Proszę ustąpić pani miejsca!

Trzydziesta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Praca w kopalni przeszła moje ciche obawy. Kopalnia nie pytała ani o lata, ani o siły, ani o zdrowie. Kopalnia miała tylko jedno żądanie:
– Rób!
To żądanie dochodziło do moich uszu w najrozmaitszej formie.
– Prędzej, prędzej tam! – to była forma łagodna.
– Rób, rób, pieronie! – to była forma mniej łagodna.
– Nabiera na tę łopatę jak aptekarz! – to była forma zjadliwa.
– Będziesz się tam prędzej ruszał, ty pieroński śpikolu! – to była forma przygnębiająca.
A było tych form jeszcze setki. Wszystkie streszczały się w jednym słowie:
– Rób!
Pewnej soboty miałem nocną szychtę. Pracowałem od dziesiątej w nocy do szóstej rano. Niedużo: tylko osiem godzin. Pracowałem w przodku, w zastępstwie kogoś, który zabrał, czyli nie przyszedł do pracy.
– Ty! Ty pójdziesz dziś szleprować! Za ładowacza! Nie mam tam kogo dać! – powiedział do mnie starszy górnik.
Poszedłem.
– A łopata kto za tobą poniesie? – przygadał mi górnik szpetnie.
Wziąłem łopatę. Była duża jak wielka miednica w domu, tylko że miała kształt serca. Ciężka była. Przerzuciłem ją sobie przez ramię.
– Jużeś to kiedy ładował w przodku? – spytał drugi ładowacz, chłop dwa razy większy ode mnie, o muskułach atlety.
– Nie jeszcze! – odpowiedziałem skromnie.
– A kiedyś ostatni raz płakał?
– Nie pamiętam.
– Dzisiejszy płacz zapamiętasz sobie na całe życie!
– Czemu?
– A cóż to myślisz? Myślisz, że będę za ciebie robił? Czterdzieści wózków musimy oddać. Pamiętaj: czterdzieści. Czterdzieści wózków to jest czterdzieści ton. Ja dwadzieścia, ty dwadzieścia.
Łopata w kształcie serca przygniatała mi ramię. Mowa mojego towarzysza i wspólnika pracy przygniatała mi serce. Doszliśmy do przodku.
– Dalej, chłopcy do roboty! Wybierzcie jeno ten węgiel, co wam zostawili! – poganiał rębacz.
– Zrzuć, maluśki, koszulę, bo ci będzie zawadzać przy robocie!
Zrzuciłem koszulę. Zapiąłem mocniej pasek koło spodni.
– Idź po wózek! A gibko!
Poszedłem po wózek. Przypchałem go do przodku. Z trudem. A był przecież próżny.
– Tam sobie stań, z tej strony, bo ja nie umiem rzucać z prawej ręki.
Stanąłem po drugiej stronie.
– Na co czekasz, pieronie? Ciep!
Splunąłem w garście. Uchwyciłem łopatę. Wbiłem ją w węgiel. Nabrało się dość dużo. Obejrzałem się na wózek, by odmierzyć okiem odległość i odpowiednio natężyć siły.
– Patrzcie jeno! Ile to nabrał na tę łopatę! Jakby mu tam kto napluł! Patrz, tak się nabiero!
Wbiłem łopatę głębiej. Nabrałem więcej. Podniosłem. Rzuciłem. Jakoś mi się w pewnym momencie przechyliła łopata. Węgiel poszedł szerokim rzutem. Część uderzyła w żelazną ścianę wózka. Rozprysnęła się i spadła koło wózka.
– Ślepyś? Nie widzisz wózka? Myślisz, że będę za tobą zbierał? Ciep porządnie.
Pozbierałem rozsypany węgiel. Wrzuciłem go do wózka. Zacząłem rzucać dalej.
Odległość do wózka stawała się coraz większa. Aby dorzucić do wózka węgiel, musiałem podejść krok, czasem dwa z łopatą.
– Jak tak będziesz gonił tam i nazad, to ani pięć wózków nie naładujesz! – gromił mnie towarzysz. -Machnij no mocniej, a nie goń tyle.
Próbowałem mocniej machnąć. Nie dorzuciłem. Węgiel spadł przed wózkiem.
