Video

„W ciągu 4 lat byłem 150 razy w sądzie”. Zakończył się proces w sprawie Face2Face

Po wielu miesiącach emocjonującego procesu zakończył się przewód sądowy w sprawie Marcina Kozy, właściciela klubu Face 2 Face. Prokuratura chce ukarania przedsiębiorcy za rzekome sprowadzenie zagrożenia epidemicznego w czasie koronawirusa

Sam Koza nie tylko nie przyznaje się do winy, ale też ostro krytykuje działania państwa.

Nie walczyłem z prawem, walczyłem o normalność – mówił w swojej końcowej mowie przed Sądem Okręgowym w Rybniku

„To była pokazówka państwa, nie troska o zdrowie”

Sprawa dotyczy wydarzeń ze stycznia 2021 roku, kiedy to Marcin Koza – wbrew pandemicznym restrykcjom – otworzył klub Face 2 Face. Jak tłumaczył, zrobił to w akcie desperacji, jako protest przeciwko zamykaniu gospodarki i marginalizacji branży rozrywkowej.

Przez miesiące byliśmy zamknięci, uciszani i ignorowani. Gdy politycy zapominali o gastronomii i rozrywce, to my płaciliśmy to bezrobociem, długami i depresją. Więc postanowiłem działać – mówił Koza. – Nie jestem przestępcą, tylko człowiekiem, który nie zgodził się na upokorzenie.

Policjanci „nie pamiętają”, prokuratura żąda 60 tys. zł grzywny

W toku procesu sąd przesłuchał kilkudziesięciu świadków, w tym funkcjonariuszy policji. Ci jednak przyznawali, że nie wchodzili do środka klubu, nie widzieli imprezy i nie byli w stanie jednoznacznie wskazać, że osoby przez nich legitymowane brały udział w wydarzeniu.

To był festiwal amnezji i kombinatorstwa – podsumował M. Koza

Prokurator Karina Spruś z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach domaga się uznania przedsiębiorcy za winnego. Nie wniosła jednak o karę więzienia, lecz grzywnę – 60 tysięcy złotych oraz dodatkowe 20 tysięcy złotych na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym.

To była impreza pod pozorem spotkania partii politycznej. Wpuszczano setki ludzi bez maseczek i bez medycznej weryfikacji. Koza działał ze świadomością zagrożenia – mówiła prokurator

Obrona: żadnych realnych dowodów

Adwokat Marcina Kozy podkreślała, że materiał dowodowy jest pełen luk, a zeznania świadków niespójne.

Policjanci nie byli w środku. Nie mogą zeznawać o tym, czego nie widzieli. Nie mieli list osób na kwarantannie, nie zauważyli objawów choroby. Część nawet nie była pewna, czy legitymowane osoby były w klubie, czy tylko w jego pobliżu – podnosiła

Obrona przypomniała również, że rządowe rozporządzenia z czasów pandemii były już uznane za niezgodne z Konstytucją, a działania sanepidu wobec lokalu – chaotyczne i pozbawione podstaw. – Najpierw postawiono zarzut, potem dopiero zaczęto szukać dowodów – zauważono.

Marcin Koza nie ukrywał emocji w końcowej mowie: To nie była akcja dla zdrowia publicznego. To była pokazówka, mająca przestraszyć innych przedsiębiorców. Użyto granatów hukowych, broni gładkolufowej, kilkuset policjantów. Czy to normalne w państwie prawa? Nie sprowadziłem zagrożenia. Sprowadziłem nadzieję. Byłem głosem zdesperowanych gastronomów, DJ-ów, barmanów, artystów. Zamiast mnie powinien siedzieć tutaj Mateusz Morawiecki – to jego rozporządzenia łamały konstytucję i prawa obywatelskie.

Wyrok pod koniec lipca

Sąd Okręgowy w Rybniku zakończył przewód sądowy. Wyrok w sprawie ma zostać ogłoszony jeszcze w lipcu. Sprawa Marcina Kozy może stać się jednym z najważniejszych symboli obywatelskiego sprzeciwu wobec pandemicznych restrykcji i pytania o granice państwowej ingerencji w życie gospodarcze.

Autorem zdjęć i video jest Mirosław Sieńkowski.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button