Historia

Muszę mieć własne saneczki!

Dwudziesta szósta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej


Pewnego grudniowego popołudnia stałem na górce koło dworu i przypatrywałem się saneczkującym. Od dworskiej bramy prowadziła szeroka droga w dół, do wsi, aż do stawu koło karczmy. Śnieg sięgał powyżej kostek. Słońce przyświecało słabo, chowając się gdzieś za drzewami dworskiego parku.
Na górce, koło bramy zebrała się gromadka dzieci1. Były tam przede wszystkim dzieci właściciela dworu, trzy panienki, wszystkie nieco starsze ode mnie. Były tam dzieci kierownika szkoły. Jedne i drugie rozmawiały ze sobą po niemiecku. Poza nimi stała jeszcze grupka polskich dzieci. Stała i z zazdrością przypatrywała się saneczkującym.
Dzieci niemieckie miały piękne, duże, gdzieś w fabryce wykonane saneczki. Mogło się na nich zmieścić i troje dzieci. Saneczki były podkute i mknęły z górki jak pociąg pospieszny. Zjeżdżający w dół krzyczeli radośnie. Czasem saneczki skręcały gdzieś w bok i wywracały się. Siedzący na saneczkach zsypywali się na kupkę i krzyk zwykle się wzmagał. Najczęściej był radosny, wesoły. Niekiedy zdarzało się, że ktoś wracał na górkę zachmurzony, stękający, a nawet łzy roniący.
Na widok wywracających się sanek występował i na nasze, polskie twarze, uśmiech. Nie był to uśmiech współczucia, nie. Raczej był to uśmiech zazdrości.

– Ach! Chociaż raz jeden tak zjechać na dół i wywrócić się tak jak oni! Zjechać z tą najmłodszą panienką z dworu! Wywrócić się tak, żebym leżał na dole, w śniegu, a ona na mnie. Tak, żeby przycisnęła się do mnie swoim młodym ciałkiem i śmiała mi się głośno w ucho. To musi być pysznie!

Raz ta panienka zaprosiła jednego z polskich chłopców na swoje sanki. Zjechała z nim kilka razy w dół. Śmiali się oboje szczęśliwi. Potem nawet wywrócili się. On leżał na dole, ona na nim. On parskał śniegiem, ona śmiała się na cały głos w jego ucho.

– O, coś takiego chciałbym przeżyć choć raz jeden w życiu!

Czekałem na górce w tej głupiej, choć błogiej nadziei, że może i mnie spotka takie szczęście. Ale szczęście to omijało mnie twardo. Postałem koło bramy do wieczora. Napatrzyłem się do syta na szczęście saneczkowania. Z tego patrzenia się jednak nie obudziło się w sercu moim szczęście. Idąc do domu czułem w sercu raczej żal. Żal z tego powodu, że przestałem przy bramie dworskiej kilka godzin, że zziąbłem, że musiałem patrzeć na cudzą radość, że mnie nie zaproszono ani razu, bym także mógł zjechać w dół na sankach.

– Niesprawiedliwie urządzony jest ten świat! – myślałem

Odczuwałem coś w rodzaju buntu. Wnet jednak spostrzegłem, że ten bunt niczego w sytuacji mojej nie zmieni. Przecież nie pójdę do owej panienki i nie padnę jej do nóg, i nie będę prosił: weź mnie raz z sobą na sanki. Ani nie podejdę do sanek znienacka, by je zniszczyć, porąbać lub ukraść. Cóż by mi z tego przyszło? I tak nie mógłbym używać sanek. Nic by się nie zmieniło w mojej sytuacji.
Szedłem do domu pochmurny jak ten zimowy wieczór. Z kłębowiska myśli pomału zaczęło wyłaniać się coś, co wyglądało sympatycznie. Z mojej pochmurnej twarzy powoli zaczął znikać mrok i wstępować na nią uśmiech. Myśl, do której uśmiechałem się, zmieniała się już w postanowienie:

– Muszę mieć własne saneczki!

