Blog

Rybniczanie w Auschwitz

Krótka historia dla twardzieli lub tych, którzy się za takich uważają.

Przyjaciel mój – Ś+P Pan Norbert – miał teścia, który do Rybnika przybył zaraz po Plebiscycie z Koźla. Podczas I wojny światowej ten dzielny człowiek służył w niemieckiej marynarce jako bosman i był na tyle silnym człowiekiem oraz bitnym żołnierzem, że znalazł posłuch wśród swoich podkomendnych jak i uznanie dowództwa – został nawet odznaczony Żelaznym Krzyżem. Nie chciał jednak Niemcom służyć i wybrał Polskę. Wiele lat minęło, zmieniły się realia, przyszli Niemcy ze swastykami, którzy jego wybór uznali za zdradę. Aresztowany z początkiem wojny tej światowej już drugiej. Martyrologia śląska jakich wiele – aresztowanie, gestapo, więzienie, by w Auschwitz zostać jednym z pierwszych numerów… Miałem i ja w swej Rodzinie jeden z początkowych numerów z tamtego KL obozu- mąż siostry mojego dziadka, przedwojenny Inżynier Stefaniszyn. Przeżył Walec Śmierci. Nie wiesz co to takiego? Auschwitz był budowany przez Niemców rękoma polskich więźniów. Rękoma? Życiem Polaków. W tym i tych ze Śląska – blisko mieszkających. Walec Śmierci polegał na ubijaniu terenu takim ciężkim, żelaznym walcem ciągniętym przez więźniów. Jak któremu sił nie starczyło i nie wytrzymał, to pod nim został na zawsze

Inżynier Stefaniszyn jak i bohater tego wpisu – teść Pana Norberta – przeżyli KL Auschwitz. Przy czym sedno mojej opowieści zaczyna się dopiero teraz. Otóż ów teść został pogoniony na Marsz Śmierci. Los zrządził okrutnie, bo esesmani popędzili więźniów przez Rybnik, a ten człowiek przeszedł pod oknami swojego własnego domu. Widział córki krzątające się w kuchni… A teraz pomyśl o czym piszę. Piszę o wyczerpanym człowieku, zmarzniętym i coś więcej niż głodnym. Zaszczutym, obdartym z wszystkiego – zwłaszcza z człowieczeństwa. Od wielu lat nie miał imienia – był numerem. To nie człowiek. Strzęp w łachmanach, niepewny każdej minuty. Autentyczny ludzki śmieć, który widział największe zło, był świadkiem najpodlejszych instynktów ludzkiej natury- nie miał więc prawa w nic wierzyć. I ten Człowiek w Marszu Śmierci, gdzie każdy krok mógł być policzony za ostatni, przechodzi pod oknami ciepła, o którym podczas swej katorgi marzył każdego dnia i zawsze za nim tęsknił, nie mogąc tam wejść, ni z ulicy do okna pomachać… Poszedł goniony krzykiem esesmanów dalej. Bóg i silna wola tego Człowieka sprawiła, że potem wrócił do swego ciepłego domu… Dałbyś radę? Zadaj sobie pytanie, czy dałbyś radę…? Rybnik zna jeszcze inną historię związaną z Marszem Śmierci – jeden z esesmanów zdezerterował i oprócz swego hańbiącego munduru porzucił również psa. Tego owczarka przygarnął potem… były więzień i nauczył go komend po polsku. To tego pokroju byli Ludzie.

Powiązane artykuły

Jeden komentarz

  1. Jak zwykle bardzo ciekawy artykuł, który ukazuje nam niezwykle piękne i nieznane dotąd fakty,oby więcej takich spostrzeżeń przelać na papier i się z nimi podzielić jednym słowem super 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sprawdź także
Close
Back to top button