Proszę koleżankę do tańca!

Trzydziesta druga część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Po mojej pierwszej miłości, która była czysta jak łza i na wskroś chrześcijańska, chociażby tylko z tego jednego tytułu, że za policzek odwzajemniłem się torebką miodowych cukierków, długo serce moje nie tęskniło za żadną dziewczyną.
Wprawdzie w szkole, kiedy uczęszczałem jeszcze do ostatniej klasy, zaczepiały nas dziewuchy. Często w czasie lekcji, a częściej jeszcze w czasie pauzy, spadało nagle na człowieka coś skądś. Najczęściej z góry, jakby z nieba. Okazało się jednak zawsze, że to nie było z nieba. Najpierw dlatego, że od nieba odgradzał nas sufit, a bodaj nawet dwa sufity i dach z czerwonych dachówek, a po drugie dlatego, że treść zgoła nie wskazywała na pochodzenie niebieskie. Były to liściki. Liściki, które zawierały wynurzenia dziewczęcych serduszek pod naszym adresem. Liściki te traktowaliśmy z zupełnym lekceważeniem pierwszych uczuć dziewczęcych. Niejeden z nas miarkował, że jakieś tam nie bardzo w treści zrozumiałe bajdurzenia miały związek ze zmianami, które przechodziły dziewczyny w cielesnym swym wyglądzie. Niejednej dziewczynce podnosiła się lekko bluzka, z czego bywały bardzo dumne. Nas jednak te zjawiska nie interesowały. Liściki dziewcząt również nie znalazły u nas spodziewanego zrozumienia. Mieliśmy wtedy sto ważniejszych spraw na głowie. Palant, kąpiele, scyzoryk, piłka nożna miały bezwzględnie więcej uroku od takiej dziewuchy, co to ani nie była już dzieckiem, ani nie była jeszcze kobietą.
Ale te lekceważenia pierwszych dziewczęcych uczuć zemściły się na mnie srodze. Ale o tym będzie mowa nieco później.
Pewnego dnia, a wówczas już nie uczęszczałem do szkoły, lecz byłem młodym górnikiem, w czasie mojej nieobecności przyniósł listonosz kartkę. Kartka przedstawiała damę, pięknie wystrojoną i wyondulowaną, przy tym wyglądającą jako uosobienie samej miłości i tęsknoty. Kartka była zaadresowana do mnie. Wyraźnie. Nie było pod tym względem żadnych wątpliwości. Treść mówiła o serdecznych pozdrowieniach i wielkiej chęci spotkania się. Podpis był niejasny. Mnie wydawało się, że podpisał się Stanisław. Matka natomiast, uśmiechając się bardzo tajemniczo, twierdziła, że owszem, ale trzeba by dodać jeszcze na końcu maleńkie a.
Nie mogłem odgadnąć, kto mógł być autorem tej kartki. Byłem głęboko przekonany, że to któryś z kolegów. Niestety nie mogłem sobie żadnego Stanisława przypomnieć. A ponieważ matka uporczywie uśmiechała się tajemniczo i radziła koniecznie wziąć pod uwagę to maleńkie a, uwierzyłem wreszcie, że kartkę mogła podpisać Stanisława. I zacząłem grzebać w pamięci i szukać koleżanki ze szkoły, której na imię było Stanisława. I znalazłem taką. I zaraz też przypomniała mi pamięć, że to właśnie ta Stanisława bombardowała mnie w szkole często swymi liścikami.
Wyznaję szczerze, że doznałem po tym odkryciu bardzo miłego uczucia. Wzruszyła mnie po prostu taka długa wierność jej uczuć. Przypuszczałem nawet, że napisanie do mnie kartki musiało być dla dziewczyny nie lada wysiłkiem i poświęceniem. Długo namyślałem się, czy jej odpowiedzieć. Ale po głębokim namyśle doszedłem do przekonania, że tak naprawdę to wcale nie wiem, czy owa domniemana Stanisława była rzeczywiście autorką tej kartki.