Od postanowienia do saneczek była jeszcze bardzo długa droga. Długa i mroczna jak bezgwiezdna zimowa noc. Nie widziałem jeszcze żadnego sposobu zrealizowania tego postanowienia. Mimo to w serce wstąpiło coś w rodzaju ukojenia. Wiedziałem już, że będę miał sanki, że mieć je muszę. Za wszelką cenę.
Następnego dnia zauważyłem, że matka jest w dobrym humorze. Postanowiłem zbadać możliwości dobrego humoru, dobrej woli i kasy mojej matki.

– Mamulko!
– Cóż powiesz, Janeczku?
– Kupcie mi saneczki! Takie piękne, jak to mają dzieci nauczyciela.
– Synku! A skąd bych to wziena tyle pieniędzy!
– Drogie są takie sanki?
– Toć drogie.

Nadzieja zdobycia sanek najtańszym kosztem zgasła. Wiedziałem, matka nie wyda pieniędzy na sanki. Nie po to siedziała całymi nocami i dniami przy maszynie, i przy czepcach, żeby z tak wielkim trudem zarobione pieniądze wydać na sanki dla synka.
Raz obudzone postanowienie jednak nie dawało mi spokoju.

– Muszę mieć własne sanki!
– Janeczku, idź, narąb i przynieś drzewa!
– Dobrze!

Wyszedłem na podwórze. W podwórzu stała szopka, w której mieliśmy węgiel i drzewo. Były też tam różne narzędzia po zmarłym ojcu. Były piły: jedna długa na dwie osoby, druga z kabłąkiem, mogła nią pracować i jedna osoba. Była też siekiera, ciężka, i był toporek, zgrabny, z szerokim ostrzem. Pod dachem leżały na belce dwa większe dłuta, a na ścianie nawet wisiał duży świder.
Zanim zabrałem się do rąbania drzewa, pooglądałem te wszystkie narzędzia. Brałem je do ręki i kładłem znowu na miejsce.

– Ojej! Miałem drzewo rąbać! – przypomniałem sobie

Narąbałem prędko drzewa i zaniosłem pełne naręcze do domu.

– Starczy?
– Na dzisiaj starczy.
– To pójdę jeszcze narąbać na jutro i na pojutrze.
– Dobrze, idź!

Wybiegłem do szopki. Prędko narąbałem trochę drzewa. Toporek szybko spadał i podnosił się. Kawałki drzewa odpryskiwały. Przymrużałem oczy, bojąc się, że może mi wpaść coś do oka. Ale nie myślałem wcale o rąbaniu drzewa. Myślałem o sankach. Nagle wyrwało mi się z ust:

– Przecież ja mogę sobie sam zrobić sanki!

Wbiłem toporek w pień, na którym rąbałem drzewo. Zacząłem odrazu rozglądać się za odpowiednim drzewem. Kształt sanek miałem w wyobraźni. Wiedziałem, jak wyglądają i z jakich części muszą się składać.

– Najgorsze to, że muszą być dwa takie zagięte kawałki! Skąd wezmę takie zagięte kawałki?

Wyszedłem z szopki i wodziłem okiem po podwórzu. Szukałem, czy współlokatorzy, albo i sam właściciel domu nie ma gdzieś odpowiedniego kawałka drzewa. Nie było. Począłem rozglądać się po rosnących na podwórzu drzewach. Szukałem odpowiednio zakrzywionego konara. Nie było.

– Jeśli nie będę miał drzewa, nie zrobię sanek! – stwierdziłem bardzo realnie – A więc muszę najpierw zdobyć koniecznie odpowiednie drzewo.

Niedaleko od domu, zaraz za kościółkiem, stał las. Różne w nim rosły drzewa. Iglaste i liściaste. Duże i małe.

– Przecież tam musi znaleźć się odpowiednie drzewo.

