Skōnd sie wziyno te pierziński chacharstwo?

Tajemnice przeszłości są przed naszymi oczyma tak wyraźne, że aż niewidoczne. Tak jest na przykład ze śląskim pierōnym i zwiazanym z nim pierōństwym – słowo pochodzi od imienia Peruna, słowiańskiego boga gromów, który dotarł na nasze tereny z kultury praindoeropejskiej
Podobnie jest z chacharstwym, czyli zachowaniem typowym dla chacharów. Skąd się wziął chachar? To niewinnie i żartobliwie dziś brzmiące słowo odsyła do prawdziwej grozy, której doświadczył Górny Śląsk pomiędzy 1740 a 1763 rokiem.
Chachar żyje do dzisiaj w pieśni biesiadnej. Któż z nas nie śpiewał przy suto zastawionym stole na urodzinach ciotki, czy ujca:
Starzy ludzie powiadali,
Że chachary wyzdychali,
A chachary żyją
I gorzoła piją
Z góry spoglądają
Wszystko w nosie mają
Słowa chachar występuje w polskich słownikach, a w naszym regionie dodatkowo funkcjonują powstałe od niego formy chacharstwo, schacharzyć się. Chachar pojawia się też w języku kolokwialnym Małopolski i w okolicach Lwowa, czyli terenach dawnego zaboru austriackiego, co jest znaczące dla poniższych wyjaśnień. Słowo chachar oznacza łajdaka, łobuza, nicponia, pijaka i każdego spod ciemnej gwiazdy. Chacharstwo jest działaniem powyżej wymienionych a schacharzyć się, to tyle co zdegenerować. Źródło słowa jest węgierskie. Hóhér oznacza w tamtym języku kata i zbója. Skąd się pojawiło na terenie Górnego Śląska i zaboru austriackiego? Stało się tak za sprawą oddziałow pandurów, austriackiej formacji wojskowej składającej się z największych zbirów epoki z terenów Węgier i Chorwacji, jak również innych oddziałów węgierskich. Formacja pandurów ta została założona przez węgierskiego arcyłotra Franza von Trencka (1711-1749) i służyła Marii Teresie (1717-1780), królowej Austrii w walkach z Prusami o Śląsk w XVIII wieku. Zachowane do dziś słowo chachar każe przypuszczać, że węgierskie (i chorwackie) okrucieństwo było podczas tych wojen ponadprzeciętne, choć pruskie niewiele pozostawało w tyle i być może ludzie z czasem przestali odróżniać oddziały pruskie od austriackich.
Wojny śląskie pomiędzy Austrią a Prusami trwały z przerwami od 1740 do 1763 roku – przeszło dwadzieścia lat. Agresorem był Fryderyk Wielki (1712-1786) i to on ostatecznie wojny te wygrał, sprawiając, że cały Śląsk przestał być austriacki a stał się pruski. Włączenie naszego regionu do królestwa Fryderyka Wielkiego było źródłem nowego bogactwa zwycięzcy i dalszego wzrostu jego potęgi. Pod koniec II wojny śląskiej pruski władca dysponował już na tyle pokaźnym bogactwem, że rozpoczął budowę letniej rezydencji w Poczdamie. Potrzebował małego raju na ziemi w którym mógłby uciec od trosk. Rezydencję, budzącą po dziś dzień zachwyt odwiedzających, nazwał z francuska Sanssouci, czyli beztroską. W tamtym czasie na Śląsku ludzie cierpieli z powodu naporu pruskiej armii a na domiar złego, nie mogli liczyć na wsparcie wojsk austriackich, bo w ich skład w wchodzili najgorsi okrutnicy wprawieni w walkach na pograniczu austriacko-tureckim.
Kronikarz opactwa cystersów w Rudach, August Potthast, pisze o Prusakach na Śląsku tak:
Wszystkich katolików Fryderyk Wielki traktował początkowo jako swoich naturalnych wrogów i ciężko dał odczuć swoją niełaskę. Pierwszą kontrybucję wojenną w wysokości 3 milionów guldenów mieli oni pokryć niemal sami. Kontrybucje ściągano nie tylko w gotówce, lecz również w mieniu.