Pewnej niedzieli wybrałem się na spacer w tym kierunku, gdzie ona mieszkała. Oczywiście nie miałem odwagi wstąpić do jej mieszkania, a ona prawdopodobnie mnie nie zauważyła, bo nawet nie wyszła, by mi się pokazać, toteż do spotkania nie doszło. W moim sercu jednak znalazł się dla owej Stanisławy, autorki kartki i dawniejszych szkolnych liścików, życzliwy kącik. W tym kąciku ją umieściłem i myślałem o niej często. Ale o tym nikt nie wiedział, prócz mnie samego. Stanisława, nie otrzymawszy ode mnie odpowiedzi, najprawdopodobniej o takim kąciku w moim sercu nie marzyła.
Upłynęło kilka miesięcy czasu. Rozpoczął się karnawał. Wszystko myślało i mówiło o zabawach i tańcach. Jedni z radością, że się wyszumią. Drudzy z nadzieją, że na zabawie poznają swoją drugą połowę życia. Inni, starzy, potępiali tańce, jako dzieło diabelskie. Dzieci skakały po podwórkach i na gwałt uczyły się tańczyć. Nam natomiast, dorastającym kawalerom, nie wypadało uczyć się tańcować na podwórku, a jednak przyszła nam także chętka nauczyć się tego kunsztu.
– Cóż, Janie, umiesz już tańczyć? – spytał mnie kolega sąsiad
– Nie umiem.
– Trzeba by się nauczyć! Na to nie ma rady. Wąsiki zaczynają ci wychodzić, golić się zaczynasz, dziewuchy oglądają się za tobą, nie ma rady. Trzeba nauczyć się tańczyć.
– Mówisz?
– Przecież nie fanzolę.
– Nauczyć się? Ale jak?
– Chodź! Nauczę cię! Pójdziemy na strych, żeby nas nikt nie widział.
I na strychu zaczęła się nauka tańca.
– Trzeba umieć koniecznie polkę i walca! Reszty można nie umieć. Albo też nauczysz się później. Najważniejsze to początek.
Po paru dniach umiałem już jakoś deptać według taktu: raz, dwa, trzy! Raz, dwa, trzy! Kręciłem się przy tym w prawo i w lewo.
– Od biedy już mógłbyś iść na zabawę! Umiesz już polkę i walca.
Do najbliższej zabawy było jeszcze dwa tygodnie czasu. Można było dobrze utrwalić sobie zdobycze sztuki tanecznej.
– Słuchaj, przyjacielu, ale jak to trzeba zachować się na zabawie?
– Ano tak. Najpierw idzie się do bufetu. Tam zamawia się jednego. Może być wódka, może być piwo. Wódka i piwo dodawają człowiekowi trochę odwagi. Ale tobie nie radziłbym zamawiać wódki. Mogłaby ci karczmarka odmówić. Takim smarkaczom jak ty nie wolno wódki sprzedawać. Piwo ci zresztą zupełnie wystarczy. I tak się boję, że ci za mocno w głowie zamąci.
– Coś za dużo boisz się o moją głowę. Mówisz, jakbym jeszcze w życiu piwa nie widział! – odciąłem się
– A, widziałeś już piwo! Pewno nawet już wypiłeś? No, to co innego! Więc, gdy będziesz pił to piwo, to już musisz patrzeć pod ścianę, przy której stoją i siedzą dziewczyny. Wyszukaj sobie jedną, która ci się spodoba, i gdy zaczną grać, pójdziesz i poprosisz ją do tańca.
– A jak to się prosi do tańca?
– Ukłonisz się przed wybraną dziewczyną i powiesz tak: “Proszę koleżankę do tańca!”
– I wtedy ona co?
– Wtedy ona albo się zgodzi, albo nie. Jeśli się zgodzi, to wyjdzie ku tobie. Poda ci dłoń. Przywita się z tobą i powie ci coś miłego. Na przykład: “Ach, to ty, Janek! Jak wyrosłeś! Jaki to z ciebie zrobił się kawaler! Dawnośmy się nie widzieli!”
– Farona! A co ja jej muszę odpowiedzieć?
– Musisz jej też powiedzieć jaki komplement.
– Jaki?