O tym, że to jest las cudzy, nie myślałem wcale. Las jest lasem. Pan Bóg go stworzył. Rośnie wszystkim na pożytek.
Chodziłem długo po lesie szukając odpowiednio zagiętego drzewa. Podnosiłem głowę w górę, aż mnie już szyja bolała. Ile razy zdawało mi się, że już, już znalazłem to, co potrzebuję, tyle razy spotykało mnie rozczarowanie. Okazywało się ciągle, że to jednak nie to. Albo było za cienkie, albo za krótkie. Albo za mało wygięte, albo za dużo. Czasem było dobre, ale wystarczało tylko na jeden kawałek, a potrzebne były dwa. Ale szukałem wytrwale. Szukałem przez kilka dni. Nareszcie, zdaje się czwartego dnia szukania, znalazłem odpowiednio zakrzywiony konar. Był dostatecznie gruby. Radość była wielka.

– Teraz po piłę!

Przyniosłem piłę. Wdrapałem się na drzewo. Zacząłem piłować konar. Ciężko szło. Nie wiedziałem, czy piła była tępa, czy drzewo zbyt twarda i świeża, czy moje siły zbyt słabe, czy też jaki diabeł przeciwstawiał mi się i wstrzymywał z drugiej strony piłę. Spociłem się, zmęczyłem, ale w końcu konar zaczął trzeszczeć i spadł. Oderznąłem część, która mi była potrzebna, i przytaszczyłem ją do szopki.

– Co ty tak długo robisz w tej szopce? – pytała zatroskana matka
– Robię sanki.
– Sanki? A z czego?
– Z drzewa.
– A skąd masz drzewo?
– Z lasu.
– A z którego?
– No, z tego tu, za kościółkiem.
– To niedobrze.
– Czemu niedobrze?
– Bo to chłopski las.
– No to co?
– To grzech.
– A przecież wyście też byli po drzewo w lesie. Byłem z wami.
– Byliśmy w królewskim lesie.
– To z królewskiego lasu brać drzewo to nie grzech?
– Też, też, synku, ale nie taki duży.
– A czemu?
– Widzisz, to jest tak. Król ma dużo wszystkiego. Choć mu tam kto wytnie jedno drzewo, to on tego wcale nie odczuje.
– A jeśli każdy we wsi zetnie jedno drzewo, to odczuje?

Matka zamyśliła się. Nie odpowiedziała na moje pytanie. Po chwili rzekła:

– Musisz odnieść to drzewo do lasu!
– Odnieść? Czemu?
– Bo to nie nasze. Kradzione.
– Ale przecież już to drzewo porznąłem! Jakże je teraz odniosę? Przecież go już nie przykleję! Gdybym odniósł, to kto inny je porwie i nie będę miał sanek.

Ten argument, że nie będę miał sanek, był dla mnie najważniejszy.
Matka rozmyślała jeszcze jakiś czas, wreszcie powiedziała:

– Pomówię z właścicielem. Powiem mu, coś zrobił. Może ci to podaruje, a jak nie to mu to zapłacę, albo odrobię.
– Czemu?
– Nie rozumiesz to? Nie będzie grzech odpuszczony, dopóki wziątek nie będzie zwrócony. Chcesz to iść do piekła za taki kawałek drzewa?
– Nie chcę.
– No widzisz.

Po chwili dodała:

– Idź, idź! Zrób sobie te sanki, jeśli umiesz.

Czułem, że spadł mi z duszy wielki ciężar. Matka go wzięła na barki swojej duszy. Miałem ponadto zezwolenie matki na zrobienie sanek. To było dla mnie bardzo ważne. Ciągle bowiem niepokoiła mnie obawa, że matka, gdy zobaczy sanki, w przystępie gniewu porąbie mi je na kawałki. Ta obawa odpadła. Mogłem już spokojnie pracować koło sanek.
Trudno opowiedzieć, ile narobiłem się przy tym. Ile potu wylałem. Ile razy byłbym sobie zranił to rękę, to nogę. Po dwóch dniach sanki były gotowe. Patrzałem na swoje dzieło dumny i zadowolony.

– Janeczku!
– Co, mamulko?
– Musisz iść dzisiaj do starzyka.
– Dobrze, pójdę.
– Zaniesiesz to pismo.

