Historia

Proszę mi włosy ostrzyc na jeża!

Dwudziesta piąta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej

– Po co ludzie mają włosy na głowie?

To pytanie zadawałem sobie niejeden raz w życiu. Za każdym razem odpowiedź wypadała nieco inna.
W pierwszych początkach używania rozumu uważałem, że po włosach można rozpoznawać płeć ludzką, stąd ta ważność włosów.
Istota z długimi włosami należała do tak zwanej płci pięknej, albo, jak się dawniej mówiło, do babskiego rodu. Istota z krótkimi włosami zaliczana była do płci brzydkiej, czyli do męskiego rodu.

– A ty do jakiego rodu należysz? – spytała mnie raz matka
– Ja? Przecież nie do babskiego! Jeno do męskiego!
– Nieprawda! – zaprzeczyła matka
– Dlaczego: nieprawda?
– Bo ty nie masz ani krótkich, ani długich włosów.

Uchwyciłem palcami czuprynę, ściągnąłem ją jak najdalej w dół. Sięgnęła aż do brody.

– A widzisz, jak to wyglądasz! Jak dzikus jaki! Jakbyś uciekł z Azji! Zaraz mi pójdziesz do fryzjera i każesz sobie ostrzyc głowę na kolano!

Matka była szczerze oburzona na moje długie włosy.

– Na kolano? To znaczy: zupełnie króciutko?
– No tak!
– Ojej! Jak bym wtedy wyglądał!?
– Bardzo ładnie. Znacznie piękniej niż teraz! Patrzeć nie mogę na tę czuprynę!
– Na kolano nie, ale tak, żeby włosy sięgały przynajmniej do końca nosa! – prosiłem

Długie włosy uważałem wówczas za ideał męski.

– Nie do końca nosa, jeno na kolano! – obstawała przy swoim matka
– Nie dam się ostrzyc na kolano! – twierdziłem
– Zobaczymy! – powiedziała matka i uśmiechnęła się przy tym

Rano, gdy po umyciu stanąłem przed lustrem, żeby uczesać włosy, spostrzegłem z przerażeniem, że na samym przedzie brakuje mi najdłuższych włosów. Niedużo ich brakowało, ale ucięte były przy samej głowie.
Powaliłem się na łóżko i zacząłem ryczeć, jakby mi rozum wycięto.

– Cóż się stało? Czemuż tak płaczesz? – pytała matka, powstrzymując śmiech, który jednak trząsł jej brzuchem.

– Łu! Łu! Łu! – beczałem – Jak ja tak pokażę się w szkole!?
– Cóż się stało? Pokaż! Eh! Myślałam, że ci kto nos uciął, a to tylko parę włosów. No, nie płacz! Nie płacz!

Sąsiad ma maszynkę. Pójdziesz do niego, poprosisz go pięknie, ostrzyże ci głowę ładnie na kolano.
Czasu niezbyt wiele. Musiałem się śpieszyć, żeby jeszcze zdążyć na czas do szkoły. Przestałem jęczeć. Poszedłem do sąsiada i przyniosłem do szkoły głowę ostrzyżoną na kolano.

– Chłopcy, którzy w długiej czuprynie upatrywali oznaki męskości, przywitali mnie pogardliwymi uwagami:
– Ostrzygli go, jakby miał trzy latka!
– Przynieście mu smoczek i włóżcie do ust!
– Nie siadaj tu koło nas! Tu tylko starszyzna siada! Idź do pierwszej klasy!
– Tam go też nie przyjmą! – śmiali się koledzy

Chodziłem przez tydzień jak po ciężkiej chorobie. Gorzej – jak chory na jakąś straszliwie zaraźliwą chorobę. Chłopcy odsuwali się ode mnie. Po tygodniu chłopcom sprzykrzyło się dokuczać mi, a może też znaleźli przyjemniejszą zabawę. Miałem z tej strony spokój. Ale nie miałem spokoju ze strony mojej ambicji.

– Ośmieszono cię! Poniżono cię! Zrównano ze smarkaczami, co jeszcze koszulę w zębach noszą! – wytykała mi moja ambicja

Należało przedsięwziąć jakieś środki naprawy. Należało się jakoś zrehabilitować.

– Ale jak? Co tu wymyślić?

