Blog

Pradziadek Wiktor

To nie będzie opowieść z rodzaju: Lubię górników, bo mój dziadek był górnikiem… dopóki nie sprzedał kopalni. Będzie o czasach zamierzchłych, ale wcale dla mnie nie minionych.


Pochodzę naprawdę z pojechanej rodziny. Pradziadek mój Wiktor Kopiec zaczął swą karierę jako młody chłopak pod koniec XIX wieku na rybnickim targu sprzedając… ciepłe krupnioki. No a potem pojechał po całości: cegielnia, wytwórnia win i wódek, kilkanaście sklepów, knajpa Pod Ostatnim Groszem, sklep muzyczny, magazyny warzyw… wiele tego było, niemal pół miasta. Rybniczanie to ludzie od zawsze z inwencją – pamiętali początki kariery Pradziadka i w związku z tym kamienicę na Sobieskiego, którą postawił już jako zamożny mieszczanin przezwali Długa Kiszka. Pradziadek sam nie pił alkoholu – w domu moczyło się jedynie usta, co wcale nie znaczy, że nie lubił obficie polać. Miał kolegów Niemców z Jastrzębia-Zdroju (wtedy miasto nazywało sie Bad Jastrzemb i nie było tam bloków – dacie wiarę?!), którzy jako nieliczni posiadali wtedy samochód i tym automobilem przyjeżdżali do Rybnika w odwiedziny. Odwiedziny… pogadali trochę z pradziadkiem, potem on ich zostawiał w piwnicach gorzelni od piątku do niedzieli i goście mieli trzydniową banię. Pijani w sztok tym autem do Jastrzębia wracali. Mogli, bo samochodów innych wtedy nie było wcale.

Babcia moja – Magdalena Piotrowska (z domu Kopiec) też do normalnych nie należała. Wraz ze swoją siostrą Rutą wyszły za mąż za dwóch braci – Babcia za Władysława (mojego Dziadka), Ruta zaś jej siostra za Bolesława Piotrowskiego. Chłopaki nie śmierdziały groszem, bo Dziadek akurat kończył się doktoryzować na UJ w Krakowie, Bolesław z kolei był „jedynie” oficerem Wojska Polskiego (dowódca 1 plutonu 53 samodzielnej kompanii karabinów maszynowych i broni towarzyszącej) stacjonującym wtedy na terenie Szpitala na Gliwickiej (przedtem na Paruszowcu – budynki ostały się do dnia dzisiejszego). Można by więc stwierdzić, że mezalians, bo zamożne dziedziczki wyszły za biedaków. Miały to gdzieś.

Pogrzeb Prababci Eleonory

W połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku zmarła moja Prababcia Eleonora (w podzięce Bogu za to małżeństwo Pradziadek dał za darmo cegły Franciszkanom na kościół i klasztor) i Wiktor Kopiec zaczął się jakby nudzić. Wyciągał zatem na polowania mojego dziadka Władysława (Bolka nie mógł, bo wiadomo – służba w wojsku). Polowania… tydzień ich w domu nie było. Taki sobie aplikowali survival. Babcię zaczęły te wypady wnerwiać trochę, no to własnemu ojcu znalazła drugą żonę. I miała spokój – ojca w domu, a nową macochę w szachu.

Babcia Magdalena Kopiec-Piotrowska

Babcia to naprawdę nieprawdopodobna postać, bo po wojnie, kiedy przyszła „sprawiedliwa” władza ludowa zabierając wszystko wszystkim, pracowała w miejscach, które do niej prawnie należały. Nie patyczkowała się – głośno i wyraźnie wyrażała swój osąd o czerwonej władzy, ale nigdy jej przy tym nie towarzyszyło rozgoryczenie – los życia przyjęła z chrześcijańska pokorą…
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo Rybnik był od zawsze kreatywny. Stwarzał możliwości by na przykład prosty chłopak mógł zrobić majątek w tym mieście. Przeciwieństwem siły inwencji, ryzyka inności i szukania nowego jest przeciętność. Obecna przeciętność stworzyła szarość, która zmusiła do emigracji moich najlepszych kolegów i najmądrzejsze koleżanki. Przeciętność potrafi być złośliwa, bo nigdy się nie potrafi przyznać do niewiedzy i błędu. Ma obecnie za sobą moc milionów przepisów, którymi szafuje w imię racji… Swojej racji. Tym, którzy głosują na przeciętność dam do przemyślenia fakt, że sami musicie być na bieżąco, czyli na fleku (szkolenia, dokształcanie, kursy), by się utrzymać i pozostać w obiegu, gdy z drugiej strony przeciętność ma to głęboko gdzieś. Przeciętność dostaje wysoko ponad średnią krajową i pierdzi tym „gdzieś” w stołek na którym posadziły go pociotki. De facto nie pracuje, a tylko generuje koszty (jak zabytkowa Kopalnia Ignacy).
Żyjemy w czasach imperium szaro-przeciętnych – takie realia. Powtórzenie kariery mojego Pradziadka – od chłopaka sprzedającego na Rybnickim Targu (niemal 500 lat istnienia – stąd wielkimi literami, ale to osobny temat) po zamożnego mieszczanina jest obecnie niemożliwe. Zakładam, że zdławiłyby inwencję Pradziadka przepisy. Wiktor Kopiec przeżył hitlerowców, ale nie przeżył komuchów, którzy mu wszystko zabrali i zniszczyli. Wszystko do czego doszedł własnymi rękami.
Mnogość przepisów świadczy o słabości systemu – zdanie uporczywie powtarzane przez mojego Ojca.
A teraz zadajcie sobie pytanie – w czym żyjemy?

Zwłaszcza w Rybniku…

Powiązane artykuły

2 komentarzy

  1. Rodzina jest sobą, jeżeli buduje się na takich odniesieniach, na wzajemnym zaufaniu, na zawierzeniu wzajemnym. Tylko na takim fundamencie można też budować proces wychowania, który stanowi podstawowy cel rodziny i jej pierwszorzędne zadanie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sprawdź także
Close
Back to top button