Ucieszyłem się ogromnie. Starzyk mieszkał w sąsiedniej wsi, oddalonej o jakie trzy, cztery kilometry2. W myśli widziałem już drogę. Dwie długie górki w tamtą stronę, jedna wspaniała góra w powrotnej drodze.

– Ale sanki wezmę ze sobą!?
– Możesz.

Sanki, jak się okazało w drodze, miały jeden wielki błąd: nie były podkute. Ślizgały się wprawdzie po śniegu, ale ślizgały się na wszystkie strony, nigdy tam, gdzie miały. Trudno było nimi kierować.
Przyjechałem do starzyka. Starzyk akurat wieszał na zewnętrznej ścianie swojej drewnianej chatki świeżo pomalowaną tablicę do wozu z wypisanym cudacznie imieniem, nazwiskiem i adresem właściciela wozu.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – powiedziałem, bo pamiętałem, że dziadek tylko z takiego pozdrowienia był zadowolony – Witejcie, starzyku! – podałem dziadkowi rękę, a potem list – Mamulka przysyłają wam ten list.

– Na wieki wieków. Amen. A któż to przyszedł? Ach, to Janek od Maryjki. A cóż to masz za sanki?
– Sam je sobie zrobiłem! – rzekłem z dumą
– Ty? Sam? – dziwił się głośno dziadek

Podszedł bliżej i zaczął je oglądać. Oglądał i kiwał głową.

– A jedzie też to po śniegu?
– Toć jedzie.
– Ale musisz do nich konia zaprzęgnąć?!
– Nie… wcale nie. A czemu tak myślicie?
– Bo takie ciężkie! Takie grube! Takie niezgrabne!
– Myślicie? – pytałem rumieniąc się
– A nie miałeś to mniejszego dłuta? Wydłubałeś dziury jak dla nieboszczyka.
– Nie miałem.
– Przynieś jeno te sanki do izby, bo tu zimno.

Przyniosłem je do izby. Postawiłem w kącie. Dziaduś usiadł koło okna.

– Tu je przynieś!

Przyniosłem. Dziadek wziął sanki, potem młotek i kleszcze, i zaczął je rozbierać na kawałki.

– Czemu to psujecie, starzyku? – zawołałem wystraszony
– Nie bój się. Zrobię ci lepsze. Zgrabniejsze.

Rozebrawszy sanki na kawałki, pozbierał je i wyszedł.

– Zaczekaj tu! Zabaw się w kostki!

Pod wieczór dziadek wrócił. Niósł pod pachą nowe sanki.

– Jakie zgrabne! – wykrzyknąłem zachwycony – Jak fabryczne!
– Lepsze, niż twoje!
– Oj, lepsze! Sto razy. To dla mnie?
– Dla ciebie. A chciałbyś to mieć podkute?
– Chciałbym, ale nie mam czym podkuć.
– Nie masz? No to ci podkuję.
– Podkujecie? Naprawdę? – przytuliłem się do dziadka i dodałem po cichu: – Ale wom byda pszoł za to!
– A to mi przed tym nie pszołeś?
– Też, ale teraz byda więcej wom pszoł!

Dziadek wyszukał odpowiednią taśmę blachy i począł ją przybijać.

– Na twoich sankach to wczoraj jeszcze ptaszki śpiewały?
– Ptaszki? – spytałem nie rozumiejąc, co dziadek miał na myśli.
– Wczoraj to drzewo pewnie rosło jeszcze w lesie? – sformułował dziadek swoją myśl zrozumialej
– Wczoraj nie, ale przedwczoraj! – odpowiedziałem z uśmiechem
– No widzisz, jak ja to wiem.

Było już późno, gdy dziadek, przywiązawszy do sanek jeszcze porządny sznur, wręczył mi sanki.

– Teraz idź na górkę i spróbuj jak jadą. Przypatrzę się.

Pędziłem pod górę, jakbym miał skrzydła u ramion. Tuż od chatki dziadusia podnosiła się dość stroma i długa górka. Była bardzo ożywiona. Krzyki i nawoływania napełniały całą okolicę. Saneczkujących było tam dużo.

