Musimy nauczyć się pływać.

Dziewiętnasta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Gdy w czerwcu słońce zaczęło przypiekać, marzenia nasze zwracały się ku wodzie. Chłopcy, którzy mieszkali blisko wody, przynosili cudne wieści o rozkoszach kąpieli, pływania, nurkowania.
– Wczoraj kąpałem się – chwali się ktoś
– Przecież jeszcze nie było św. Jana! Kąpać można się dopiero po św. Janie – stwierdzał ktoś inny zgodnie z obyczajem wiejskim
– Zapomniałem ci o św. Janie – usprawiedliwia się pierwszy. – Woda ci była taka ciepła, że nie mogłem wytrzymać.
– A umiesz pływać?
– A co myślisz, że nie? Phi! Umiem jak tylko chcesz. Pływam jak żaba. Bokiem też umiem.
– A na plecach umiesz pływać?
– Na plecach to najłatwiej.
– Ale nurkować nie umiesz! – twierdził ktoś uporczywie
– Kto powiedział? – pytał pierwszy oburzony
– Nie słyszałeś? Ja powiedziałem.
– To cyganisz!
– A umiesz?
– Pewno, że umiem.
– A jak długo wytrzymasz pod wodą?
– Tak długo, na jak długo tchu starczy.
– Ile sekund? Ile minut?
– Głupi! Myślisz, że z zegarkiem wskakuję do wody?
Przysłuchiwałem się takim rozmowom z zachwytem i z zazdrością. Oni umieją pływać, umieją nurkować, a ja nie umiem. To jest niesprawiedliwość. Gdy przyszedłem ze szkoły do domu, zgromadziłem koło siebie kilku chłopców z tego samego domu i powiedziałem im poważnie:
– Wiecie co?
– Nie wiemy. Powiedz!
– Musimy nauczyć się pływać!
– Pływać? – chłopcy spojrzeli na mnie z niedowierzaniem
– We wannie? – zadrwił któryś
– Albo w tym błotnistym rowie przy szosie? – dodał drugi
– Eh! Nie chcecie, to nie! – oburzyłem się. – Nauczę się sam pływać.
– A gdzie?
– Gdzie? W stawie.
– A gdzie masz ten staw?
– Ja nie mam, ale inni mają.
– Ale gdzie?
Zaczęli wyliczać najbliższe stawy.
– A tu koło Adamczyka jest staw.
– Jest, ale spróbuj tam kąpać się!
– A jak spróbuję, to co?
– Gospodarz psami cię poszczuje. Ubrania ci zabierze. A jak przyjdziesz po ubrania, to ci paskiem tak nałoi, że ci się odechce kąpania na wieki amen.
– I koło Wowrów jest staw, duży staw.
– Jest, ale wiesz, jak długo tam trzeba iść?
– Z pół godziny…
– Ani godzina nie wystarczy. Mój tata mówili.
– To nic. Polecimy prędko, to za pół godziny zalecimy.
– Tak, spocić się, a potem do wody, żeby ci serce przestało bić i na dno. Jak jednemu…
– To nie polecimy tak prędko.
– A umiesz to pływać?
– Nie umiem, ale chcę nauczyć się.
– A jak wpadniesz do wody, nałykasz się wody, to już po tobie.
– To też trzeba nauczyć się nurkować?
– A jak się nauczysz, kiedy stawu nie ma?
– Ale wiadro jest! – zawołałem z triumfem, bo mi strzeliła do głowy szczęśliwa myśl
– We wiadrze nauczysz się nurkować?
– A jeszcze jak! Zaraz. Pokażę ci, jak to się robi.
Przyniosłem wiadro. Napompowałem pełne wody. Odstawiłem je na bok. Potem zdjąłem bluzkę i zakasałem rękawy.
– Patrzcie!
Uchwyciłem obiema rękami brzegi wiadra, potem ostrożnie, ale dość szybko wcisnąłem głowę do wiadra. Jeszcze szybciej wyciągnąłem ją.