Zacząłem poddawać obserwacji wszystkie męskie głowy. O długich włosach już nie mogłem marzyć. Bałem się, że powtórzy się historia z wycięciem włosów. Wobec takich argumentów byłem bezsilny.
Pewnej niedzieli, kiedy z chóru obserwowałem męskie uczesania włosów, wzrok mój zatrzymał się na proboszczowskich włosach.

– Nieźle. Wcale dobrze. Nawet ładnie wygląda. Już wiem! Takie włosy będę nosił!

Ksiądz proboszcz nosił włosy ostrzyżone na jeża.

W domu wybadałem w sposób bardzo dyskretny i dyplomatyczny, co matka sądzi o proboszczowskich włosach. Okazało się, że matce podoba się taka fryzura.
Doskonale! Niech mi tylko włosy trochę podrosną, pójdę do fryzjera i każę sobie ostrzyc włosy na jeża.
Zwierzyłem się z tą tajemnicą pewnemu koledze. Pytałem go o radę.

– Słuchaj! Chciałbym mieć takie włosy jak ksiądz. Co to trzeba zrobić?
– Nic. Iść do fryzjera, powiedzieć, o co chodzi, i już!
– No tak! Ale jak to powiedzieć?
– Powiesz: proszę mi ostrzyc włosy na jeża.
– Ale czy ci w mieście taki fryzjer rozumie po polsku? Nie rozumie.
– Aha! Ty chcesz iść do miasta?
– No tak.
– I nie wiesz, jak powiedzieć?
– Jak po niemiecku powiedzieć.
– Powiedz: bitte Stehhaare!
– To wystarczy?
– Wystarczy.
– A kiedy będzie można iść do fryzjera?

Kolega otaksował moje włosy, pokiwał głową, poruszał nosem, potem rzekł:

– Za dwa, trzy tygodnie. Wcześniej nie.

Dwa tygodnie to było w takich okolicznościach pół wieku. Trzy tygodnie – cała wieczność. Ale nie było rady. Przeczekałem cierpliwie. Odkładałem już sobie pieniądze, żeby się uniezależnić od matczynej kasy, wreszcie stwierdziłem, że czas wyczekiwania mija. Następnego dnia wystroiłem się odświętnie i wyruszyłem do miasta. Na podwórzu spotkałem zezującego Alfonsa.

– Dokąd idziesz? – spytał.
– Do miasta, do fryzjera. Każę sobie włosy ostrzyc na jeża. Tak jak ma ksiądz proboszcz.

Alfons uśmiechnął się z politowaniem.
W mieście było kilku fryzjerów. Minąłem pierwszego i dyskretnie zajrzałem do środka. Siedziało tam kilku panów. Rozmawiali sobie swobodnie po niemiecku. Fryzjerzy nie mieli zajęcia. Bałem się tam wejść. Zbyt mi wyglądali dostojnie.
Poszedłem do następnego. Zajrzałem do środka. Jeden fryzjer golił kogoś. Trzech panów czytało gazetę.

– Nie, tu nie wejdę! Musiałbym za długo czekać!

Poszedłem dalej. Do trzeciego. Drzwi były otwarte. W zakładzie stał fryzjer – garbusek, ale nie strzygł, ani nie golił, lecz naprawiał rower. Spostrzegłszy, że się zawahałem, zaprosił mnie do środka i zapewnił gorąco, że to długo nie potrwa, że zaraz będzie gotowy. Wszedłem. Usiadłem na wskazanym krześle. Chwilę przyglądałem się jego robocie. Obok roweru stał mniejszy ode mnie chłopczyk i żywo rozmawiał z fryzjerem. Rozmowa ta nie interesowała mnie. Zacząłem rozglądać się po ścianach. Najpierw podziwiałem dwa wysokie lustra, poniżej dwie marmurowe płyty, dwa wygodne fotele przed lustrami. Potem przypatrywałem się rozmaitym fryzurom wymalowanym i porozwieszanym po ścianach. Była też tam fryzura na jeża. Porównywałem je z innymi. Podobała mi się najwięcej. Powtarzałem sobie po cichu, co należy powiedzieć fryzjerowi, żeby nie było pomyłki, żeby mnie nie ostrzygł czasem inaczej. Pamiętałem formułę, której nauczył mnie kolega. Na ścianie wisiał też zegar wahadłowy. Tykał sobie poważnie. Gdy go zauważyłem, wskazywał godzinę drugą i dziesięć minut.