– Co to za pierońsko ślamazara! – złościł się. – Na słoną wodę nie zarobimy!
Starałem się jak mogłem, by zadowolić wspólnika pracy i zarobku.
– Dość już tego! Nie widzisz, że pełny? Pójdź tu! Pociśniesz ze mną! Pokażę ci, gdzie, co i jak!
Wózek należało zacisnąć dość daleko. Jakie trzydzieści metrów. Tam rozdwajał się tor. Na jednym, na lewym, należało gromadzić pełne wózki. Na drugim, na prawym, stały próżne wózki. Stamtąd należało wziąć próżny wózek i przypchać go do przodku.
– Spamiętaj sobie, co i jak, bo z następnym wózkiem pojedziesz sam!
Pot lał mi się z czoła. Plecy miałem mokre. Drugi wózek był pełny.
– No! Na co czekasz! Jedź! A gibnij się, bo czasu szkoda!
Wparłem się piersiami w żelazny wózek. Wózek drgnął, ale niewiele ruszył z miejsca. Odwróciłem się. Wparłem się w niego plecami. Coś zatrzeszczało pod kołami. Wózek ruszył. Ale moje muskuły naprężone były do ostateczności. Żyły napełniły się krwią i nabrzmiały.
– Nie nadymaj się tak, pieronie, bo pękniesz! – drwił wspólnik.
Wózek posuwał się powoli naprzód. Odjechałem już taki kawał od przodku, że straciłem z oczu lampę wspólnika. Wtem trach! Wózek wyskoczył z szyn. Obszedłem go wkoło, poświeciłem, obejrzałem. Wszystkie cztery koła zeskoczyły z toru.
– Tego jeszcze było potrzeba! Ach, Boże! Wspomóż!
Próbowałem najpierw z jednej strony podnieść wózek tak, żeby jedna para kół wróciła na tor. Zapierałem się tak i siak. Nic. Otarłem pot brudnym rękawem. Splunąłem w garście. Próbowałem podnieść wózek drugim końcem. Daremnie. Byłem u kresu sił. Fizycznych i duchowych. Rozpacz wlewała mi się w serce.
– Przecież nie pójdę prosić go o pomoc! – pomyślałem.
Czyniłem dalsze wysiłki wsadzenia wózka z powrotem na tor. Nic.
– Hej! Co tam robisz tak długo? Spać się położyłeś? – krzyczał z przodku wspólnik.
– Wózek się wykoleił! – odkrzyknąłem mu w tej nadziei, że może przyjdzie pomoc.
– To go dźwignij i postaw na szyny!
– Dźwigam. Nie idzie!
Z przodku dolatywało do mnie jakieś piorunowanie z siarczystymi. Po chwili ujrzałem zbliżające się światełko. Poświecił, popatrzał.
– Pieronie, coś ty zrobił z tym wózkiem!?
– Nic. Sam wyskoczył.
– Nie fanzol! Chwytaj tu! Dźwigaj! Ho-ruk!
Wózek podniósł się, nawet dość wysoko, ale koła nie stanęły jeszcze na szynach.
– Stań sobie tu! Z boku! Jak podniosę wózek, to ty go mocno pchaj na szyny. Rozumiesz?
– Rozumiem.
– No to dalej! Ho – ruk! No już! Pchaj! Pchaj!
– Pcham, ale nie idzie.
– Do mamy – piersi cyckać! A nie do kopalni! Co ja tu mam z takim dzieciakiem począć? Jeszcze raz! Ale jak mi teraz nie wepchniesz wózka na szyny, to ci ręce i nogi połamię! No! Już! HO – ruk!!
Wózek wskoczył jedną stroną na tor.
– Masz szczęście! Bo już by cię byli wieźli do szpitala! Teraz drugą stronę. Na bok! Nie zawadzaj!
Uchwycił rękami za górny brzeg wózka, stopę lewą oparł na buforze, potem zawiesił się całym ciężarem ciała i wózek powoli unosił się drugim końcem w górę. Potem lekko naprostował wózek i opuścił na szyny.
– Widziałeś? Tak się to robi!
– Widziałem. Zrobię to samo za pięć lat!
– Jedź, jedź! Nie mądruj!
Zapchnąłem szczęśliwie pełny wózek i przywiozłem nowy, próżny.