– Brrr! – parskałem i zatrząsłem się z zimna.
– Ha, ha, ha! – śmiali się chłopcy, podczas gdy wycierałem palcami oczy i uszy.
– A czemu to spodni nie zdjąłeś do nurkowania? – zadrwił któryś – Patrz, jakie mokre!
Nie przewidziałem tego, że moja głowa wyprze z wiadra sporo wody. Woda wylała się na wszystkie strony i nie oszczędziła moich spodni.
– To dlatego, że w wiadrze było za dużo wody. Może być tylko tyle wody, ile teraz jest.
Pierwsze wrażenie było niemiłe. Woda była mokra i, co gorsze, zimna jak lód. Poza tym wciskała się we wszystkie dziurki: do nosa, do uszu, do oczu, a nawet do ust, gdyż otwarły mi się ze strachu.
Po namyśle znalazło się jednak radę na wszystko.
– Woda jest trochę za zimna. Musimy ją zgrzać.
– Na piecu?
– Możemy na piecu. Możemy na słońcu. Na piecu byłoby prędzej.
Zgodziliśmy się grzać wodę na słońcu. Nie wypadało jakoś grzać wody do nurkowania na piecu. Któryś z chłopców rzucił przekonujący argument:
– A staw to też będziesz grzał na piecu?
Potem wspólnie zastanawialiśmy się nad tym, jakby się zabezpieczyć przed wciskaniem się wody do dziurek.
– Trzeba po prostu dziurki zatkać – powiedział ktoś.
– Korkami? – zapytał inny ironicznie.
– Nie korkami, lecz palcami, o, tak!
Zatkał kciukami uszy, środkowymi palcami oczy, a złotymi palcami nos. Wszyscy spróbowali tak samo i stwierdzili, że naprawdę tak można.
– Tylko co zrobisz, jak ci się usta otworzą we wodzie?
– To nie trzeba ich otwierać!
– A jak się same otworzą?
– Cóż to! Ziewać ci się zachce we wodzie, czy co?! – oburzał się któryś z chłopaków
– Myślisz, że to tak łatwo. Nagle braknie ci tchu, chcesz go nabrać, otwierasz usta, a tu zamiast powietrza wciska się woda.
– No i co wtedy?
– Wyplujesz wodę.
– Wyciągniesz łeb z wody i już!
– No pewno.
Wszyscy byli przekonani, że można uczyć się nurkować we wiadrze.
– Wiecie co, chłopcy? Będziemy liczyć, kto dłużej wytrzyma pod wodą.
– Dobra. Ale musimy równo liczyć. Sekundami. Jak zegar tyka. O, tak: raz, dwa, trzy, cztery…
Ktoś wsadził rękę do wiadra i zawołał:
– Woda już jest ciepła. Możemy zaczynać! Kto pierwszy?
Ustaliłem porządek.
– Najpierw ja. Potem Konrad. Potem Alfred! Potem Ludwik.
– Ja się boję! – bronił się Ludwik.
– Głupi! Czego się będziesz bał? Wody? Czy to woda gryzie?
Zatkałem, jak umówiliśmy, wszystkie dziurki i wsadziłem głowę do wiadra. We wiadrze szumiało, dudniało. W myśli próbowałem liczyć. Zdawało mi się, że już naliczyłem do dwadzieścia. Coś zaczęło naprężać się we mnie. Zmuszało do otwarcia ust. Miałem uczucie, że udławię się za chwilę. Wyciągnąłem głowę z wody.
– Brrr! – strzepywałem szybko wodę z twarzy, z włosów.
– Wiesz, jak długo byłeś pod wodą?
– Dwadzieścia sekund – rzekłem pewny siebie
Chłopcy buchnęli śmiechem.
– Trzy, trzy sekundy!