– Gdy wszedłem, mogła być druga! – uświadomiłem sobie. Czekałem już dziesięć minut. Spojrzałem na fryzjera. Rozkręcał tylne koło.

– To nie potrwa długo! – uspokoił mnie, widząc, że poruszyłem się na krześle
– Dobrze. Poczekam. Mam czas.

Fryzjer rozbierał rower, chłopczyk trajkotał bez przerwy. Nie mówił nic ciekawego. Dziecięce sprawy, z których już dawno wyrosłem. Zacząłem się nudzić. Obejrzałem raz jeszcze wszystkie przedmioty, które znajdowały się w fryzjerni. Obejrzałem wszystkie obrazy. Obejrzałem i policzyłem nawet wszystek towar w specjalnej gablotce. Były tam rozmaite mydła. Były różne pasty do zębów. Były szczoteczki do zębów. Było sto innych rzeczy. Wszystkie obejrzałem. Wreszcie spojrzałem na zegar. Była godzina trzecia i piętnaście minut.

– Czekam już godzinę i ćwierć! – stwierdziłem. Zrobiło mi się mdło. Spojrzałem na fryzjera. Zalepiał dziurę w dętce. Byłem bliski zemdlenia. Wyobraziłem sobie, że wypadnie czekać może jeszcze godzinę, albo i dłużej.

– Nie, tak długo nie będę czekał. Pójdę do innego fryzjera.

Przysunąłem się bliżej do drzwi. Niby to chciałem wyjrzeć na ulicę. Powoli jednak wysuwałem się za drzwi. Już, już chciałem dać drapaka. Musiał jednak moje zamiary dostrzec fryzjer, bo nagle położył narzędzia, które trzymał w ręce, i rzekł uprzejmie odsuwając fotel od lustra:

Bitte! Spieszy się?
– Tak! – mruknąłem
– Zaraz, tylko ręce umyję.

Usiadłem w fotelu i powtarzałem sobie w myśli formułkę niemiecką, która miała spowodować ostrzyżenie moich włosów na jeża.

– Chodzisz jeszcze do szkoły?
– Nie! – palnąłem z miejsca, bo mi przyszło na myśl, że może uczniakowi, co jeszcze chodzi do szkoły, odmówić ostrzyżenia włosów na jeża
– Przepraszam, że mówiłem przez ty. Proszę, niech pan oprze się wygodnie o fotel.

Narzucił na mnie wielki jakiś fartuch, związał mi go koło szyi i zapytał grzecznie:

– Jak mam ostrzyc?
Bitte Stehhaare!
Stehhaare? Nie. To się nie da!

I już przyłożył mi maszynkę do czoła i zaczął z przodu ścinać włosy. Myślałem, że padnę trupem na miejscu., że zwalę się z fotela na podłogę.

– A jeśli padnę trupem – pomyślałem – to chciałbym zaraz zmartwychwstać i jako upiór z tamtego świata chwycić tego obrzydliwego garbusa, tego wstrętnego golibrodę, tego pomylonego naprawiacza rowerów pod gardło, potrząść nim parę razy w powietrzu, żeby mu się mózg pomieszał, a potem rzucić nim jak piłką o ścianę, ale tak, by się do niej przylepił jak placek i już nigdy nie mógł zajmować się strzyżeniem włosów!

Niestety, nie padłem trupem. Nawet nie spadłem z fotela, choć w oczach pociemniało mi okropnie. Musiało mi się zrobić słabo, bo fryzjer zdjął z marmurowej płyty jakąś butelkę z wiszącą u niej gumową piłką i zaczął mi sikać w twarz. Otwarłem oczy i uśmiechnąłem się beznadziejnie. Obtarł mnie, a potem tłumaczył mi szeroko, co i jak i dlaczego.

– Muszę ostrzyc najpierw zupełnie krótko. Potem trzeba codziennie zaczesywać włosy do góry. Szczotką.