– Na przykład: “Aleś wyładniała! Aleś się wystroiła! Dobrze ci w tym stroju!” Pamiętaj o tym. Kobietom jeno trzeba mówić, że są ładne i że są pięknie wystrojone. Najlepiej ich tym pozyskasz.
– No, dobrze! A jeśli się nie zgodzi?
– To znaczy, że ci da kosza!
– Jakiego kosza?
– No! Właściwie żadnego kosza ci nie da. To tylko tak się mówi. Ale to znaczy, że nie chce z tobą tańczyć.
– Farona! A wtedy co?
– Wtedy? Jak cię szlag nie trafi na miejscu, to pójdziesz do innej dziewczyny. I zaczniesz od początku.
Po tej lekcji zacząłem przygotowywać się na serio do zabaw. Trzeba było trzewiki dobrze wyczyścić. Spodnie wyprasować. Krawat też. Do kieszeni wzięło się trochę pieniędzy.
– Widzisz, bo to trzeba też potem swoją tancerkę czymś poczęstować. Trzeba jej coś kupić. Może lemoniadę. Może czekoladę. Może co innego. Co będzie chciała.
Kolega pokazał mi jeszcze praktycznie, jak to trzeba prosić dziewczynę do tańca, jak ją ująć za rękę i co zrobić z drugą ręką. Radził ręczyska dobrze umyć, żeby pannie nie zbrudzić czarną łapą białej sukienki. Pokazał, jak dziewczynę po skończonym tańcu odprowadzić na miejsce. Jak jej podziękować.
Zdawało mi się, że już wszystko wiem. Wszystko powtórzyłem sobie po sto razy i według wszelkiego prawdopodobieństwa pierwszy mój publiczny występ na zabawie powinien był udać się.
– Już widzę – myślałem w duchu – jak tańczę! Jak obracam dziewuchą! Już inne patrzą zazdrosne! Hej, jak się rozbawię, jak się roztańczę!
I nagle uświadomiłem sobie, że taniec, że zabawa to jest coś nadzwyczajnego. Coś tak pięknego! Coś tak pociągającego! Coś tak czarującego, że wszystko inne zaczęło blednąć wokoło. Widziałem już tylko: orkiestrę, taniec, dziewczynę w objęciach, bufet z piwem i wódką.
– Oto cel! Oto ideał! Oto, do czego musze teraz dążyć!
Poszliśmy razem do karczmy. Muzyka już grała. Pary już tańczyły. W karczmie było już sporo ludzi. Stanęliśmy przy bufecie. Zamówiliśmy piwo.
– Widzisz, tam, przy trzecim oknie, stoi moja dziewczyna. Już mnie zobaczyła. Uśmiechnęła się. Z nią będę tańczył. A ty z którą?
– Nie wiem jeszcze.
Zacząłem rozglądać się po twarzach dziewcząt. Znajomych było dużo, ale one wszystkie były mi jakieś obojętne. Nagle wzrok mój zatrzymał się na śniadej brunetce.
– To ona! Owa Stanisława, co pisywała do mnie jeszcze w szkole liściki, a później przysłała mi tę kartkę. Kartkę z owym uosobieniem miłości i tęsknoty. Ją poproszę do tańca. Nie inną. Tylko ją! Odwzajemnię jej się dzisiaj za te wierne uczucia, za te liściki i za tę kartkę, za to długie czekanie!
Zdawało mi się, że już jestem w niej zakochany. Serce biło mi coraz niespokojniej. Ręce zaczęły pocić się. Wycierałem pot chusteczką. Bałem się zbrudzić ręką jej białą sukienkę. Wypiłem piwo. Orkiestra zaczęła grać polkę.
– Idziemy! Polka! – rzekł kolega i ruszył po swoją pannę
Przyglądałem mu się chwilę i sprawdzałem, czy wszystko tak robi, jak mnie tego uczył. Coraz więcej par było w ruchu. Już na sali robiło się coraz ciaśniej.
– Wielki czas! Trzeba już iść! – rozkazałem sobie i ruszyłem wprost ku mojej śniadej brunetce. Ku byłej koleżance Stanisławie! Stanąłem przed nią, ukłoniłem się z lekkim uśmiechem i rzekłem:
– Proszę koleżankę do tańca!