– Niemożliwe! – broniłem się. – Kłamiecie!
– Może trzy i pół sekundy. Ale to najwyżej! – sprostował Konrad
– Teraz ty, Konrad!
– Ja nie wytrzymam pewnie ani dwóch sekund – usprawiedliwiał się naprzód
– Zobaczymy. Właź do wody.
– Raz, dwa, trzy…
Głowa Konrada wyskoczyła z wody. Parskał, trzepał rękami, łapał dech.
– Ile? – spytał.
– Też trzy.
– Tylko trzy? – pytał stroskany
I tak po kolei wsadzaliśmy głowy do wiadra. Oswoiliśmy się nieco z wodą. Ćwiczyliśmy się robić głębokie wdechy i zatrzymywać powietrze jak najdłużej w płucach. Nieraz aż krew występowała nam na twarz.
– Dość, bo pękniesz! – ostrzegali nieraz chłopcy
Z dumą stwierdzaliśmy, że nasz pobyt pod wodą trwa coraz dłużej. Liczyliśmy już do trzydziestu. Niekiedy nawet dalej.
– Wybierzmy się kiedy do stawu! – zaproponowałem
– Jeszcze za wcześnie – doradzał Konrad. – Przecież w stawie to zupełnie inaczej, niż we wiadrze. Do stawu nie możesz wsadzić tylko głowy. Musisz cały wskoczyć. A jak wskoczysz do wody, to musisz ruszać rękami, nogami. Umiecie to? Nie umiecie.
– To w stawie nie będzie można zatkać sobie dziurek? – spytał ktoś
– Możesz, ale musisz sobie pożyczyć drugiej pary rąk od kogo.
– Ha, ha, ha! – roześmiali się chłopcy
– No to czemu my nurkujemy z zatkanymi dziurkami?
– Słusznie. Czemu? Kiedy nam i tak to nie przyda się na nic.
– A więc nurkujmy bez zatykania dziurek!
Okazało się, że owszem woda weszła do uszu, do nosa, ale to wcale nie było groźne.
– Byle tylko pod wodą nie wciągnąć powietrza! – stwierdził ktoś rzeczowo
– Bo zamiast powietrza wciśnie się woda – dodał inny
– Do ucha?
– Phi! Patrzcie go! On uchem oddycha! Głupi!
– Przecież ust nie będę otwierał? – bronił się tamten
– A nosem to nie oddychasz?
– A prawda, nosem.
Nurkowanie szło coraz wprawniej. Liczyliśmy już do pięćdziesięciu. Konrad walił się pięścią po piersi i mówił z dumą:
– Patrzcie, jak mi się pierś rozszerzyła! Słyszycie, jak dudni?
– Dudni jak w studni! – śmiali się chłopcy
Mnie jednak w głowie szumiał staw.
– Chłopcy, teraz już moglibyśmy iść do stawu.
– Teraz tak – zgodzili się
– Więc chodźmy!
– A kiedy?
– Dziś jest piątek. Dziś nie. W piątek zły początek.
– Jeszcze mógłby się który utopić – przyznali
– Chodźmy jutro. W sobotę i tak trzeba się kąpać i myć. Okąpiemy się w stawie.
– A mamie powiemy?
– A jak nie pozwolą?
– To lepiej nie powiemy!
– A jak nas będą wołać i szukać?
– To nas nie będzie.
– A jak wrócimy?
– To powiemy, żeśmy byli kąpać się.
– A jak potem będą nas bić?
– No to co? Nie dostałeś jeszcze? Nie wytrzymasz to?
Nikt nie chciał wyznać, że nie wytrzyma bicia. Stanęło na tym, że pójdziemy do stawu koło Wowrów. W sobotę. Pod wieczór.
– Wieczorem jest woda najcieplejsza!
– Pewno, że wieczorem. Musi być, no nie? Przecież cały dzień nagrzewa ją słońce.
