Muszę też mieć latarkę elektryczną!

Piąta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Oczy miałem wlepione w nauczyciela. Uszy łapały jego niezrozumiałą mowę. Lekcja była w pełnym toku. Wtem za nogawkę szarpnęła mnie czyjaś ręka.
– Ty, pomacaj!
To kolega, siedzący obok mnie z lewej strony, wskazywał mi na wybałuszoną kieszeń w spodenkach. Pomacałem. Było tam coś twardego. Coś dużego.
– Co to jest? – spytałem. Szeptem oczywiście, by nie zwrócić uwagi nauczyciela.
– Nie wiesz? Latarka. Elektryczna.
– Elektryczna?
– No.
Nauczyciel spojrzał w tej chwili ku nam. Wytrzeszczyłem ku niemu oczy w niewinnej pozie. Kolega też. Przestaliśmy rozmawiać o latarce. Ale nie przestałem myśleć o latarce. Usiłowałem wyobrazić sobie, jak też taka latarka elektryczna może wyglądać. Widziałem kiedyś różne w oknie wystawowym w mieście. Nie mogłem doczekać się przerwy. W czasie przerwy wybiegłem z właścicielem latarki w najdalszy kąt podwórza szkolnego.
– Pokaż!
Kolega wyjął latarkę z dużym trudem z ciasnej kieszeni. Nacisnął na guzik. Zaświeciła.
– Tak słabo? – zapytałem z rozczarowaniem.
– Słabo! Hm! Słabo! Głupi! Pewnie, jak słońce świeci, to światła latarki nie widać. Ale niech jeno słońce się schowa, niech się ściemni, oho! Wtedy musiałbyś zobaczyć!
– Wtedy mocno świeci?
– Jeszcze jak! Hm! Jak prawdziwy reflektor!
– Jak reflektor?
– Pewnie! Wiesz, wczoraj idę sobie wieczorem, a ciemno było jak w miechu. Idę sobie, latarkę trzymam w ręce, palec na guziku i idę. A tu ci nagle spoza płotu wyskakuje na mnie takie psisko – pokazał na wysokości szyi. – Ty byś w nogi! Ale ja nie! Ja błysk! Zaświeciłem mu w ślepie. Psisko zapomniało szczekać. Spuściło łeb ku ziemi, schowało ogon między nogi i w nogi! A ja w śmiech.
– Uciekło? – pytam zachwycony.
– Jeszcze jak. Aż się kurzyło za nim. Potem idę sobie dalej, idę, słucham, a tu ktoś idzie. Słyszę kroki. Kto to może być? Złodziej? Bandyta? Porządny człowiek? W ciemności nie rozeznasz. A jak go dopuścisz do siebie za blisko, toś przepadł. Zażga cię na amen. Więc – co ja robię. Naciskam na guzik, błysk! Światła jak w samo południe. I kogo widzę? Jakiś bandyta! Broda, wąsiska i taka gruba locha w ręce. Na pewno bandyta! Przymrużył oczy i podniósł lochę, żeby mnie uderzyć, wiesz? Ale ja cyk! I światło zgasło. A potem nogi za pas i w nogi. Nie dogonił mnie.
– Uciekłeś?
– Uciekłem. Uratowałem życie. Byłby mnie zażgał na amen. Phi! Wszystko zawdzięczam latarce. Patrz, tej latarce elektrycznej.
W moim umyśle latarka elektryczna urosła do rangi najważniejszej rzeczy na świecie. Bez latarki elektrycznej nie mogłem już sobie wyobrazić dalszego życia. Nic też dziwnego, że w duszy zrodziło mi się następujące postanowienie:
– Muszę też mieć latarkę elektryczną.
W tej chwili latarka była dla mnie czymś ważniejszym, niż siedem cudów świata. Ba, więcej! Niż wszystkie cuda na świecie. Jedna myśl, jedno pragnienie, jedno dążenie przepełniało moją młodą duszyczkę. Jedynym celem w tym czasie było zdobycie latarki elektrycznej. Po przemyśleniu wszystkich możliwości przekonałem się, że latarkę zdobędę jedynie drogą kupna. Chcąc ją kupić, trzeba mieć pieniądze. Należało więc zdobyć potrzebne pieniądze. Dyplomatyczne podchodzenia do ojca i matki nie dały potrzebnych wyników.
