbanka, w którym było mleko. Skarb ten należało ratować w pierwszym rzędzie. Inaczej wiadomo: lanie. Prawa ręka ściska cenny scyzoryk z ostrzami otwartymi na dwie strony.

– Już!

Franek nacisnął na guzik lampki. Ciemności przed nami przeciął miecz światła i oślepił na sto dwa zbliżającego się nieprzyjaciela. Zdążyłem zauważyć przed sobą o krok, może dwa, olbrzymią postać, a za nią drugą mniejszą.
W tej samej chwili padło jakieś okropne przekleństwo, coś w rodzaju:

– Pierrrońskie śpikole!!

Równocześnie zgasło światło lampki kieszonkowej i oświetliło się inne, w mojej własnej, na szczęście grubą czapką nakrytej głowie.
Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że mamy do czynienia z jakimś bardzo agresywnym nieprzyjacielem.

– Bij!! – zawył we mnie jakiś wojenny animusz. Natychmiast podniosłem uzbrojoną w scyzoryk dłoń i z rozmachem pchnąłem w ciemność, w której wojenna moja intuicja wyczuła atakującego wroga. Cios byłby straszny, gdyby w tym momencie, w którym ręka ze scyzorykiem spadała na wroga, inny jakiś głos nie krzyknął:
– Stój! Co czynisz?

Ręka usłuchała tajemniczego rozkazu, chciała zatrzymać cios, ale było już za późno. Wróg nawinął się zbyt blisko i ostrze scyzoryka oparło się na nim. Czułem jednak, że siła uderzenia została w ostatnim ułamku sekundy osłabiona.

Wróg jęknął głośno i zdębiał.

A my, dzielna czwórka, w nogi. Ile sił w płucach, gonieni śmiertelnym strachem, gnaliśmy przed siebie nie zważając na kałuże i zatrzymaliśmy się na wzgórzu, by nabrać tchu i posłuchać, czy wróg jest w pościgu za nami.
Pościgu nie było. Ale też nie było czasu na analizowanie sytuacji. Uradziliśmy milcząco i jednogłośnie, że bezpieczniej będzie zniknąć czym prędzej każdemu w jego własnym domu. Naszej ucieczki nie uważaliśmy za tchórzostwo. Stawiliśmy przecież odważnie czoło nieprzyjacielowi. Przednia straż z lampką kieszonkową zrobiła, co do niej należało. Wprawdzie o jakie dwie sekundy za późno. W tych dwóch sekundach bylibyśmy może rozpoznali w zbliżającym się nieprzyjacielu zbyt silnego przeciwnika i zdecydowali się na wcześniejszą ucieczkę bez rozpoczynania zbrojnej walki.

Stało się. Jutro omówimy wszystko dokładnie. Dziś lepiej będzie w domu.

Z tej potyczki wynieśliśmy w każdym razie wszyscy swoje dzbanki z mlekiem. Wprawdzie niezupełnie pełne, bo w czasie ucieczki mleko wyskakiwało z dzbanków podobnie jak nasze dusze z ciał. W domu przy świetle miałem sposobność stwierdzić, że zewnętrzne ściany dzbanka gęsto były popisane strużkami mleka. A matka, wylawszy mleko do zwykłego garnuszka, od razu zauważyła, że sporo mleka brakuje.

– Pewnie cię kto gonił i przewróciłeś się z mlekiem, co?
– Zgodliście, mamulko. Gonił nas ktoś, ale się nie przewróciłem. Gdybym się był przewrócił, to by się wiele więcej mleka było wylało.
– A kto was gonił?
– Ktoś. Nie wiem kto.

Na tym, zdawało mi się wówczas, powinna była skończyć się ta przygoda.

Muszę jednak uczciwie przyznać, że jakieś niewyraźne przeczucie czy wyczucie ostrzegło mnie o możliwości dalszych następstw waleczności mojego scyzoryka. Na wszelki wypadek wyjąłem scyzoryk z kieszeni i niespostrzeżony przez matkę wsunąłem go do łóżka pod siennik.
Upłynęło może 50 minut od chwili mojego powrotu do domu, gdy ktoś zapukał do drzwi i na wezwanie proszę do izby wsunęły się dwie postacie: jedna olbrzymia, za nią druga mniejsza.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
– Na wieki wieków. Amen. A witom was. Cóż was też do nas przy takiej pogodzie przygnało? Siadajcie.