W Rudach pierwsi pruscy żołnierze zjawili się 29 marca 1741 roku a wraz z nimi wielkie kłopoty. Prócz kontrybucji (…) nakazano klasztorowi natychmiast wysłać do Nysy 12 tysięcy guldenów, sumę, którą na wiele próśb i z powodu niemożliwości zgromadzenia w końcu zmniejszono do 8 tysięcy guldenów. Dostaw owsa i innych rzeczy do różnych miejsc nie sposób policzyć.
Kontrybucje pruskie dotyczyły również miast i wsi. W wypadku niewywiązania się z opłat obce wojska paliły zabudowania – regułę tę określano jako Bransteuer, czyli wypalne. Mieszkańcy podraciborskiego Tworkowa nie mieli żądanej przez Prusaków kwoty, więc 5 lutego 1743 roku ich miejscowość spłonęła. Wieść musiała rozejść się po okolicy i wzbudzić dający się spieniężyć strach, bo rok później, poddani temu samemu szantażowi, mieszkańcy Cieszyna zapłacili Prusakom dwa tysiące florenów ratując w ten sposób swoje domostwa. Rudzki kronikarz pisał:
Brutalni żołnierze agresora, rozpaleni nienawiścią religijną, dopuścili się w owe dni strasznych okrucieństw i tylko dzięki stanowczym środkom udało się uwieńczonemu zwycięstwem zdobywcy fanatyzmowi temu położyć kres.
August Potthast łagodzi nieco osąd pruskich rozbojów – pisał wszak będąc już poddanym państwa niemieckiego, które gloryfikowało dokonania Fryderyka Wielkiego.
Rudzcy cystersi płacący kontrybucje i utrzymujący pruskie wojska i tak mogą mówić o sporym szczęściu. Los raciborskich franciszkanów i dominikanów był o wiele gorszy, bo nie dość, że zmuszono ich do zapłacenia kontrybucji oraz utrzymania oddziałów, to wielokrotnie nad niektórymi się znęcano. Jednym z najbardziej okrutnych pruskich dowódców podczas wojen śląskich był francuski protestant, Heinrich la Motte (1698-1774). Stacjonując w Raciborzu, postanowił wziąć zakonnych zakładników i przetrzymywać ich w niewoli do czasu zapłacenia kontrybucji przez ich przełożonych. Heinrich la Motte kazał dwóm raciborskim duchownym maszerować razem z wojskiem z Raciborza do Głubczyc przez 17 dni, pozwalając jego żołnierzom na ich poniżanie. Zakonnicy podczas siedemnastodniowego marszu nie dostawali nic do jedzenia. Kiedy Heinrich la Motte wraz ze swoimi oddziałami znalazł się na Morawach, kazał spalić miejscowość Mistek, gdzie mieszkańcy odmówili płacenia kontrybucji. Pruski oficer awansował z czasem na stopień generała i zarządzał twierdzą w Kłodzku, gdzie kazał powiesić księdza. W 1760 roku pod Kamienną Górą przegrał bitwę z Austriakami i dostał się do niewoli z której go zwolniono. Resztę życia spędził w wózku inwalidzkim swoim majątku w Brandenburgii. Fryderyk Wielki uważał go za jednego z najbardziej zaufanych generałów.
Rudzki kronikarz pisze również o oddziałach austriackich, które przystąpiły do kontrofensywy:
23 grudnia 1744 roku wkroczył do Rud węgierski marszałek Esterhazy. 16 listopada 1745 roku królewskie oddziały pruskie które przedtem wycofały się pod naporem nieprzyjaciela, stanęły znowu w Rudach, jednak 8 dni później ponownie wyruszyły, po czym natychmiast nadciągnęli Węgrzy i przebywali tu do 5 stycznia 1746 roku. Z powodu tego włóczenia się drogi były nadzwyczaj niebezpieczne.
