Historia

Prądu nie zabraknie, czyli Rybnik wznosi swoją elektrownię. Cz. 1.

W marcu 1964 roku obecność kilku osób na terenie Rybnickiej Kuźni, Orzepowic i Grabowni zapowiedziała wydarzenie, które miało zmienić rybnicką codzienność w sposób bardzo poważny.

Początkowo nic nie zapowiadało zbyt daleko idących zmian. Ot, jacyś ludzie coś obmierzają. Zwykła rzeczywistość wywołująca zainteresowanie tylko u bardzo ciekawskich osób. A jednak okazało się, że zmiany nastąpią. I to olbrzymie.

Ci ludzie to byli geodeci. Adamczyk, Frysz, Ogerman, Paruzej i Tatlik – wspomina w swojej książce Śladami przeszłości Ziemi Rybnickiej Józef Kolarczyk. Główną kwaterę mieli w Chwałęcicach przy ul. Rudzkiej w domu sołtysa Jana Nosiadka. I właśnie od tej miejscowości zaczęto pomiary terenu w stronę Grabowni i Stodół. W następnej kolejności prace miernicze prowadzono od ul. Gliwickiej w Wielopolu w kierunku Rybnickiej Kuźni i Józefowca.

Po co pomiary, po co zamieszanie? Na to pytanie zadawane przez okolicznych mieszkańców geodeci odpowiadali może nieoficjalnie, ale całkiem szczerze: tu, w Rybniku, powstanie elektrownia. Największa na Śląsku i jedna z największych w Polsce.

To był szok i niedowierzanie. Elektrownia??? Taki zakład w Rybniku??? Ludzie kręcili z niedowierzaniem głową – wspomina jeden z mieszkańców Rybnickiej Kuźni.

Jego słowa potwierdza wspomniany już Józef Kolarczyk:

Miejscowa ludność obserwująca codziennie pracujących geodetów z niedowierzaniem przyjmowała wiadomości o mającym powstać obiekcie przemysłowym, pod który potrzebny jest tak olbrzymi areał. Wiadomo, że z racji bliskości kopalni lokalizacja elektrowni w Rybniku jest trafnym pomysłem, ale ludzie po prostu nie dawali wiary, że może tu powstać coś tak olbrzymiego. Kilkaset hektarów! Większość gospodarzy obawiała się utraty gruntów rolnych, będących podstawą ich egzystencji, u innych znów pojawiła się nadzieja szybkiego spieniężenia posiadanej ziemi. Długo ówczesne władze państwowe oraz samorządowe zwlekały z oficjalnym ogłoszeniem informacji o mającej powstać elektrowni i publicznie ujawniły ją dopiero 24 października 1967 roku w Orzepowicach na specjalnie zwołanym w tym celu zebraniu ogólnym mieszkańców wszystkich okolicznych miejscowości, na obszarze których planowano budowę tej ogromnej inwestycji. Licznie przybyłych właścicieli posesji i gospodarzy powiadomiono o konieczności częściowego wywłaszczenia gruntów potrzebnych pod rozległy zalew, budowę zapory w Stodołach oraz cały kompleks zabudowań przyszłej elektrowni, mający powstać w większej części na obszarach Grabowni i Rybnickiej Kuźni.

O ile wywłaszczenia i kwestia odszkodowań była przedmiotem zażartych dyskusji, o tyle dość szybko zorientowano się, że nie będzie to ani jedyny, ani najważniejszy problem.

Sprawy własnościowe terenów stanowiących plac budowy były nieuregulowane, ale nie to było najgorsze – mówi Józef Kolarczyk. Bezsilni wobec władz i dyrekcji budowy byli prywatni właściciele gruntów zniszczonych przez buldożery i ciężkie wywrotki, za co nie otrzymywali ani grosza. Cały sprzęt ciężki i transport samochodowy korzystał z istniejących dróg gruntowych, co w rezultacie doprowadziło do ich całkowitej dewastacji. Z tego powodu 5 października 1968 r. odbyło się na Kuźni Rybnickiej zebranie, w którym uczestniczyli ze strony Gromady Wielopole przedstawicie misji Dróg i Mienia Gromadzkiego wraz z delegatami z Powiatowej Rady Narodowej w Rybniku. Stronę Elektrowni reprezentował jeden z wysokich rangą urzędników, który na mocy posiadanego pełnomocnictwa zobowiązał się do naprawy rozjeżdżonych i pokrytych błotnistą mazią dróg.

Osobnym problemem okazała się sama budowa, a dokładniej podstawowe na niej roboty. Z wykopów pod fundamenty, których całkowita długość przyprawiała o zawrót głowy, nieustannie wypompowywano wodę, co doprowadziło do bardzo poważnego odwodnienia terenu. Na samej tylko Rybnickiej Kuźni woda zniknęła w 67 studniach pozbawiając dostępu do źródła wody pitnej 126 rodzin. Podobna sytuacja miała miejsce w Orzepowicach, Grabowni, Golejowie i Wielopolu, przy czym władze i kierownictwo budowy mieszkańców wszystkich tych miejsc traktowały równo nikomu nie odpowiadając na żadne protesty.