– Już mamy szczęśliwie dwa wózki. Jeszcze trzydzieści osiem!
Myśl o tym wysiłku, który mnie jeszcze tej nocy czekał, była przerażająca.
– Nie wytrzymam do końca szychty. Jeśli nie padnę trupem z wysiłku, towarzysz mnie chyba sam zabije.
Wspólnik nie darował ani jednego wózka. Musieliśmy odstawić ich czterdzieści.
Po odwiezieniu ostatniego wózka ledwo dowlokłem się do szybu, by windą wydostać się na powierzchnię. Szedłem jak połamany. Wszystko, dosłownie wszystko mnie bolało. Ale łez nie pokazałem.
– Ten maluśki jest słaby, ale twardy!
– Powiedziałeś, że dzisiejszego płaczu nie zapomni, a on wcale nie zapłakał!
– Ambit ma!
W łaźni okąpałem się i zimnym prysznicem obudziłem w sobie resztki sił. Poszedłem do domu. Normalnie maszerowałem godzinę. Dziś nie dłużej. Spieszyłem się, bo chciałem zdążyć na ranną mszę św. Przecież to już była niedziela.
– Przebiorę się prędko i pójdę zaraz na mszę św. Po mszy św. położę się i będę spał aż do następnego rana.
Wszedłem do zakrystii. Jako były ministrant miałem tam jeszcze pewne przywileje. Spodziewałem się znaleźć tam jakiś kącik do siedzenia. Obawiałem się bowiem, że nie ustoję przez cały czas nabożeństwa. Rzeczywiście ławka pod oknem była wolna. Usiadłem sobie w samym kąciku. Po niezwykłym wysiłku w ciągu nieprzespanej nocy uważałem ten odpoczynek w kąciku na ławie w zakrystii kościelnej za zupełnie zasłużony. Nie przyszło mi nawet na myśl, aby ktoś mógł mnie z tego miejsca usunąć. Miejsca koło mnie zajęły różne osoby.
Po drugim dzwonieniu wpadł do zakrystii ksiądz proboszcz, ubrał się w liturgiczne szaty i wyszedł z ministrantami do ołtarza. Zagrały organy.
Do zakrystii weszły jeszcze dwie kobiety: czcigodna matka księdza proboszcza i jakaś jej znajoma. Pierwsza miała w zakrystii stałe miejsce. Wszyscy o tym wiedzieli i nikt jej tego miejsca nie zajmował. Natomiast druga pani, kobieta koło trzydziestki, rumiana, świeża, nie miała już miejsca. Rozejrzała się dyskretnie po zakrystii. Stwierdziwszy, że nie ma już wolnego miejsca, stanęła sobie z boku. Spojrzałem ku niej.
– Pani. Prawda, że pani – pomyślałem. – Należałoby ustąpić jej miejsca. Zrobiłbym to chętnie w każdym innym dniu, tylko nie dzisiaj. Dzisiaj jestem tak zmęczony, że jeśli podniosę się z tej ławki, to chyba wywrócę się z osłabienia i zmęczenia.
Mateczka księdza proboszcza podniosła się z kolan po wstępnym pokłonie Panu Bogu. Spostrzegła, że jej znajoma stoi. Rozejrzała się. Ujrzała mnie w kąciku. Bez namysłu podeszła do mnie i rzekła tak głośno, że musieli to wszyscy w zakrystii słyszeć.
– A to co? Panie muszą stać, a taki młody kawaler siedzi? Proszę zaraz ustąpić tej pani miejsca!
Z największym wysiłkiem pozbierałem swoje kości, które nie chciały jakoś trzymać się razem, wstałem i odszedłem w przeciwny kąt, pod schody. Milczałem. Cóż miałem powiedzieć? Przecież byłem w kościele. Przy ołtarzu odbywała się Najświętsza Ofiara. Próbowałem stłumić w sobie uczucia, które nagle zaczęły wzbierać w moim sercu:
– To niesprawiedliwość! To krzywda! To krzywda do nieba o pomstę wołająca! Mnie, który spędził całą noc bezsennie, który całą noc harował jak koń ponad swoje siły, który ledwo trzymam się na nogach i prawie omdlewam ze zmęczenia, mnie każą ustąpić miejsca tej pani. Tej pani, która spała sobie wygodnie całą noc, która ma sił kilkakroć więcej ode mnie, która i tak tych sił nigdy nie nadwyręża, tej pani musiałem ustąpić miejsca. I kościół się nie zawala? I ziemia nie pęka? I Pan Bóg nie odzywa się z nieba, czy od ołtarza? Niesprawiedliwość to i krzywda o pomstę do nieba wołająca!
