W kościele umiem tylko po polsku śpiewać

Dwudziesta trzecia część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Okres mojego dzieciństwa to był okres niewoli.
Widocznymi reprezentantami tej niewoli byli dla mnie: gruby żandarm, który przejeżdżał często przez wieś, niekiedy na koniu, niekiedy na rowerze; następnie szkoła, w której uczono nas po niemiecku i zakazywano mówić po polsku, nawet na podwórzu szkolnym; dalej umundurowany leśniczy z piórkiem przy kapeluszu, mówiący tylko po niemiecku.
Natomiast w kościele nie odczuwało się tej niewoli. W kościele – jak tylko pamięć moja sięga – odbywały się stale nabożeństwa po polsku. Modlono się po polsku. Śpiewano po polsku. Kazania wygłaszane były po polsku. Do kościoła chodziło się z książką modlitewną polską pt. Droga do nieba. Nawet nauka katechizmu, ta przygotowawcza do pierwszej spowiedzi i komunii św. odbywała się po polsku, z polskiego katechizmu.
Rzadko, bardzo rzadko odbywało się w kościele nabożeństwo ze śpiewem niemieckim. Na takim nabożeństwie bywała garstka Niemców: kilku nauczycieli, rodzina księdza proboszcza, właściciel majątku z rodziną.
W pamięci utkwiło mi jedno takie nabożeństwo niemieckie, na którym stałem się bezwiednie polskim bohaterem. Ale o tym opowiem nieco później.
Czytania i pisania po polsku nikt nas nie uczył. W szkole nie uczono z powodu niemieckiej racji stanu, a w domu rodzice mieli inne, większe zmartwienia. Zresztą, tak już się przyjęło, że każde pokolenie musiało uczyć się samo czytać po polsku. Znajomość pisma właściwie nie była potrzebna. Do władz i tak trzeba było pisać w języku niemieckim. Poza tym od pisania podań i listów byli specjaliści, pisarze.1
Szkoła mimowolnie dopomagała do nauki języka polskiego ucząc w ostatnim roku łacińskiego alfabetu.2 Była na tę naukę przeznaczona jedna godzina tygodniowo. Na ogół należało ten zakres wiedzy uważać za ukoronowanie wiedzy z języka polskiego, szczególnie czytania i pisania. Elementarne wiadomości z tej dziedziny zdobywało się znacznie wcześniej.
Pamiętam, że ojciec przywiózł mi z miasta elementarz polski, kiedy zacząłem chodzić do szkoły. Oglądałem w nim obrazki i literki pod obrazkami. Czasem ojciec lub matka coś mi z niego przeczytali. Muszę jednak wyznać otwarcie, że ten elementarz nie nauczył mnie czytać po polsku.
Czytać po polsku nauczyłem się w kościele. Odbywało się to w bardzo prosty sposób. Do kościoła chodziło się zawsze z książką do nabożeństwa, bez względu na to, czy umiało się czytać w niej, czy też nie. Bywanie w kościele bez książki uchodziło za obrazę boską. Grunt, że miało się książkę. Wtedy nie przyczepiał się do człowieka ani ksiądz, ani kościelny, ani rodzice. Z początku przewracało się kartki bezmyślnie. Szukało się obrazków. Czasem jednak organista zagrał jakąś miłą dla ucha pieśń. Wtedy podnosiły się uszy i łapały melodię oraz kojarzyły ją ze słyszanymi słowami. Nagle zachciało się człowiekowi śpiewać.
– Ty, co to śpiewają? – pytałem trącając sąsiada łokciem
– Nie wiem.
Wtedy rozglądałem się wśród chłopców, który rusza ustami i wpatruje się równocześnie w książkę. Upatrzywszy sobie takiego, przepchnąłem się śpiesznie do niego, trącałem go łokciem i pytałem:
– Ty, co to za pieśniczka?
– Nie wiesz? Serce Twe, Jezu.
– A na której to stronie?