Pisząc o włóczeniu się wojsk i niebezpieczeństwie autor rudzkiej kroniki w gruncie rzeczy milczy na temat okrucieństw jakie wtedy miały miejsce. Zdesperowana Maria Teresa Habsburg (1717-1780) walcząc z Fryderykiem Wielkim uciekła się do pomocy oddziałów węgierskich i pandurskich. Te ostatnie składały się z najgorszego rodzaju okrutników z Węgier i Bałkanów. Ludzie ci walczyli na pograniczu austriacko-tureckim i słynęli z niezwykłej mobilności, skuteczności ale również rozbojów, kradzieży, morderstw i gwałtów. Wojska te w naszym regionie były całkowicie bezkarne przez kilka lat. Ślady tej bezkarności są obecne w urodzie i genach mieszkańców Górnego Śląska. Twórca oddziałów pandurskich był baron Franz von der Trenck (1711-1749) – Chorwaci do dzisiaj uważają go za inspirację oddziałów specjalnych. Słowo pandur funkcjonuje współcześnie w Austrii jako nazwa wozu bojowego, a na polsko-czeskim pograniczu – jako nazwa wyuzdanego i bezwzględnego rozbójnika. Franz von der Trenck był człowiekiem nieposkromionej gwałtowności. Pewnego razu sam zaatakował oddział turecki i wracając miał do pasa przytroczone trzy głowy swoich wrogów. Podczas procesu sądowego potrafił wyrzucić przez okno swojego adwersarza. Niewiele brakowało a porwałby w czasie bitwy Fryderyka Wielkiego i historia potoczyłaby się być może zupełnie inaczej. Z takim charakterem baron musiał się szybciej, czy później narazić na wrogość w swoim otoczeniu. Maria Teresa kazała go aresztować i najprawdopodobniej otruć. Baron przed śmiercią chyba się nieco zmienił, bo przeznaczył spore kwoty dla kapucynów w Brnie w zamian za modlitwy o zbawienie jego duszy po śmierci. Mnisi przekonali być może do naprawy szkód, bo Franz von der Trenck przed śmiercią przeznaczył 30 tysięcy florenów dla mieszkańców rumuńskiej miejscowości Feldioara, którą niegdyś jego żołnierze doszczętnie złupili. Barona pochowano w klasztorze kapucynów w Brnie – jego zmumifikowane zwłoki można tam oglądać po dziś dzień.
Przełożonym barona podczas wojen śląskich był Joseph Esterhazy de Galanta (1682-1748) marszałek polny austriackiej władczyni. Reprezentował on jeden z najpotężniejszych rodów węgierskich. Jedna z jego siedzib znajduje się w austriackim Eisenstadt niedaleko Wiednia i nadal do rodu należy. Syn kuzyna marszałka, Miklós Esterhazy (1714-1790) zatrudniał tam na swoim dworze przez 30 lat kompozytora i muzyka, Franza Josepha Haydna (1732-1809), zapisując się w ten sposób jako mecenas kultury europejskiej. Do dzisiaj nikt nie policzył, jaka część pieniędzy Esterhazych pochodziła z czasów wojen śląskich.
Miklós Esterhazy, podobnie jak jego krewny, również został marszałkiem polnym władców Austrii i i wraz ze swoimi oddziałami w roku 1772 zrealizował decyzję Marii Teresy o rozbiorach Polski. Władczyni Austrii weszła wcześniej w porozumienie ze swoim dawnym wrogiem, Fryderykiem Wielkim i dała się przekonać do rozumnego poglądu, że zabieranie cudzej własności ma sens. Władczyni Rosji również pogląd ten podzielała. Tereny Polski, które zajął Miklós Esterhazy, weszły w skład Austrii.
Dokładnie tej samej Austrii, którą sto lat wcześniej ocalił Jan III Sobieski przed Turkami, ale to jest temat na zupełnie inną opowieść o tych, którzy uparcie, wbrew faktom i rozumowi, na własną szkodę zakładają, że na świecie nie ma drapieżników a historia nie jest połączeniem kryminału z horrorem i można bezpiecznie się opalać na leżaku we własnym ogródku, ciesząc się aromatyczną wonią grillowanych kiełbas i orzeźwieniem zimnego piwa. Nie można tego robić, bo chachary, zwłaszcza te, które które mają władzę żyją, z góry spoglądają i w nosie wszystkich mają. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, że tak jest, to niech zajrzy do codziennych wiadomości z Polski i ze świata.