Pytał, czy mam taką szczotkę. Dałem znak głową, że mam. Gdybym nie miał, on mógłby mi taką szczotkę sprzedać. Pokazał nawet, jak ona wygląda. Chwalił ją, że bardzo dobra i bardzo tania. Spytał jeszcze raz, czy przypadkiem nie zmieniłem zdania. On i teraz jeszcze jest gotów sprzedać mi tę szczotkę. Nawet dobrze byłoby włosy smarować. Codziennie trochę. Na przykład takim olejkiem. Albo taką brzozową wodą. Bardzo dobra i niedroga. Pytał, czy ma zapakować jedną buteleczkę. Małą czy dużą. Na wszystko dawałem znaki przeczące. Nie chciałem już niczego. Chciałem tylko wyjść nareszcie z tej budy fryzjerskiej, wybiec z miasta i za miastem położyć się na jakimś trawniku i płakać, i ryczeć, i drapać, i kopać, albo uklęknąć i błagać Pana Boga, aby tego fryzjera ziemia połknęła.
Fryzjer widział, że nie zrobi ze mną żadnego interesu, więc śpiesznie skończył strzyżenie, zdjął ze mnie ów fartuch, przejechał dwa razy szczotką po ubraniu i rzekł:

– Pan płaci: trzydzieści fenigów za strzyżenie i dziesięć za wodę kolońską. Razem: czterdzieści fenigów.
– Za wodę kolońską? Nie chcę wody kolońskiej!
– Nie może pan nie chcieć. Już pan wziął. Posikałem panu twarz, gdy się panu słabo robiło.
– Ach, tak! Niech będzie. Płacę.

Wyskrobałem z kieszeni wszystkie pieniądze. Było akurat czterdzieści fenigów. Zapłaciłem i wyszedłem.

– Do widzenia! – powiedziałem wychodząc, ale w duchu sobie pomyślałem, że nigdy już moja noga nie stanie w tym zakładzie fryzjerskim

W domu natknąłem się najpierw na Alfonsa. Chciałem go wyminąć, ale on przyczepił się do mnie, zdjął mi czapkę z głowy, i rzekł:

– Pokaż tego jeża!

Oblałem się rumieńcem, potem zacząłem mu tłumaczyć:

– Widzisz, fryzjer radził, żeby… – i powtórzyłem mu wszystkie rady fryzjera, nawet o olejkach i wodzie brzozowej.
– Olejki? Phi. Żeby śmierdziało w całej chałupie!
– Ja też żadnych nie kupiłem. Nie chcę, żeby śmierdziało w całej chałupie.

Matka przywitała mnie trochę inaczej.

– A! Jest mój Janek! OOO! Co widzę? Był u fryzjera! Patrzcie, patrzcie! Pięknie cię ostrzygł! Akurat tak, jak mnie się podoba. A ja myślałam, że każesz się ostrzyc na jeża.
– Na jeża? – spytałem podejrzliwie wpatrując się matce w oczy
– Nic bych tam na to nie powiedziała. Na jeża też nie brzydko.
– Kiedy wam się tak podoba, to na drugi raz każę ostrzyc się na jeża.

W szkole też przywitały mnie różne kpiny. Ale nie to było najgorsze. Najtrudniejsze było to czekanie.

– Boże! – wzdychałem – Cztery tygodnie! Nie doczekam chyba tych czterech tygodni.

Ale nie było innej rady. Trzeba było czekać. Codziennie po kilka razy brałem szczotkę, taką zwyczajną szczotkę do ubrań i szczotkowałem głowę, żeby włosy przyzwyczajały się stać na jeża.
Po czterech tygodniach wróciłem z miasta z głową ostrzyżoną na jeża. Marzenia moje spełniły się. Ideał został osiągnięty. Paradowałem po wsi z moją nową fryzurą bez czapki, żeby wszyscy mogli ją podziwiać. Lecz ludzie są okropni. Są źli. Są głupi. Są zazdrośni. Są dokuczliwi! Zamiast zachwycać się moim uczesaniem na jeża, zaczęli pokpiwać sobie z mego jeża. Ktoś wymyślił szkaradny dwuwiersz:

– On mieszka koło fary, bo ma sztyjhary!

Ten dwuwiersz prześladował mnie przez kilka tygodni. Uparłem się jednak i trwałem wiernie przy swoim ideale. Przeciwko szermierzom szkaradnym dwuwierszem wymyśliłem jeszcze szkaradniejszy.

– Byle chachary, nie mogą mieć sztyjhary.

Powoli ludzie przyzwyczaili się do mojego jeża. Patrzeli na niego, jak na zwyczajną rzecz. A po kilku latach nawet ja sprzeniewierzyłem się “jeżowi”. Pewnego dnia rzekłem do fryzjera, już po polsku:

– Proszę mnie ostrzyc na jeża… Nie! Przepraszam! Pomyliłem się. Proszę mnie ostrzyc o tak, zwyczajnie, półkrótko.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button