Pokazał mi palcem wydrukowaną stronę. Zanim odnalazłem ją w książce, zazwyczaj już pierwsza zwrotka była prześpiewana. Ale po każdej zwrotce ludzie odpoczywali, a organista wygrywał sobie tymczasem jakieś fituliti bez melodii. Miałem czas przyjrzeć się pierwszej zwrotce. Nie bardzo jednak umiałem rozpoznawać poszczególne litery polskiego druku, a tym bardziej sklejać je w wyrazy i zdania. Ale oto organista daje znać, że czas śpiewać drugą zwrotkę. Wlepiałem wtedy oczy w drugą zwrotkę i nadsłuchiwałem pilnie, co ludzie śpiewają, a równocześnie kontrolowałem wzrokiem, jak to jest wydrukowane. Jakoś dziwnie łatwo pojmowało się wtedy, gdzie co jest wydrukowane. Obrazy drukowanych wyrazów kojarzyły się szybko ze słyszanymi dźwiękami. Równocześnie robiło się olśniewające odkrycia. Do takich pierwszych odkryć należało na przykład odkrycie, że wiele liter gotyckiego alfabetu niewiele różni się od łacińskiego. Spostrzegałem też różnice. Zrobiłem na przykład przy drugiej zwrotce odkrycie, że literę ż należy śpiewać jak niemieckie sch (sz).3 Przecież ludzie śpiewali wyraźnie: “Kiedysz, o kiedysz”, czyli wymawiali ż jako sz. Odkryłem wtedy w języku polskim kilka takich liter, których nie ma w niemieckim. Na przykład: ł, ść, cz, sz, ó, dz, rz. Przyswajałem je sobie szybko.
Czasem coś mi nie klapowało.
– Jak to właściwie trzeba po polsku pisać: sz? – pytałem samego siebie zirytowany – Albo ja jestem głupi, albo ludzie źle śpiewają, albo w książce źle wydrukowali. Przecież raz to wydrukowali sz jako ż (w wyrazie: kiedyż), potem znowu jako sz (w wyrazie: dusza), kiedy indziej jako rz (w wyrazie: przebodzone).
Powoli, powoli przedzierałem się do zrozumienia, jak to jest naprawdę z tymi rozmaitymi znakami.
– Aha! Już wiem! To jest tak! Pisze się tak, ale wymawia się różnie.
Najwięcej zmartwienia miałem z głoskami nosowymi i ich odpowiednimi literami: ą, ę. To mi jakoś nigdy nie pasowało. Co sobie wykombinowałem jakąś zasadę, to mi ją następny przykład obalał.
Początkowo czytałem ą jako zwyczajne a, bo ogonka pod a w ogóle nie spostrzegałem. Wnet jednak moje ucho stwierdziło, że to musi być inaczej. Przecież ludzie śpiewali ostrą włócznią inaczej, niż ja. Moja ostra włócznia raziła mocno. Mnie samemu wydawało się to nonsensem. Któż tak mówi: i ostra włócznia w bok przebodzone. Nikt tak nie mówi. To musi być inaczej. I wtedy odkryłem ogonek pod a. Pamiętam, co to była za radość.
Aha! Już wiem! Takie a z ogonkiem trzeba czytać jak om. Przykładałem to om do odpowiednich wyrazów i jakoś to było bliższego, co ludzie śpiewali. Powtarzałem sobie: i ostrom włóczniom. Wydawało mi się, że zrobiłem to właściwe odkrycie. Ale wnet moje ucho wyczuło, że zawsze tak nie jest. Na przykład w wyrazach: zewsząd, wytrysnął. Przecież nie można mówić: zewszomd, wytrysnomł! Tego drugiego wyrazu nawet nie umiałem w tej formie przeczytać. To jednak musi być jakoś inaczej. Po długich kombinacjach doszedłem do wniosku, że raczej to ą należy wymawiać jako on. A więc: zewszond, wytrysnonł. To już jakoś lepiej brzmiało, choć jeszcze nie tak, jak powinno było być.
– Więc już wiem! Literkę ą trzeba czytać niekiedy jak om, a niekiedy jak on.
Podobne trudności miałem z literą ę. Zestawiłem sobie kilka wyrazów z tą literą: za pychę świata, choć jedną kroplę. Próbowałem wymawiać je i tak i siak: pychem i pychen oraz kroplem i kroplen. Tak źle, tak niedobrze. Za pychem świata brzmiało mi lepiej, niż za pychen świata. Z drugiej strony, gdy wymawiałem choć kroplen – zdawało mi się, że to brzmi lepiej, niż kroplem. I tak utworzyłem sobie kompromisową zasadę, która brzmiała:
– Literę ę trzeba wymawiać niekiedy jak en, a niekiedy jak em, zależnie od tego, co będzie milsze dla ucha.