Matka przywitała się z gośćmi i podsunęła im krzesła. Ja przezornie wtuliłem się w jakiś kąt. Serce moje od razu przeczuło, że to owi wrogowie, z którymi mieliśmy przed godziną zwycięskie spotkanie.
Olbrzym nie chciał usiąść. A jak gdyby mu się ogromnie śpieszyło, przystąpił od razu do sedna sprawy. Odwracając się do stojącego za nim chłopca, rozkazał:

– Rozbierz się!

Chłopak zdjął kurtkę, następnie marynarkę, potem kamizelkę i zrzucił z ramion szelki. Olbrzym natychmiast uchwycił z tyłu za koszulę, podniósł ją ku górze tak, że odsłonił plecy chłopaka.
Przypatrywałem się tym czynnościom z niesłychaną ciekawością pomieszaną z bolesnym strachem. Jaką też tajemnicę okropną odkryje koszula? Zapewne tam będzie rana na pół palca i krew będzie z niej buchać jak woda ze źródła.

– Popatrzcie! To wasz syn! Nożem pchnął tego chłopca. Mógł go zabić. Na szczęście był grubo ubrany.
– Mój syn?? Nożem??

Matka była bliska omdlenia. Bałem się, że padnie trupem na miejscu. Śledziłem każde jej poruszenie. Wzięła lampę ze stołu, podeszła z nią bliżej ku odsłoniętym plecom i przypatrywała się bacznie maleńkiej ranie. Skóra była przecięta i zakrwawiona, mniej więcej tak, jakby kto szpilą nieco drasnął.

Matka odetchnęła. Czułem jak jej biedne serce napełniało uczucie ulgi. Nie powiedziała nic, ale wyczułem, że – gdyby teraz wypowiedziała to, co czuje, musiałyby paść słowa:

– Takie draśnięcie! Było też z czym przychodzić!

Matka odstawiła lampę na stół i po chwili rzekła, jakby nie dowierzała własnym słowom:

– Mój syn? Nożem…? Przecież mój syn nie ma noża. Chodź jeno tu!

Niechętnie, z wielkim strachem w sercu, ale maleńką nadzieją przybliżyłem się do matki. Matka zrewidowała mi dokładnie kieszenie. Scyzoryka w nich nie znalazła, ale znalazła trzycalowy gwóźdź.

– Co to jest?
– Widzicie, gwóźdź.
– Toś go tym żgnął?
– Tym… – kłamstwo to obudziło we mnie od razu niepokój. Rzuciłem badawcze spojrzenie ku matce i ku olbrzymowi.
– Nie wierzcie, to było nożem, a nie gwoździem. Nóż to on już zdążył schować. Wiecie teraz, jakiego macie synka. No ubieraj się! Zostańcie z Bogiem.

Matka nie wiedziała, co powiedzieć.

– Z Panem Bogiem.

Goście wyszli. Matka usiadła i długo nad czymś medytowała. Potem wstała, podeszła wprost do łóżka, jednym ruchem podniosła siennik i wyciągnęła spod niego mój scyzoryk.

– Toś ty go żgnął tym nożem?! Synku!!

W tym powiedzeniu było tyle bólu, tyle doznanego zawodu, rozczarowania i wyrzutu, że mnie aż ścisnęło coś za serce. Łzy pchały mi się do oczu. Serce moje przepełniał żal. Nie tylko z tego powodu, że pchnąłem nożem chłopaka w plecy, ale i z tego powodu, że matce sprawiłem tyle przykrości, wstydu i bólu.

– Nożem nie, gwoździem… – próbowałem złagodzić sprawę kłamstwem.

Wtedy matka skoczyła jak oparzona, porwała kawał powroza, który nawinął jej się pod rękę i zaczęła we mnie prać jak w bęben.

1W maszynopisie tytuł wpisany ręcznie po wykreśleniu poprzednich trzech pierwotnie planowanych wersji: “Niepojednani”, “Zdarzenie nieurojone” i ręcznie już wpisanym: “Nieurojone zdarzenie”.

2Kolejno następuje zdanie: “Zaczynam więc opowiadanie prawdziwe z własnego życia.” Autor je ręcznie przekreślił, co jest o tyle zasadne, że w przedmowie zarzeka się, iż żadne z opowiadań tego zbioru zmyślone nie jest.

3Można zatem zakładać, że chodzi tu o zimę 1917/1918. Autor urodził się w lutym 1905 r., a wojna wybuchła na dobre w sierpniu 1914. W ten sposób dane chronologiczne podane w niniejszym zdaniu się zgadzają.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button