To władze Rybnika doniosły na przedsiębiorcę. Ujawniamy kulisy sesji

Teza, którą przez miesiące próbowano zagłuszyć estetycznymi prezentacjami i urzędniczym żargonem, w końcu padła wprost na sali obrad: to nie samowola przedsiębiorcy uruchomiła machinę represji, lecz działania magistratu
Kulisy sesji Rady Miasta Rybnika pokazują, że konflikt wokół parku kulturowego nie jest sporem o ład przestrzenny, lecz o odpowiedzialność, procedury i prawdę.
Sesja miała być pokazem siły i spójności. Urzędnicy przekonywali, że park kulturowy to sukces, a pojedyncze problemy są marginalne. Wystąpienia przedstawicieli miasta – z prezydentem Piotrem Kuczerą, wiceprezydentem Mariuszem Śpiewokiem i miejskim konserwatorem zabytków Henrykiem Mercikiem – budowały obraz administracji działającej w granicach prawa, realizującej wyłącznie decyzje zewnętrznych organów. Problem w tym, że kolejne pytania radnych zaczęły ten obraz demolować.
Uchwała bez podstaw i sądowe ostrzeżenie
Radca Maurycy Motyka przyznał, że Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach zakwestionował uchwałę o parku kulturowym jako niekompletną. Przypomnijmy, że o tej sprawie pisaliśmy jako pierwsi w materiale Koniec parku kulturowego w Rybniku. Sąd w Gliwicach nie pozostawia wątpliwości. Sąd uznał, że rada miasta nie określiła sposobów ochrony, a jedynie powieliła cele, co wykracza poza granice prawa. WSA w Gliwicach podważył także możliwość nakładania na przedsiębiorców obowiązku przywracania stanu poprzedniego. Miasto czeka na rozstrzygnięcie Naczelnego Sądu Administracyjnego, ale – jak przyznał pełnomocnik – nie analizowało scenariusza porażki i potencjalnych roszczeń. To wzbudziło niepokój radnych, którzy pytali wprost: kto zapłaci, jeśli miasto przegra?
„Nie wierzę, że nie ma minusów”
Radny Mariusz Węglorz uderzył w ton prezentacji:
Wysłuchaliśmy stanowiska jednej strony. Było ono profesjonalne. Natomiast nie widzimy tych minusów, tych słabych stron, tego być może cierpienia lub uwag przedsiębiorców rybnickich i mieszkańców do negatywnych aspektów tego parku. Nie wierzę, że ich w ogóle nie ma.
Padły pytania o realne skutki gospodarcze: ile lokali zamknięto, ile otwarto, jak zmienił się ruch turystyczny i dochody przedsiębiorców. Odpowiedzi nie było. Wiceprezydent uznał, że miasto takich danych „nie bada”, bo to „czysto biznesowe relacje”. Dla radnych był to dowód, że sukces parku mierzony jest wyłącznie estetyką.
Czy płyta rynku to zabytek?
Radny Andrzej Sączek podważył fundamenty ochrony konserwatorskiej, przytaczając informacje, według których sama płyta rynku w Rybniku nie jest formalnie wpisana do rejestru zabytków, w przeciwieństwie do Krakowa czy Wrocławia. Prezydent odpowiedział dokumentem z 1953 roku – decyzją Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Stalinogrodzie – i kpiącym ostrzeżeniem przed trybem sztucznej inteligencji.
Radny ripostował:
W Krakowie i we Wrocławiu, gdzie płyta rynku jest na wykazie zabytków, są ogródki całoroczne, a w Rybniku każemy rozbierać. Idziemy na wojnę prawną. Jeśli ją przegramy, zapłacą mieszkańcy.
Kluczowe wyznanie: to miasto zawiadomiło konserwatora
Przełom nastąpił w końcówce debaty. Radny Krzysztof Kazek dopytywał, jak to możliwe, że duży obiekt powstał kilkaset metrów od urzędu i nikt nie reagował przez wiele dni. Wtedy padło zdanie, które zmieniło wszystko. Wiceprezydent przyznał:
Został postawiony obiekt na podstawie umowy dzierżawy. Po jego wystawieniu pan konserwator zapytał o wszystkie zgody. Zaskoczony inwestor nie przedstawił żadnych dokumentów, wobec tego został zawiadomiony Wojewódzki Konserwator Zabytków, który dokonał kontroli.
To oznacza jedno: to działania magistratu uruchomiły kontrolę i nakaz rozbiórki. Sam Henryk Mercik potwierdził, że informował wojewódzkie służby o sprawach spornych, co zakończyło się nakazami rozbiórki dwóch obiektów. Mówienie więc, że to nie miasto, okazało się półprawdą.
„Krok wstecz” czy eskalacja
Radni apelowali o deeskalację i cofnięcie wypowiedzeń umów do czasu rozstrzygnięć sądowych. Ostrzegali przed „lawiną pozwów”. Władze pozostały nieugięte, porównując sytuację do mandatu drogowego i przekonując, że prawo musi być egzekwowane.
Kulisy sesji pokazują, że spór o park kulturowy nie dotyczy wyłącznie estetyki. Dotyczy zaufania do władzy, rzetelności procedur i gotowości do przyjęcia odpowiedzialności. Jedno jest pewne: to władze miasta doniosły na przedsiębiorcę, a próby przerzucenia ciężaru decyzji na zewnętrzne organy nie wytrzymały konfrontacji z faktami.