Ukląkłem w kącie pod schodami. Ciało chwiało się i groziło upadkiem. Usiadłem na piętach. Ulżyło mi, ale tylko na chwilę. Ciało na nowo zaczęło się chwiać. Przysunąłem się bliżej do ściany. Oparłem się o nią. Znowu ulga. Maleńka. Na krótką chwilę. Potem w oczach zaczęło robić się ciemniej. Przyszło mi na myśl, że gdybym w tej chwili zwalił się z hukiem na podłogę i zemdlał, natychmiast owa pani zrobiła by mi miejsce. Zostałbym zrehabilitowany. Ale coś we mnie burzyło się przeciwko takiemu zakończeniu. Nie. Nigdy! Nie mogę zemdleć! Muszę wytrwać! Nie mogę dać poznać po sobie, że jestem tak bardzo zmęczony. Wytrwałem w kopalni, wytrwam i w kościele. Chciałem przecież zastąpić ojca. Muszę go zastąpić. Zastąpić godnie! I ojciec ustąpiłby miejsca tej pani.
– Ojcze! Ojcze nasz, któryś… – z ogromnym wysiłkiem, ostatnim wysiłkiem pchnąłem jeszcze myśli ku Ojcu. – …I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom… Czy czcigodna matka księdza proboszcza i jej znajoma są względem mnie winowajcami? Są i nie są. Sam nie wiem… I nie wódź nas na pokuszenie. Gdyby były winowajcami, odpuszczam im. Odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią!
Sen zwalił się na mnie całym swoim ciężarem. Nie mogłem już głowy podtrzymać prosto. Opadła, uderzyła czołem w szafę. Szafa jęknęła. Ktoś obejrzał się, ale nikt nawet nie domyślił się, co się ze mną dzieje.
– Byle nie zasnąć! Byle wytrzymać do końca mszy św.! Wytrzymać!
Do książki nie patrzałem. W kącie było ciemnawo, a oczy moje słabe. Powieki opadały wciąż! Wciąż je na nowo podrywałem. Modlitwa rwała się w strzępy. Strzępy modlitwy plątały się z chęcią złorzeczenia tym ludziom, którzy wymyślili tak głupią, tak niesprawiedliwą zasadę, że paniom należy ustąpić miejsca. Powinni byli ułożyć do tej zasady komentarz. Powinni byli ustalić wyjątki, w których zasada ta przestaje obowiązywać. Ale ludzie są głupi. Nie wiedzą, co czynią. Odpuść im, Panie, bo nie wiedzą, co czynią.
Nareszcie zrobił się ruch w zakrystii. Potem zrobiło się jakoś ciaśniej. To ksiądz i ministranci wrócili od ołtarza. Ofiara skończona. Święta Ofiara i moja ofiara. Mogę już wyjść.
W domu prędko zrzuciłem z siebie ubranie i wlazłem do łóżka.
Matka budziła mnie do śniadania, do obiadu i do wieczerzy. Podobno wcale nie otwarłem oczu. Ale szarpany za ramię odpowiadałem:
– Proszę, już ustępuję miejsca tej pani!
W poniedziałek rano, o zwykłej porze, kiedy zegar wskazywał godzinę czwartą minut piętnaście, matka szarpała mnie znowu za ramię i pytała:
– Janku! A pójdziesz do dzisiaj do roboty, czyś chory?
– Co? Co? Chory? Kto jest chory?
– Może ty jesteś chory i nie możesz iść do roboty? To zostań sobie w domu, zostań!
– A która godzina?
– Piętnaście po czwartej.
Krótki wysiłek myśli, a potem okrzyk:
– Wielki czas! Trzeba wstać! Muszę iść do pracy! Ojca zastąpić!
Ostatnie dwa zdania krzyczała już tylko sama myśl, bez udziału warg.



