Historia

Strzelające żabki

Część trzecia wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej

– Ty, ty, chodź no tu! Pokażę ci coś.

Na chodniku, przy drodze stał mój rówieśnik sześcioletni i coś tam pod osłoną marynarki manipulował.

– Chodź no tu! Chodź! Nie bój się! – wzywał mnie nie patrząc ku mnie. Podszedłem bliżej.
– Uważaj! – krzyknął i coś rzucił mi pod nogi. W palcach trzymał jeszcze palącą się zapałkę.

Paff! – coś strzeliło mi pod nogami. Ledwo zdążyłem przerażony odskoczyć, już w innym miejscu wystrzeliło, znowu gdzieś w pobliżu mnie. Odskoczyłem znowu. A to coś znowu: Paff! – i tak po kilka razy. Gdy ochłonąłem nieco, zapytałem:

– Co to było?
– Nie wiesz, głupi? To strzelające żabki!
– Pokaż, jak to wygląda?

Miał jeszcze jedną. Pokazał mi ją. Na pozór nic nadzwyczajnego. Jakaś rurka papierowa, połamana w harmonijkę i związana. Z jednego końca rurki zwisał krótki loncik.

– Widzisz, tu ten loncik trzeba podpalić i potem rzucić. Wtedy żabka zaczyna strzelać i skakać.
– Dlaczego? – zapytałem naiwnie.
– Dlaczego? Nie wiesz?
– Nie.
– Toś głupi.

Zaczerwieniłem się na tę obelgę. Ale wnet uznałem, że ocena była słuszna. Przecież rzeczywiście nie wiedziałem, dlaczego ten związany papierek podpalony strzelał i skakał.

– Głupi jestem. Nie wiem, dlaczego to strzela i skacze. A ty wiesz?
– Wiem.
– No to powiedz!
– Bo tam jest proch!
– Proch?
– No proch.

Wbił mi klin do głowy. Pobudziło mnie to do zastanawiania się.

– Jaki proch? Co za proch? Przecież nie taki zwyczajny proch. To musi być widocznie jakiś taki proch, co tak strzela. Nie pytałem więcej rówieśnika. Raz dlatego, że mnie wstyd hamował, a po drugie dlatego, że rówieśnika już nie było. Czmychnął ku jakiejś gromadce dzieci. Coś im mówił, potem coś rzucił, potem coś zaczęło strzelać i skakać, a dzieci zaczęły piszczeć, uciekać, chować się jedno za drugie.

Przypatrywałem się tej scenie przez chwilę, potem ruszyłem w dalszą drogę ku domowi. Droga prowadziła pod dość pochyłą górę. Z tej góry w zimie zjeżdżało się sankami jak wicher. Z tej góry rowerzyści jechali jak opętani, że jeno poły marynarki trzepotały na wietrze. Szedłem pod górę podskakując. Skacząca i strzelająca żabka nie chciała mi wyskoczyć z głowy. Byłem nią cały pochłonięty. Wyobrażałem sobie, że oto rówieśnik znowu rzucił mi żabkę pod nogę. Tu wystrzeli, tam wystrzeli. Paff, paff!! Podskakiwałem, odskakiwałem to w lewo, to w prawo, to naprzód, to w tył. Jak taki niesforny koziołek. Nagle coś olbrzymiego zaczerniło się przede mną. Ułamek sekundy później to coś uderzyło we mnie z całą siłą, odrzucając mnie o parę metrów i rzucając na ziemię.

– Pierrrroński snoplu!!! – krzyknął ktoś niedaleko ode mnie.

Spojrzałem w tę stronę i rozpoznałem leżącego na ziemi rowerzystę. Nie pamiętam już, czy rower leżał na nim, czy on na rowerze. Nie miałem bowiem czasu przypatrzeć mu się bliżej, bowiem w tym samym momencie ogarnęła mnie straszliwa ciemność i wszystko ustąpiło mi ze świadomości. Przestałem po prostu istnieć. Co się dalej działo, tego już nie widziałem. Kiedy otwarłem znowu oczy, leżałem w łóżku. Wokoło łóżka stała zapłakana matka, zatroskany ojciec, wystraszona i ślimtająca siostra, i jakiś pan w okularach.

– Patrzcie, żyje! Otwiera oczy! – krzyknął ojciec.
– Żyje! Chwałaż Ci, Panie Boże! – krzyknęła matka.
– Spokojnie. Jeszcze bardzo osłabiony. Może się przestraszyć – mówił pan w okularach. – Będzie żył, nic mu nie będzie. Ale mogło się źle skończyć.

Pan w okularach wziął od ojca jakieś pieniądze i wyszedł. Po wyjściu tego pana wszyscy okazywali niezwykłą troskliwość. Matka pogłaskała mnie delikatnie po głowie. Jakoś inaczej odczuwałem to głaskanie. Czyżby mnie matka dotykała igłami? Skrzywiłem się.

– Boli cię? – spytała.
– Boli – wyszeptałem, ale nie mogłem sobie uprzytomnić, co się ze mną stało.

Okazało się, że miałem głowę i ręce obandażowane. Obawiano się, że doznałem wstrząsu mózgu, pęknięcia czaszki. Tymczasem skończyło się szczęśliwie na zdarciu skóry na rękach i głowie. Rowerzysta wyszedł ze zderzenia bez ran, ale rower podobno ucierpiał więcej. Przednie koło zwinęło mu się w ósemkę. Ponadto ojciec, rozgoryczony wypadkiem i obawą kalectwa lub śmierci mojej, oskarżył niefortunnego rowerzystę. Świadkowie wypadku zeznali, że rowerzysta nie dzwonił. Gorzej, że w ogóle dzwonka przy rowerze nie miał.
Zanim jednak odbyła się rozprawa sądowa, wylazłem z łóżka, bandaże mi zdjęto, nawet rany zdążyły się zagoić.
Ojciec, stwierdziwszy, że wypadek nie pozostawił nic poważnego, udobruchał się, przy czym stał się tak wspaniałomyślnym, że podarował mi na pamiątkę jakiś pieniądz.

– Kup sobie, co chcesz.

Nie potrzebowałem zastanawiać się długo, co kupić. Pod obitą czaszką skakały mi wciąż jeszcze strzelające żabki niby cudowne jakieś zjawiska.

– Kupię sobie strzelające żabki – zdecydowałem z miejsca.

A gdy wszystkie żabki skończyły swój skaczący i cudowny żywot, wtedy wyrwało mi się z duszy westchnienie przepełnione jednym niezrozumiałym zapewne dla nikogo życzeniem.

– Gdyby mnie tak jeszcze raz przejechał rower…

Ale na tę przyjemność musiałem czekać kilka miesięcy, tylko przy następnej okazji nikt mi już nie dał niczego. Miejsce strzelających żabek zajął w głowie jakiś inny ideał.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button