– Mamo, prawda, że złodziej i bandyta boi się światła?
– Pewno. Widzisz, złodzieje i bandyci chodzą najczęściej nocą.
– A światłem latarki elektrycznej można by złodzieja odstraszyć?
– A można by.
– I bandytę też?
– Też.
– To kupcie mi latarkę elektryczną.
– Kupić?
– Kupić.
– Tobie?
– Mnie.
– Latarkę elektryczną? A na co ci ona?
– Przecież mówię, żeby odganiać złodziei i bandytów.
– Głupiś, tu nie ma złodziei ani bandytów.
– Jak to nie ma. A wczoraj kolega spotkał jednego na drodze.
– Głupiś. Mówię ci, nie ma u nas złodziei ani bandytów.
– To nie kupicie mi latarki elektrycznej?
– Nie.
– Ale ja bym chciał mieć koniecznie taką latarkę.
– To sobie kup.
– Kiedy ja nie mam pieniędzy.
– To sobie zarób.
– Ale jak?
– Jak? Pomyśl.
Do ojca podszedłem z innej strony.
– Tatulku!
– Słucham.
– Boicie się psa?
– Niekiedy tak, najczęściej nie. A ty boisz się?
– Bardzo. Ale gdybym coś miał, to bym się nie bał.
– A cóż takiego?
– Latarkę elektryczną.
– Latarkę?
– Hm!
– Elektryczną?
– Hm!
– A czemu nie bałbyś się wtedy?
– Przypuśćmy, że idę wieczorem drogą. Idę, idę, a tu spoza płota wyskakuje na mnie pies i chce mnie ugryźć. Wtedy ja naciskam na guzik u latarki. Błysk! Światło skoczy na psa. Pies przymknie oczy, spuści głowę, weźmie ogon między nogi i w nogi. No nie?
– A skąd wiesz, że pies tak zrobi?
– Wiem. Kolega mi powiedział.
– Może i tak jest, jak mówił kolega.
– To kupcie mi latarkę. Elektryczną.
– Latarka droga. Dam ci jednak dobrą radę. Nie wychodź wieczorem na drogę. Siedź w domu.
– A gdybym tak musiał iść?
– Musiał?
– Gdyby mnie tak kto wysłał. Mama albo kto inny.
– Nie poślą.
– Ale ja bym chciał mieć latarkę elektryczną.
– Jak urośniesz, będziesz pracował, zarobisz sobie dużo pieniędzy, to sobie możesz kupić latarkę.
– Ale ja bym już teraz chciał mieć.
– To sobie zarób teraz!
– Ale jak?
– Poszukaj sobie roboty.
Westchnąłem ciężko. Nie było innego wyjścia. Trzeba było albo zrezygnować z latarki, albo zarobić sobie na nią. Wyszedłem na podwórze, usiadłem na jakimś kamieniu, oparłem łokcie na kolanach, a głowę w dłoniach – jak to robił zwykle ojciec – i zacząłem myśleć. Myślałem tak i siak. Nic z tego nie wychodziło.
– Janeczku!
– Tu jestem.
– Chodź, skoczysz mi do sklepu. Przyniesiesz kminku. Ale tak na jednej nodze!
– Już lecę.
Matka wsadziła mi w garść jakiś pieniądz i poleciła powtórzyć rozkaz.
– Mam kupić za 15 groszy kminku.
– Ile ci dałam pieniędzy?
– Dwadzieścia groszy.
– To ile musisz przynieść z powrotem?
– Ile? Zaraz…No…pięć groszy.
– To leć!
Poleciałem jak wicher. Do sklepu nie było tak daleko. Ledwo matka zdążyła wejść do kuchni, już wpadłem za nią z kminkiem.
– Już? – zdziwiła się matka.
– Prędko przyleciałem, prawda?
– Prędko.
– No to co dostanę za to?
