Historia

Szarlota – dziewczyna z rydułtowskiej hałdy.

Jej historia jest skumulowaną częścią przeszło dwustuletniego wysiłku naszych przodków. Prędzej czy później stanie się atrakcją turystyczną.

Szarlota jest najwyższym sztucznym wzniesieniem w Europie i sięga 403 metrów ponad poziom morza. Kto był na jej szczycie, doznał olśnienia, widząc wokół siebie morze zieleni, Beskidy, Sudety, Bramę Morawską, a czasami nawet Tatry. Tak było z autorem Kajś, Zbigniewem Rokitą:

Z tego szczytu widać cały górnośląski kosmos, Górny Śląsk zielony, gdzie krajobraz tworzy przyroda, i czarny, gdzie tworzy go jej deformacja. Zielony ma swój święty szczyt, Górę świętej Anny, a czarny, historia alternatywna zielonego, ma swoją Szarlotę. O, Szarloto, nasza Góra Tabor, gdzie brud przemienia się w piękno.

Hałda ma swą nazwę i prawie nikt nie wie, co jest jej źródłem. Czas to zmienić.

Szarlota miała upamiętnić nazwę jednej z pierwszych kopalni na naszym terenie, którą była Charlotte Grube, a współczesna kopalnia Rydułtowy-Anna jest jej spadkobierczynią. Charlotte Grube urodziła się w Czernicy w której w 1788 odkryto pokłady węgla, w związku z czym miejscowy właściciel dóbr rycerskich Friedrich von Sack przystąpił do eksploatacji. Miał rozmach, bo 2 lutego 1806 roku zarejestrował dwie kopalnie, pierwszą o nazwie Sack, drugą, na część córki – Charlotte. Na Charlotte Grube w 1809 roku pojawiła się odwadniająca maszyna parowa a nieco później, druga na Górnym Śląsku maszyna wyciągowa sięgająca poziomu 60 metrów. Na terenie Czernicy i Rydułtów powstały z czasem jeszcze inne kopalnie i w 1840 roku wszystkie je skonsolidowano pod nazwą Charlotte. Zmiana nazwy kopalni na Rydułtowy nastąpiła w roku 1945.

Charlotte von Sack (1793-1868) była więc córką pierwszego właściciela kopalni. Szlachcic był pruskim oficerem, protestantem i synem landrata toszeckiego. Charlotte von Sack wyszła za Aloisa Schweinichena (1790-1860), katolika i szlachcica z Łańc w gminie Kornowac, gdzie wraz z mężem zamieszkała w nieistniejącym już dworze. Małżeństwo doczekało się gromadki dzieci i na stare lata przeniosło się do Raciborza. Szczęśliwie dla mieszkańców Czernicy ich miejscowość w roku 1819 odwiedziła przyszła śpiewaczka operowa Therese Devrient, która pod koniec życia spisała swe wspomnienia z lat młodości. Autorka pojawiła się w miejscowości, ponieważ jej brat Franz zarządzał kopalniami Friedricha von Sacka. Therese Devrient miała wtedy 16 lat i spotkała się w Czernicy z rodziną Charlotte von Sack. Jej pamiętniki pozwalają przenieść się w czasie.

Portret Therese Devrient na okładce publikacji z opracowanym fragmentem jej wspomnień z roku 1819

