Nie pójdę do szkoły!

Szósta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
– Czekaj, czekaj! Jeno pójdziesz do szkoły, to ci nauczyciel sprawi! Zobaczysz! – straszyła mnie siostra, gdy coś zbroiłem.
– A co zobaczę? – pytałem niby zaciekawiony.
– Zobaczysz, jaki potem będziesz grzeczny.
– A co zrobi nauczyciel? – dopytywałem się.
– Trzciną dostaniesz – wybuchnęła zniecierpliwiona siostra.
– A gdzie?
– Gdzie? Tam, gdzie najbardziej boli.
– A gdzie boli najbardziej?
– Na “galoty” dostaniesz, wiesz!
– Na galoty? Phiii! Nie boję się! Włożę sobie czapkę do galot i nic mnie nie będzie bolało, hm!
Matka przedstawiała mi szkołę w nieco innym świetle.
– Skończy się wnet twoje latanie, skończy.
– A czemu?
– Bo wnet pójdziesz do szkoły.
– No to co. Będę “latał”, gdy wrócę ze szkoły.
– Ba! A kto będzie się za ciebie uczył? Kto będzie pisał i czytał?
– A czy to trzeba tak dużo uczyć się?
– No pewnie.
– I dużo trzeba pisać?
– O, dużo.
– I dużo trzeba czytać?
– Jeszcze jak.
– Aż do wieczora?
– Czasem aż do wieczora.
– Nie zawsze?
– Czasem jeszcze dłużej.
– To nic nie zostanie czasu na latanie?
– Może nic, może niewiele.
– Ale gdybym się prędko nauczył?
– A nauczysz to się prędko?
– No, pewnie.
Przechwalałem się, ale w duszy został jakiś cierń. Cierń, który nazywał się: szkoła, nauczyciel. Na widok lub wspomnienie szkoły i nauczyciela zwykle coś mnie w duszy ukłuło.
– Boisz się szkoły? – pytała niekiedy siostra.
– Hm! Też miałbym się czego bać!
– I nauczyciela się nie boisz?
– Nie.
Ale i to były przechwałki. Szydło wylazło z worka, gdy nadszedł dzień, w którym miałem po raz pierwszy stanąć w szkole oko w oko przed groźnym nauczycielem.
– Chodź, Janeczku, umyję cię, ubiorę. Pójdziemy do szkoły.
– Do szkoły? – pytałem przelękniony.
– Nie bój się, nie bój. W szkole jest pięknie. Nauczyciel daje cukierki…
– Nie chcę cukierków – zaprotestowałem ostrożnie.
– Nie chcesz? Przecież tak lubisz cukierki.
– Od nauczyciela nie chcę.
– Ale on ma dobre cukierki.
– Nie chcę jego cukierków.
– Chodź, chodź! Umyję cię, ubiorę.
– Nie…
– Dlaczego nie?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zastanowiłem się, szukając odpowiedzi. Czyżbym aż tak bardzo bał się nauczyciela? Chyba nie! Musi być w tym jeszcze coś innego. Ale co? Może strach przed utratą wolności, swobody, wolnego czasu, zabaw? Nie mogłem dać sobie rady z tym problemem. Nie odrzekłem nic.
– Chodź!
Matka uchwyciła mnie energicznie za rękę i doprowadziła mnie do miednicy.
– Cóż mi szkodzi umyć się. Niech mnie umyją. – Zgodziłem się w myśli.
Matka wyszorowała mnie, otarła, uczesała. Poddawałem się tej operacji zachmurzony i milczący.
– Teraz ubierzemy to nowe ubranko.
– Nowe ubranko? Niech będzie. – Zgadzałem się na wszystko, ale wyczuwałem, że to wszystko może skończyć się niedobrze.
– Popatrz, jak ładnie wyglądasz w tym ubranku! – matka zaprowadziła mnie przed lustro.
Spojrzałem. Ładnie. Owszem. Milczałem w dalszym ciągu.
– No to teraz weź swój tornister i pójdziemy.
– Nie pójdę do szkoły! – powiedziałem stanowczo.
– Ale pójdziesz, pójdziesz, Janeczku. W szkole jest pięknie. Nauczyciel da ci cukierków.