To ogólnie był w PRL – a już za czasów Gomułki szczególnie – potężny problem – wspomina jeden z emerytowanych rybnickich urzędników. Zgłoszenie jakiegokolwiek problemu władzom było traktowane w najlepszym wypadku jak fanaberia mieszkańców. W najgorszym: jak zamach na władzę ludową. Za Gierka trochę się poprawiło, ale ogólnie jak nie miało się „pleców”, to mało co można było załatwić. Czasem, choć rzadko, pomagała interwencja mediów, ale to w drobniejszych i mniej znaczących kwestiach.

Rzeczywiście rzut oka na gazety regionalne tego okresu potwierdza słowa mojego rozmówcy. I tak Nowiny z 18 stycznia 1958 roku na stronie 2. zajmują się niezwykle istotną kwestią jaką jest patrolowanie rybnickiego dworca PKP przez funkcjonariuszy MO z psem (a zdaniem redakcji powinno się patrolować bez psa). Z kolei dziewięć lat później, 21 czerwca 1967 roku ta sama gazeta dostrzega (oprócz wzrostu czytelnictwa prasy partyjnej) również pewne problemy, których można by uniknąć gdyby przedsiębiorstwa handlowe traktowano w inny, lepszy sposób. Gdyby zrozumiano również ich własne kłopoty. Niestety, tak jeszcze nie jest. Na przykład: w osiedlu kop. Jastrzębie przy ul. Połomskiej, w którym mieszka ponad 2 tys. górników i ich rodzin, nie uporządkowano dotąd dróg dojazdowych do sklepów. W rezultacie do sklepu nabiałowego nr 64 wodzisławskiego MHD nie można dowieźć konwi z mlekiem, które ekspedientki taszczą po rozmokłej glinie. Oczywiście, żadna ekspedientka sklepu nie posiada tyle siły, by przenieść pełną konew, roluje ją więc w błocie.

Rolowanie w błocie było chyba codziennym elementem PRLu dla wszystkich mieszkańców Rybnika, okolicy i całej Polski ludowej do samego jej końca. Jak donoszą Nowiny w numerze II z roku 1958 ulica Powstańców w Radlinie zamieniła się „w bajorka trudne do przebycia”. Równie trudne do przebycia były w tym samym okresie rybnicka ul. Piaskowa (ob. Reymonta), Szkolna (na odcinku od ul. Wodzisławskiej do Raciborskiej), Krzyżowa, Sudecka i dziesiątki innych, które po opadach deszczu czy śniegu zamieniały się w mniejsze lub większe bagienka, a w czasie upałów zapewniały stały dopływ kurzu i pyłu. W zapewnieniu rybniczanom błota w nadmiarowej ilości przodowały wielkie budowy, co wspomina i komentuje pan Franciszek z Rybnika:

Socjalistyczna gospodarka ciągle się z czymś spóźniała i ciągle czegoś brakowało, a już budownictwo miało w tym mistrza. Mieszkania miały być gotowe latem, a nawet na zimę nie skończono. Osiedlowy sklep według planów otwierał swe podwoje wiosną, a nie był gotowy nawet na wiosnę następnego roku. I tak w koło Macieju. Ludu, co to były za opóźnienia! Ludzie ciągle czekali na mieszkanie, na budynek, na świetlicę i nerwy każdemu puszczały. No a skoro są opóźnienia, to rzucamy wszystkie siły do budowy mieszkań czy sklepów. W efekcie infrastruktura, czyli drogi czy chodniki czekały na swoją kolej przez całe lata. A poza tym: skoro ciągle trwa budowa, to jaki jest sens budować drogę, która zaraz będzie do remontu? W efekcie ludzie zasiedlali domy, do których prowadziła bagnista dróżka.

Bagnistych dróżek, dróg, ulic i placów na budowie rybnickiej elektrowni nie brakowało. Brakowało za to wody dla kilkuset rodzin, którym konsekwentnie odmawiano pomocy, o czym obszernie wspomina Józef Kolarczyk podając zapadające w pamięć szczegóły:

Brak wody był mówiąc delikatnie niezwykle dokuczliwy. Dopiero po kilkakrotnej interwencji wielopolskiej Gromadzkiej Rady Narodowej urzędach Powiatowej Rady Narodowej w Rybniku oraz po pełnym determinacji proteście kobiet z Rybnickiej Kuźni skierowanym do władz powiatowych, partyjnych i dyrekcji Elektrowni w dniu 24 października 1969 r. władze obiecały zająć się tą sprawą. Ale musiały minąć kolejne niemal dwa tygodnie i dopiero od 6 listopada 1969 r. wodę w ilości około 9 tys, litrów na dobę dostarczano do Rybnickiej Kuźni z sieci wodociągowej Rybnika. Codziennie, prócz niedziel i świąt, ciągnik z przyczepą wyposażoną w 3 rolnicze beczki dowoził wodę pitną do każdej posesji z osobna, gdzie mieszkańcy magazynowali wodę w przygotowanych przy bramach wannach, garnkach, beczkach i innych pojemnikach.

Data rozwiązania problemu nie była przypadkowa. Dlaczego? O tym dowiecie się już jutro z drugiej części naszej historii.

Powiązane artykuły

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button