– Patrzcie go! A za darmo to nic?
– Poleciałem za darmo. Dajcie mi też za darmo.
– A cóż byś to chciał?
– Te pięć groszy.
– No to weź je sobie, kiedyś się tak pospieszył.
I tak zdobyłem pierwsze pięć groszy na zakup latarki elektrycznej. Idea oszczędności zdobyła nagle pewien konkretny sens. Trzeba składać grosz do grosza, aż nazbiera się tyle, że starczy na latarkę.
Następnego dnia ojciec wyniósł przed dom kilka par obuwia.
– Janeczku!
– Jestem.
– Umiesz czyścić obuwie?
– Umiem.
– Oczyścisz je wszystkie. Najpierw z kurzu, potem lekko pastą, potem wyglansujesz. Ale żeby mi się świeciły jak lustro.
Przyniosłem skrzynkę z przyborami do czyszczenia. Poustawiałem obuwie w szeregu, parami. Policzyłem. Było siedem par.
– A jak się będą świeciły jak lustro, to co? – spytałem dyplomatycznie.
– No to cię pochwalę, żeś dobrze zrobił.
– A co sobie kupię za pochwałę?
– Uznanie w całej rodzinie.
– Ale latarki elektrycznej nie kupię?
– Może kupisz. Zobaczymy.
Zabrałem się do roboty. Po dwóch godzinach obuwie stało wyczyszczone. Zawołałem ojca.
– Świecą się jak lustro?
Ojciec brał jedną parę za drugą i oglądał starannie.
– Tu jeszcze musisz poprawić. Tu nie świeci się jak trzeba. – Odstawił dwie pary. Poprawiłem prędziutko.
– A teraz? – spytałem chciwie.
– Teraz ujdzie. Od biedy można by przejrzeć się. Ale muszę ci powiedzieć dwie uwagi: Czyściłeś za długo. I wysmarowałeś za dużo pasty. Niepotrzebnie.
– Za dużo?
– Stanowczo za dużo.
– Gdzie? Gdzie?
– A tu! I tu! I tu także. – Ojciec pokazał palcem na moje usmarowane pastą ręce, na kolana, na spodenki.
Spojrzałem na wskazane mi miejsca, potem na ojca. Zarumieniłem się.
– Rzeczywiście. Jak to się stało?
– Trzeba szczotki lepiej pilnować. Na przyszły raz będzie lepiej, prawda?
Skinąłem głową.
– A teraz wypłacę ci, coś zarobił. Po pięć groszy od pary. Ile zarobiłeś?
Zacząłem prędko obliczać.
– Zaraz. Trzydzieści pięć groszy.
– Dobrze. Z tego potrącę ci za zmarnowaną pastę – pięć groszy. Wypłacam. Trzydzieści groszy. Co z tym zrobisz?
– Schowam do skarbonki.
Radość nie miała granic. Mój fundusz nagle podniósł się o trzydzieści groszy.
Dostałem jeszcze kilka różnych zleceń.
– Janeczku, skoczysz do ciotki. Zaniesiesz jej to.
– Idź do pana Holony. Zanieś mu to naczynie z miodem. Powiedz: ojciec przysyła na skosztowanie. Pierwszy tegoroczny miód.
– Leć do babci. Zanieś jej to i powiedz, że mama przyjdzie wieczorem.
Z takich biegów zawsze coś skapło. Ciotka dała pięć groszy. Pan Holona dał dwadzieścia groszy, za drogę. Babcia też coś wcisnęła w dłoń, żeby dziadek nie widział. Powoli, powoli nazbierało się tyle, że starczyło na elektryczną latarkę. Pobiegłem do miasta. Kupiłem. Latarkę i baterię. Wypróbowali w sklepie. Świeciła jak słońce. W tej samej chwili w moim sercu zaświeciło bodaj sto słońc radości i dumy.
– Mam latarkę elektryczną.
Wieczorem wykradłem się z domu i wyszedłem na drogę.
– Gdyby tak spotkać psa albo złodzieja! – marzyłem.
Chodziłem dość długo po drodze. Przejechał rowerzysta. Jego lampka świeciła blado. Zaświeciłem moją.