Zauważyłem w tej chwili, że matka wyjęła ze szafy torebkę, w jakiej zwykle otrzymywałem cukierki. Obudziło się we mnie jakieś podejrzenie. Ale nie rzekłem nic. Matka wsunęła torebkę do kieszeni i starała się przede mną ukryć te ruchy.
– No, włóż tornister! Chodź tu, pomogę ci go włożyć.
– Nie chcę! Nie pójdę do szkoły!
Czułem, że matce wyczerpuje się cierpliwość. Wiedziałem, że zniecierpliwiona mogła być groźna. W gniewie mogła mnie sprać nie na żarty. Ale wolałem już dostać lanie od matki, niż pójść w niewolę do szkoły, być bitym trzciną przez nauczyciela, i nie mieć czasu do zabaw. Wolność, którą miałem z dniem dzisiejszym utracić, stała mi się nagle tak wielką wartością, tak wielkim skarbem, że postanowiłem bronić go do ostateczności. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy z tego, że nawet największe moje bohaterstwo, największe moje poświęcenie nie przyda mi się na nic. Miałem przecież do czynienia z siłą ogromnie potężną, o której nie miałem wówczas najmniejszego pojęcia. Ktoś, kto nakazał, żebym poszedł do szkoły, był silniejszy ode mnie, silniejszy od mojej matki, silniejszy od ojca i od nas wszystkich razem.
– Chodź, Janeczku, bo jak nie pójdziesz do szkoły, to żandarm przyjdzie po ciebie. I żandarm może ukarać tatę i mamę. Chodź!
Wspomnienie o żandarmie, którego już nieraz widziałem, i którego bali się wszyscy ogromnie, nie zachęciło mnie do ustępstwa.
– Nie pójdę do szkoły! – twierdziłem uporczywie.
– Chodź! Poniosę ci tornister – oświadczyła matka ugodowo. Chwyciła mnie za rękę.
Ale w tej samej chwili uchwyciłem się drugą ręką krzesła. Nogami wparłem się w podłogę. Matka pociągnęła mnie za sobą. Krzesło wywróciło się z trzaskiem. Podeszwy moich bucików z oporem posuwały się po podłodze. W tej chwili ostatnia kropla cierpliwości musiała opuścić matczyne serce. Matka skoczyła jak drapieżny zwierz.
– Co ty sobie nie myślisz! Krzesła będziesz wywracał! Opierał się! Nic z tego! Zaraz, marsz do szkoły! – i na plecy moje spadła pracowita dłoń matki.
– Nie pójdę do szkoły! – krzyknąłem i zacząłem płakać możliwie jak najgłośniej, by matkę przestraszyć płaczem i przywołać kogoś na pomoc.
– Cicho mi zaraz! Chodź! – Uchwyciła mnie znowu za rękę i pociągnęła za sobą.
Wykonałem przebiegle pierwszy rozkaz. To znaczy: przestałem płakać. Za to całą swoją uwagę i siłę skupiłem przeciwko drugiemu rozkazowi.
– Nie pójdę do szkoły!
Matka szarpnęła mnie. Nie miałem czego uczepić się. Stanęliśmy u drzwi. Matka otwarła drzwi. Potem usiłowała mnie przeciągnąć przez próg. Ale próg i odrzwia sprzymierzyły się ze mną. Próg dał doskonałe oparcie nogom, a odrzwia mocny uchwyt dla rąk.
Zmordowała się biedna matka, zanim wydostała mnie poza próg. Dostało się przy tym mocno moim palcom i rękom, które z uporem czepiały się odrzwi. Skapitulowałem na odcinku progu, ale jeszcze nie poddałem się wewnętrznie. Z pomocą przyszły mi próg i odrzwia prowadzące do sieni. Opór był tu znacznie krótszy, bo matka wiedziała już z doświadczenia, że trzeba przede wszystkim ubezwładnić moje ręce. Przerzuciła sobie tornister przez ramię i obiema rękami chwyciła za moje ręce. Uczułem przemożną siłę matczynych rąk. Matka przewlokła mnie przez drugi próg.
Znaleźliśmy się teraz na dość dużym podwórzu, na równinie bez przeszkód. Nie było się tu ani czego uczepić, ani nie było czym uczepić się. Matka trzymała obie moje ręce jak w kleszczach.