Wkrótce zajechaliśmy pod drzwi prostego domu, zwanego zamkiem. Wyszedł do nas dobrze zbudowany szlachcic, którego Franz przedstawił jako zięcia pana von Sack. Przedstawił się on jako von Schweinichen i pomógł nam wysiąść z powozu (…). Kiedy zdjęliśmy płaszcze, w czym pomagała piękna, zgrabna i młoda pani Schweinichen, gospodyni przedstawiła nam całą rodzinę. Z ogromnym szacunkiem przyprowadziła nas najpierw do swego starego ojca, mężczyzny z srebrnobiałymi włosami i zieloną aksamitną czapką na głowie. Przedstawiła go naszej matce, wymieniając jego imię, po czym staruszek głęboko się ukłonił, co odwzajemniliśmy. Następnie wprowadzono innych krewnych. Na samym końcu pojawiły się cztery wnuczki. Ta uroczysta ceremonia i pełne szacunku zachowanie całej rodziny zgromadzonej wokół najstarszego członka rodziny, wzruszyły nas głęboko i od samego początku wszystkich ich serdecznie polubiliśmy. „Panno Tereso, proszę usiąść obok mego zięcia” – powiedziała do mnie pani von Sack, kiedy zbliżyliśmy się do stołu. „Ho, ho, będę tutaj nazywana panną” pomyślałam w zachwyceniu, czerwieniejąc jednocześnie z zawstydzenia. Przy stole było bardzo wesoło i miło. Podziwiałam w myślach różnorodność wielkich pieczeni i innych potraw mięsnych. Franz chwalił znakomite wino i w ogóle zachowywał się bardzo elegancko, zachwycając całą rodzinę swoim pogodnym nastrojem. Pan von Schweinichen powiedział, że bardzo cieszy się z naszego przyjazdu ze względu na okazję wspólnego muzykowania. Jego entuzjazm wobec muzyki i jego gust wprawiły mnie w najwyższe zdumienie. Znał prawie wszystkie wartościowe utwory. Powiedział mi, że sprowadza do siebie od czasu do czasu organistę, mieszkającego po sąsiedzku, by do później nocy grać i śpiewać. „Ten biedny człowiek jest bardzo uzdolnionym muzykiem i czuje się tutaj osamotniony równie jak ja. Podesłałem mu swojego ogrodnika i myśliwego, by uczył ich muzyki. Obaj, choć nie rozwinęli jeszcze nazbyt swoich umiejętności, pomagają mi kompletować czasem kwartet haydnowski. Polacy mają wielkie talenty, a do pilności wiem, jak ich zmusić” – powiedział uśmiechając się do mnie. (…) Pod koniec posiłku gospodarz dworu kazał sobie podać puchar, który napełnił starym węgierskim winem, po czym wstał. Podniósł go wznosząc piękny toast powitalny. Życząc zdrowia matce, wychylił go do dna. Po chwili napełnił go ponownie do połowy i podał matce siedzącej obok, które zauważyła, że tutaj panuje zwyczaj, by po kolei wznosić toast na cześć jakiegoś gościa przy stole. Moja matka miała przestraszoną minę i powiedziała, że nie potrafi wygłaszać toastów. Pan von Sack zlitował się nad nią i zrobił wszystko, co w tej sytuacji było możliwe, czyli przejął na siebie obowiązek jego wygłoszenia, ale nie mógł zgodzić się na to, by matka nie wychyliła pucharu. Rytuał picia z jednego naczynia był dla naszych gospodarzy formą zawarcia związku przyjaźni z nowo poznanymi gośćmi. Tak więc puchar zaczął krążyć wokół stołu, a nasza nieporadność w wygłaszaniu toastów stała się powodem żartów i radości. Najtrudniejsza w tej sytuacji była konieczność wypicia całej zawartości naczynia, bo pozostawiając wino na jego dnie, można by obrazić gospodarzy. Rytuałowi towarzyszyły żarty i przekomarzania, które kończyły się dopiero wtedy, kiedy ostatnie krople trunku zniknęły z dnia pucharu. Wszyscy byliśmy tak rozradowani, że nikt z nas nie zauważył, kiedy zapadła noc. Żegnając się, musieliśmy obiecać, że będziemy dobrymi sąsiadami, co z radością zadeklarowaliśmy.

Przebudowany w drugiej połowie XIX wieku dwór w Czernicy

Dworski budynek w Czernicy nie zrobił wrażenia na mieszkance Berlina, w przeciwieństwie do jej domowników. Pana Schweinichen uznała za wrażliwego muzycznie, choć nieco zarozumiałego w stosunku do mieszkańców miejscowości. Jego żona wygląda na ucieleśnienie łagodności i dobrych manier. Z danych metrykalnych parafii w Pstrążnej wiadomo, że dwa razy była ona matką chrzestną dzieci czernickiego kowala, Marcina Wieczorka, bezpośredniego przodka autora niniejszego szkicu. Charlotte von Sack zmarła w Raciborzu i spoczywa na nieistniejącym cmentarzu przy ulicy Opawskiej. Żyje z nami nadal w nazwie najwyższej hałdy Europy.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button