Wybiegliśmy cichaczem. W czwórkę. Konrad, Alfred, Ludwik i ja.
– Wolniej, żeby się nie spocić! – upominał Alfred, rudowłosy
Zwalnialiśmy wtedy i opowiadali żywo, co każdy z nas będzie wyczyniał w wodzie.
– Wiesz, ja od razu wskoczę do wody i dam nurka. O, tak! – pokazał, jak to ręce złoży i jak wskoczy.
– Przecież najpierw musisz wiedzieć, jak tam jest głęboko! A nuż będzie ze dwa metry, to co? Dasz nurka i nie wypłyniesz!
– Wypłynie, ale za parę dni. Martwy!
– No to wy najpierw stwierdzicie, jak tam jest głęboko.
– A ja zrobię koziołka we wodzie i nogami będę majtał w powietrzu, nad wodą.
– Eh, ja bym tam koziołka nie robił! A nuż na dnie będzie szkło, albo jaka ostra muszla i wbije ci się do głowy. To koniec.
– To może wbić się do nogi? – zatrwożył się Ludwik
– Noga to nic. Wyleziesz z wody i już.
– Wiecie co? A zanim wejdziemy do wody, to musimy się przeżegnać. Trzeba zamaczać rękę w stawie jak w kropielniczce ze święconą wodą i przeżegnać się.
– A czemu?
– Tak trzeba.
– Ale czemu? – upierał się Ludwik
– Czemu? No, żeby cię utoplec nie wciągnął do wody.
– A jak się przeżegnam, to mnie nie wciągnie?
– Nie wiesz to, że utoplec boi się święconej wody? Utoplec to jak diabeł. Diabeł też się boi święconej wody.
– I znowu tak pędzicie! – przywoływał nas do porządku Alfred
Zwalnialiśmy, nie wiem już, po raz który. Rozsądek hamował nasz bieg, ale jakieś wewnętrzne pragnienie przynaglało nas do biegu.
– Jeszcze daleko?
– Już nie! Jeszcze trochę prosto, potem w prawo miedzą, potem za tym laskiem, potem znowu w lewo, na górkę i stamtąd już widać staw.
– Ojej! Jeszcze tak daleko! – wzdychał najmłodszy Ludwik
– Jak ci daleko, to wróć się do domu! – zganił go Konrad
– Nie chcę!
– To nie stękaj!
Stanęliśmy wreszcie nad stawem. Wypatrywaliśmy najodpowiedniejszego miejsca do kąpieli.
– Patrzcie, tam kąpie się ktoś!
– Chodźmy tam!
Kiedy jednak zbliżyliśmy się do brzegu, podniósł się krzyk i pisk.
– Idźcie stąd! Teraz my się kąpiemy! Wam teraz nie wolno! – piszczały dziewczynki i zanurzały swoje ciałka pod wodę. Widać było tylko główki z warkoczykami.
– Co robić? – zapytałem chłopców
– Musimy zaczekać. Dziewczynki wstydzą się wobec nas.
– Powiedz im, żeby się pośpieszyły.
– Tak, tak!
– Hej, dziołchy! Okąpcie się raz, dwa! My też chcemy się kąpać.
– Widzisz ich! Raz, dwa! A wasz to jest staw? Przyjdźcie za pół godziny!
– Za długo! Upuśćcie ćwierć godziny!
– Ale idźcie sobie stąd! Tam, za to żyto! I nie wolno tu patrzeć!
– Dobrze, ale pośpieszcie się!
Wycofaliśmy się za żyto. Konrada nęciło zerknąć ku dziewczynkom, ale zgromiłem go natychmiast:
– Nie patrz na nich. Zobaczą cię i nie wyjdą z wody! I będziemy tu do nocy czekać.
Dziewczynki popluskały jeszcze jakiś czas, potem uciszyło się na chwilę, w końcu któraś zawołała:
– Idziemy! Możecie się kąpać!