– Achtung! Uwaga! – ciągle mijały mnie jakieś saneczki

Znalazłem się wreszcie na szczycie górki. Usiadłem. Ktoś mnie pchnął. Sanki sunęły w dół coraz szybciej, szybciej.

– Uwaga! – krzyczałem jak inni, chociaż ludzie sami schodzili z drogi. A gdy zbliżałem się do chatki dziadusia, zawołałem uszczęśliwiony: – Starzyku, patrzcie! To ja!

Sanki mignęły koło starzyka i pojechały jeszcze daleko. Wróciłem do starzyka zarumieniony od wiatru i szczęścia.

– Ale fajnie było!
– Ale teraz już sobie idź do domu, Janku bo by cię jeszcze psy zjadły po drodze. Już późno! Z Panem Bogiem. A pozdrów mamulkę!
– Z Panem Bogiem! I Bóg zapłać, starzyku, żeście mi takie ładne sanki zrobili!

Miałem niebo w duszy. Wyszedłem pod górę i miałem wielką ochotę zjechać jeszcze raz, ale odmyśliłem się.
Pojechałem do domu.
Następnego dnia znalazłem się z sankami koło dworu. Dzieci saneczkowały jak zwykle. Wszyscy zwrócili oczy na moje sanki. Dzieci niemieckie popatrzyły, skrzywiły się i powiedziały:

– Nasze sanki są lepsze!

Za to polskie dzieci patrzyły na nie z zachwytem.

– Ale ładne!
– Oni mają fabryczne, a ja mam zrobione! – powiedziałem chcąc jakoś zatrzeć niemiłe wrażenie niemieckich, lekceważących słów

– A kto ci zrobił?
– Najpierw zrobiłem sam, a potem starzyk mi poprawili. A widzieliście? Są podkute.
– Weź nas na sanki! – przygadywali się chłopcy
– Dalej! Siadać!

Rozpoczęło się radosne saneczkowanie. Jednemu tylko chłopakowi odmówiłem.

– Tyś najeździł się dosyć z panienką ze dworu! Idź sobie do niej!

Przy bramie stała maleńka dziewczynka. Mogła mieć pięć, sześć lat. Lekko ubrana, w pantoflach, ale bez pończoch. Nogi sine, z nosa wisiała dość długa świeczka.

– Otrzyj sobie nos, przewieziesz się ze mną! – zaproponowałem
– Przewieziesz mnie? Naprawdę?
– Ale obetrzyj najpierw nos. Z usmarkaną nie pojadę.

Odwróciła szybko kraj sukienki, otarła sobie nos.

– Już! – zawołała.
– To siadaj!

Pognaliśmy w dół, aż na staw przy karczmie. Nagle sanki skręciły w bok i wywróciły się. Spadliśmy oboje. Leżałem na dole. Dziewczynka na mnie. Trzymała się kurczowo moich ramion. Gdy minęło jej pierwsze przerażenie, poczęła się śmiać. Głośno, szczerze.

– Wiesz co? – spytała
– Co?
– Jo ci ale pszaja!

I uścisnęła mnie. I przytuliła się do mnie.
Przewiozłem ją jeszcze raz i spoglądałem wyniośle na panienkę ze dworu, która akurat szła pod górę z sankami.

– Uwaga! My jedziemy!

A gdy wracałem później do domu, myślałem:

– Jak to dobrze mieć własne sanki!

1W oryginale: zgromadziła się gromadka dzieci. Pozwoliłem sobie zredagować likwidując pleonazm.

2Chodzi o dziadka po kądzieli, Wincentego Motykę (1848-1921). Dziadek po mieczu, Tomasz Paszenda, zmarł był w wieczór Wigilijny 1912 roku w Michałkowicach.
Motyka był zawodowym urzędnikiem sądowym i tłumaczem przysięgłym języka niemieckiego, kształcił się w Raciborzu. Mieszkał w Chwałowicach, dzisiejszej dzielnicy Rybnika. Pismo, z którym Autor zostaje do niego posłany, to być może jakaś sprawa urzędowa, którą Maria przeprowadzała po śmierci męża.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button