Rozpaczliwie szukałem jakiegoś sposobu dalszej obrony. Nagle błysnęła mi jakaś myśl. Rzuciłem się w nowym ubranku na ziemię.
– Wstań! Wstań zaraz! Pobrudzisz ubranko! – krzyknęła matka.
Na ten argument liczyłem najwięcej. Matka nie pozwoli, bym zbrudził ubranko. Przestała mnie wlec. Próbowała postawić na nogi. Ale moje nogi uciekały wciąż ku górze, jakby się zamieniły w baloniki. Za to spodnie, a nawet bluza, walały się w podwórzowym brudzie.
Zrozpaczona matka puściła moje ręce i uchwyciwszy mnie jedną ręką w okolicy łopatek, a drugą poniżej pleców, podniosła mnie jak dziecko i niosła z triumfem. Ale tylko przez moment. Moja fantazja wojenna podszepnęła mi natychmiast nowe sposoby obrony. Oto moje nogi zaczęły nagle z takim zapałem wydziwiać matce koło nosa, że przestraszona matka postawiła mnie na ziemi. Skorzystałem z tej chwili wolności i skoczyłem do płotu. Uczepiłem się sztachet. Matka przybiegła zdyszana do mnie. Szarpanina zaczęła się na nowo. Albo ręce czepiały się płotu, albo spodnie walały się na ziemi, albo nogi fikały młyńce koło nosa matki.
Z przerażeniem stwierdzałem, że przestrzeń pomiędzy mną a szkołą zmniejsza się coraz bardziej. Wiedziałem już, że walki tej nie wygram. Jako słabszy muszę w niej ustąpić, ulec przewadze matczynej. Opierałem się coraz słabiej. Już tylko dla formy, żeby zaznaczyć, że nie chcę pójść do szkoły. I tak matka dowlokła mnie wreszcie do budynku szkolnego. Płakałem, łkałem, ale spode łba obserwowałem, co się koło mnie dzieje. W ławkach szkolnych siedziało już sporo dzieci. Matki ich stały opodal. Rozmawiały z nauczycielem. Nauczyciel uśmiechał się. A gdy zobaczył matkę mocującą się ze mną, by mnie dostać do sali szkolnej, uśmiechnął się i podszedł do mnie. Pogłaskał mnie po zmierzwionej czuprynce.
– Nie plakać, nie plakać, maly. Tu dobrze.
Pokazał matce miejsce, gdzie mnie ma posadzić. Matka posadziła mnie tam. Usiadłem i pilnie obserwowałem otoczenie. Przede wszystkim nauczyciela i matkę. W pewnej chwili zdawało mi się, że matka wsunęła rękę do kieszeni, a potem podała coś nauczycielowi. Podawała tak, żebym tego nie zobaczył. Ale mnie zdawało się, że to była owa torebka z cukierkami. Nauczyciel odszedł wzdłuż klasy między dwoma rzędami ławek do katedry. Otwarł szufladę i udawał, że z niej coś wyjmuje. Wyjął naturalnie torebkę z cukierkami. Coś tam na niej napisał, potem wrócił do mnie, otworzył torebkę i podał mi ją uśmiechając się do mnie i zachęcając mnie minami, bym wziął sobie cukierka.
Tak, to jest ta sama torebka, którą matka schowała do kieszeni.
– No, weź, Janeczku, kiedy pan nauczyciel daje. Weź i podziękuj.
Ale ja uparłem się. Nie wziąłem. Wolałem dostać porządnego szturchańca.
– Nie bić! Nie bić! – powiedział nauczyciel.
Swoimi palcami wyjął jeden cukierek z torebki i położył go przede mną. Potem odniósł torebkę do szuflady w katedrze i zajął się innymi dziećmi.
Długo jeszcze potem lałem na ławkę szkolną gorzkie łzy opłakując swoją sromotną klęskę i utraconą wolność. Namacalnie odczułem kajdany, krępujące moje i rówieśników swobody. Długo wsłuchiwałem się w dźwięki obcej mowy, zanim zacząłem w nich wykrywać mglisty sens.
Ale te cukierki, to mama dała nauczycielowi. Takie cygaństwo!