Poderwało nas z ziemi. Pobiegliśmy pędem, jak owi chorzy żydzi do sadzawki Siloe, gdy anioł wodę w niej poruszył.
Dziewczynki odchodziły i tylko nieznacznie zerkały z boku. Migiem zrzuciliśmy z siebie odzież.
– Ja pierwszy we wodzie! – krzyknąłem
– Ja drugi!
Przeżegnaliśmy się uroczyście. Potem ostrożnie badaliśmy dno i głębię.
– Patrz, mnie już sięga do pasa! – chwaliłem się
– Mnie też!
Woda była mokra i zimna. Skóra zrobiła się sina i chropowata.
– Ciepła woda, prawda?
– Ciepła! – odpowiadał Konrad szczękając zębami
– Trzeba cały zanurzyć się we wodzie! Będzie cieplej!
Zanurzyłem się całkiem we wodzie. Nawet głowę. Ale zaraz z niej wyskoczyłem. Parskałem. Plułem. Strzepywałem wodę z włosów.
– Zróbcie też tak! To ale “fajnie”!
Potem próbowaliśmy wymachiwać rękami jak przy pływaniu.
– Patrz, patrz! Ja pływam!
Przysiadłem we wodzie i pluskałem ramionami.
– Hm, on powiada, że pływa! A czemu nogami nie pluskasz?
– Nogami? Prawda. Zapomniałem nogami.
Przybliżyłem się nieco do brzegu. Tak, że mogłem rękami sięgnąć dna. Podniosłem nogi. Zacząłem nimi machać, że woda bryzgała na wszystkie strony.
– Nie bryzgaj tak! – wołali chłopcy.
– Ja pływam!
– Pływasz? A czemu rękami nie pluskasz?
– Nie może, bo musi trzymać się dna! – zadrwił Konrad – Tak też umiem pływać! Patrz!
Ośmieszył mnie. Okazało się, że żaden z nas nie umie pływać. Nie było czego się wstydzić.
– Ale musimy nauczyć się pływać! – powiedziałem
– Musimy. Pewno. Ale jak?
– Jak! No tak. Trzeba się położyć na wodę. Rękami wymachiwać tak. A nogami tak. I już!
– Ale trzeba rękami i nogami razem, no nie?
– Pewnie, że razem!
– A umiesz to?
– Umiem.
– To pokaż!
Pokazałem, ale chłopcy zaczęli się śmiać. Z oddali też przyleciał czysty dziewczęcy śmiech! Krótki, urwany!
– A to ci dziołchy! Podpatrują nas!
– Niech patrzą! Daleko są! I tak nic nie zobaczą!
– A nurkować nie będziemy? – spytał Alfred
– Nurkować, nurkować!
– Dobrze, najpierw Konrad i ja. A wy będziecie uważać i liczyć. Zobaczymy, kto dłużej wytrzyma pod wodą. Uwaga! Raz, dwa, trzy!
Zniknęliśmy z Konradem pod wodą. Uczucie było nieco inne niż we wiadrze. Znośniejsze. Czułem, że ramiona same unoszą się. Zacząłem nimi lekko wymachiwać.
– Janek czterdzieści!
– Konrad czterdzieści dwa!
– Konrad więcej? To niemożliwe! Jeszcze raz!
Ale teraz wydawało mi się, że i nogi chciałyby wypłynąć na powierzchnię. Zacząłem poruszać i rękami i nogami. Ostrożnie, powoli, ale regularnie, na zmianę. Już robiło mi się duszno, ale wytrzymałem jeszcze trochę.
– Teraz Janek pięćdziesiąt pięć, a Konrad pięćdziesiąt trzy!
– Wiecie co, chłopcy! Ja już wiem, na czym polega pływanie!
– Tak? – dziwili się.
– Gdy głowa jest pod wodą, to wcale nie potrzebujesz się bać o to, że się utopisz, bo głowa i tak już jest pod wodą. I wtedy masz czas myśleć o tym, co robić z rękami i nogami. To nic trudnego! Patrzcie!