Patrzyłem w nią, ale kącikami oczu widziałem najbliższe otoczenie. Dziewczyny stojące obok, spoglądały to na mnie, to na nią.
– Stasia! Ciebie prosi! Idź! – mówiły.
Na jej twarzy pojawił się grymas pełen lekceważenia.
– Z nim? Nie! – powiedziała krótko
Myślałem, że dostałem obuchem w łeb. Ciemno zrobiło mi się w oczach i we łbie. Nogi zesztywniały.
– Idź, głupia! Czemu nie idziesz! Taki fajny synek!
– Dajcie mi spokój! Nie pójdę! – powiedziała twardo
Wtedy z gromadki dziewcząt wysunęła się okrągła uśmiechnięta buzia
– Chcesz, zatańczę z tobą!? – patrzała na mnie błagalnym niemal spojrzeniem
Przyjrzałem jej się dokładniej. Twarz była mi jakaś znajoma. Musiałem już ją gdzieś widzieć. Nagle rozjaśniło mi się w głowie.
– To przecież Klarcia! Ta Klarcia, od której dostałem w ucho i której podarowałem torebkę miodowych cukierków.
Tego było za wiele na moją biedną duszyczkę. Ciemności pochłonęły mnie na nowo. Ukłoniłem się i skierowałem swoje kroki ku drzwiom. Przecisnąłem się z niemałym trudem przez ciekawy, oblegający wejście tłum.
Za drzwiami uderzył we mnie chłodny powiew wiatru. Uciekałem, jakby mnie goniło sto diabłów.
– Co za wstyd! Co za wstyd! Kosza mi dała!!
Powoli ochłonąłem, ale nie mogłem się uspokoić.
– Czy to był sen, czy rzeczywistość? Stasia, której przygotowałem w swoim sercu ciepły kącik, dała mi kosza! Kosza! Ludzie, chyba świat cały oszalał! Dlaczego Stasia dała mi kosza?!
Potem pamięć przypomniała mi Klarcię. Jej uśmiechniętą miłą buzię. Jej gotowość do zatańczenia ze mną.
– Kochana, złota, droga ta Klarcia! Chciała mnie ratować od wstydu. Chciała ratować mój honor kawalerski. Chciała ze mną zatańczyć, a ja!? Uciekłem. Do drzwi. Kosza jej dałem. Dlaczego? Przecież nie chciałem jej skrzywdzić?
Im dłużej zastanawiałem się nad tymi zagmatwanymi sprawami naszych serc, tym mniej rozumiałem.
Od Klarci dostałem porządny policzek, że aż mi w uchu zadzwoniło, a dałem jej za to torebkę miodowych cukierków i na dodatek serce swoje. Wprawdzie to serce po latach zapomniało o Klarci, choć jej kochać może i nie przestało.
Od Stasi dostałem kosza. Kosz uderzył we mnie jak obuch. Jak tysiąc pięści. W moim biednym łbie powywracało się wszystko do góry nogami. To, co jeszcze godzinę temu stało na ołtarzu, co było moim celem i pragnieniem, co było moim ideałem, leżało oto w gruzach. Patrzałem na te gruzy bez żalu, bez litości, bez współczucia. Jak Stasia na mnie.
– Nie! – rzekłem twardo, podobnie jak Stasia. – Nie chcę was znać! Nie pójdę już do was! Nie!
Muzyka, taniec, dziewczyny – leżały w moich myślach i w moim sercu w gruzach. Przestały mnie nęcić. Przestały mi być ideałem.
– Nie. Już nigdy nie powiem żadnej dziewczynie: “Proszę koleżankę do tańca”. Chyba, gdy będzie czas żenić się.
Rozpromieniona twarz Klarci uśmiechała się wciąż do mnie jak słońce i zdawała się przymilać i prosić:
– Chcesz, zatańczę z tobą!?
Ale ja, uśmiechając się do niej jak najsłodziej, przeczyłem głową i myślałem.
– Dziękuję ci, Klarciu, za złote twoje serduszko, ale tańczyć nie będę. Nie chcę. Nie warto. Taniec mi obrzydł!