– Jak słońce do księżyca. Phi! Co on ma za lampkę?
Po chwili usłyszałem czyjeś kroki. Kroki przeplatało mruczenie. Natężyłem słuch.
– Pijany! Na pewno jakiś bandyta! Co zrobić? Zaświecić? Z daleka, czy z bliska?
Nie mogłem zdecydować się szybko. Tak mogło być źle, a tak jeszcze gorzej. “Bandyta” zbliżał się coraz bardziej. Mogło nas oddzielać jakieś pięć kroków.
– Trzeba zaświecić mu w oczy! – postanowiłem. W następnym momencie wykonałem postanowienie. “Bandyta” krzyknął:
– Ty siarrroński chrępie!!!
W blasku mojej latarki ujrzałem podnoszącą się laskę i człowieka rzucającego się w pogoń za mną. Zgasiłem szybko latarkę i począłem wiać ile sił w nogach i tchu w płucach. Za mną dudniły ciężkie buciska. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości. To bandyta. Jeśli mnie dogoni, zabije na amen. Włosy jeżyły mi się na głowie. Coś ściskało mnie za gardło. Chciałem wrzeszczeć, ale nie mogłem. Zdawało mi się, że kroki wolnieją. Wtem coś śmignęło mi koło głowy. Równocześnie bandyta krzyknął:
– Zabiję cię, ty chrępie siarrroński! Patrzcie go! W oczy będzie świecił spokojnym przechodniom. Jeszcze raz mi to zrobisz! Dogonię cię, zabiję!
Nie byłem ciekawy, co przeleciało mi koło głowy. Ściskałem tylko latarkę elektryczną jedną ręką, a drugą – pierś w okolicy serca. Biło stanowczo za szybko i za mocno. Skręciłem za jakiś płot. Zwolniłem nieco bieg. Nadsłuchiwałem trwożliwie. Wtem, co to było? Jakiś szelest tuż, tuż.
– Hau, hau, hau! – Psisko wyrosło jakby spod ziemi.
Zaczęło ujadać z niesłychaną zajadłością. Zatkało mnie zupełnie. Wiedziałem. Coś ważnego trzeba teraz zrobić. Ale szybko! Co to było? Aha! Zaświecić latarkę. Nacisnąłem na guzik. W tej samej chwili, a może pół sekundy wcześniej coś chwyciło mnie za spodenki. Ba, żeby tylko za spodenki. W blasku mojej latarki widziałem uciekającego psa. Miał rzeczywiście schyloną głowę i ogon wtulony między nogi.
– Ale czemu mnie tak noga pali?
Poświeciłem latarką. Ręką dotknąłem portek. Ze spodenek zwisała oderwana od nich szmata. Po udzie płynęły dwa strumyki czerwonej krwi. Z niepokojem wracałem do domu. Byłem pewny, że nie miną mnie porządne baty.
– Chodź no tu! – rzekł ojciec – Jak ty wyglądasz!?
Podszedłem bliżej do ojca. Lewą ręką przyciskałem oderwaną szmatę do nogi, a w prawej za plecami chowałem latarkę elektryczną.
– Obróć się! – zakomenderował ojciec.
Matka załamała ręce. Siostra zeskoczyła z krzesła.
– Patrzcie, krew!
– I dziura w spodenkach! – dodał ojciec.
Nagle buchnęli wszyscy śmiechem.
– Z czego się śmiejecie? – zapytałem zgorszony, bliski płaczu.
– Z czegóż by, z ciebie.
Nie wytrzymałem. Buchnąłem płaczem.
Ojciec śmiał się długo. Potem rzekł do matki.
– Obmyjcie go. Zgoi się, zanim się ożeni.
A odbierając latarkę z moich rąk, zapytał z uśmiechem:
– I latarka elektryczna nie pomogła?
Zacisnąłem zęby. Wolałem nic nie odpowiedzieć. Następnego dnia stwierdziłem ze zdziwieniem, że latarka elektryczna znacznie straciła na swoim uroku. Przestała nagle być cudem świata.