Dałem nura. Podniosłem ręce i nogi. Zacząłem poruszać nimi. Czułem, że płynę. Zdawało mi się, że już kawał upłynąłem. Wstałem.
– Daleko upłynąłem?
– Dwa centymetry! – rzekł z ironią Konrad
– Nieprawda. Nie dwa centymetry. Powiedz, Alfred, ile upłynąłem!
– Dwa nie, ale może dwadzieścia – poprawił Alfred – Patrz: stąd dotąd. Ile to jest?
– To jest co najmniej pięćdziesiąt centymetrów, nie żadne dwa ani dwadzieścia!
– No, dobrze. Niech będzie pięćdziesiąt! Ale dużo! – kpili ze mnie
Byłbym się z pewnością jeszcze tego wieczoru nauczył pływać, gdyby nie był zaszedł nieprzewidziany wypadek. Oto nagle spoza szuwarów wysunęła się ku nam łódka. Na łódce siedział sam syn właściciela stawu, dwudziestoparoletni młodzieniec. Miał kosę w ręce. Wyglądał groźnie. Ale groźniej od niego wyglądał pies, który również siedział na łódce i nagle zaczął na nas szczekać zajadle.
– Co wy tu robicie!? Bury, bierz ich! Ksss! Ksss!
Bury wskoczył do wody i zaczął ku nam płynąć. Dzieliła nas odległość może dziesięciu metrów. Bez umawiania się rzuciliśmy się wszyscy ku swoim ubraniom. Porwaliśmy je, ścisnęli pod pachą i zaczęli wiać w stronę lasu. Pies gnał za nami. Gdzieś spoza krzaków rozpiszczały się dziewczęce śmiechy.
– Nie plątaj się pod nogami!
– Nie zawadzaj ty mi!
Szczekanie psa było słychać już tuż, tuż za naszymi piętami. Na szczęście syn właściciela zagwizdnął i zawołał:
– Burek! Chodź tu!
Burek zatrzymał się, zaszczekał jeszcze trochę na postrach, potem zawrócił wesoło. Śmiał się zapewne psim sposobem z naszej ucieczki.
– Pierzynie, ale nas gonił! – wybuchnąłem za wszystkich
– Ugryzł kogo?
– Nie!
– To dobrze! Ubierajmy się teraz prędko
Dysząc okrutnie ubieraliśmy się z pośpiechem. Woda spływała ciurkiem po całym ciele. Koszula zwilgotniała. Spodnie też. Ale to nic. Grunt, że spodnie całe i łydki całe!
Do domu wracaliśmy z niemałym niepokojem.
– Co powiemy? – pytał zaniepokojony najbardziej Alfred
– Powiedz, co chcesz!
– A ty co powiesz?
– Powiem, że byliśmy się kąpać. Scyganisz, to i tak poznają. I będzie jeszcze gorzej!
– To powiemy równo. Tak jak było. Dobra?
– Dobra!
Po naszym powrocie matki zrobiły naradę.
– Wasz był się kąpać?
– Był.
– Mój też. I nic nie powiedział. A gdyby się tak który utopił. Ani byśmy nie wiedziały.
– Wiedzieć, to byśmy wiedziały, bo przecież nie utopiliby się wszyscy naraz. Ktoś by przyszedł powiedzieć. Ale nie o to chodzi. Dziecko ma powiedzieć, dokąd idzie. Bez pozwolenia nie wolno dziecku wychodzić z podwórza.
– Więc co?
– Trzeba im przypomnieć. Ale tak, żeby sobie dobrze spamiętały. Mój dostanie karwaczem.
I dostaliśmy wszyscy. Każdy czym innym. Ja powrozem.
– Nie za to, żeś się kąpał, ale żeś wyszedł bez pozwolenia.