Zgodnie z tą zasadą ryczało się w kościele tak, dla przykładu:
Rzuć tej miłości iskren choć jednom
W ziemiem serc naszych suchom i biednom,…
Ale ta zasada nie zadowalała mnie. Tam jednak coś nie było w porządku. Wyczuwałem to czasem bardzo wyraźnie. Postanowiłem więc uciec się po radę do wszystkowiedzących rodziców.
– Mamulko!
– Co znowu chcesz? Daj mi spokój! Nie mam czasu.
– Jak trzeba czytać po polsku literę ą i ę?
– Nie wiesz to?
– Nie wiem.
– To przecież łatwo.
– A mnie to jest trudne.
– A czegóż to nie umiesz przeczytać?
– No, na przykład: zewsząd wytrysnął, jedną iskrę w ziemię.
Matka odłożyła robotę i przeczytała głośno. Ale mnie to przeczytanie nie zadawalało.
– Powiedzcie: jak trzeba czytać ą? Jak on, czy jak om? Albo ę? Jak en, czy jak em?
Matka próbowała tak i siak. Czasem jej wychodziło lepiej tak, czasem lepiej inaczej.
– A po co ci to wiedzieć, synku! Tyle lat już żyję i śpiewam w kościele, i jeszcze mi to na myśl nie przyszło.
– A mnie to przyszło na myśl i dlatego chciałbym wiedzieć, jak to naprawdę jest. Tak, czy siak, czy jeszcze inaczej.
Ponieważ matka nie mogła mi dać wyczerpującej odpowiedzi, zwróciłem się do ojca. Ojciec więcej od matki zajmował się sprawami polskimi. I czytał polskie gazety i polskie książki. Chodził na polskie zebrania. Nawet raz od księdza proboszcza nieboszczyka nie dostał rozgrzeszenia, bo nie chciał przyrzec, że przestanie czytać polskie gazety, które wydawał Korfanty. Kiedyś nawet, jeszcze mnie wtedy na świecie nie było, musiał z powodu jakiegoś wiecu uciekać do Westfalii. Ojciec mógł to lepiej wiedzieć.
– Tatulku! Jak trzeba czytać po polsku ą i ę? Jako on czy om? Jako en czy em?
– Co takiego?
Przyniosłem książkę do nabożeństwa. Pokazałem kilka przykładów.
Ojciec długo wczytywał się milcząco w podane przykłady. Patrzył to na mnie, to na matkę, to w książkę.
– Mamulko, ale nic nie mówcie!
– Tóż widzisz, synku! Jożech tam nie jest studierowany! Nie chodziłech do polskiej szkoły, ale mi się widzi, że ani tak, ani siak.
– Jeno jak? – pytałem natarczywie
– Czytaj tak, jak mówisz, kiedy nie czytasz! – ojciec wyciągnął przed siebie mocno zarośniętą rękę i spytał:
– Co to jest?
– Ręka.
– Co?
– Ręka.
– I co tam słyszałeś?
– Ani en, ani em.
– No widzisz! Jak mówisz, tak też czytaj! A nie zmyślaj żadnych historii o en i em. A co to jeszcze chciałeś wiedzieć?
– Jak trzeba czytać: ą.
Ojciec zaprowadził mnie do okna, pokazał dolinę pod lasem i zapytał:
– Patrz, tam, pod lasem, co to jest?
– Łąka?
– Jak?
– Łąka.
– A czemu nie powiedziałeś: łomka lub łonka?
Roześmiałem się. Zarumieniłem się.
– Więc to nie trzeba mówić ani on, om, ani en, em?
– Nie trzeba. To n i to m trzeba, wiesz, tak połknąć, żeby ich wcale nie było słychać.
Próbowałem “połykać” zbyteczne głoski n i m, i jakoś to wychodziło. A ojciec tymczasem naładował sobie fajkę, zapalił ją, puścił parę kłębów dymu i rzekł:
– To dobrze, iże tak się nad tym zastanawiasz. Chciałbyś to studierować?
– Chciałbym.
– Ho, ho! Gdyby tak były polskie szkoły, zaraz bym cię tam posłał.
– A nie ma polskich szkół?
– U nas nie ma.
– I nie będzie?
– Będą, będą, ale po wojnie! Gdy Niemcy wojnę przegrają.
– A kiedy to będzie?
– Ty może tego doczekasz! My bodej.
Ktoś przyszedł do nas i rozmowa urwała się. Ale odtąd czytanie, a właściwie śpiewanie po polsku odbywało się znacznie łatwiej i przyjemniej. Śpiewanie to sprawiało mi dużo zadowolenia. Chodziłem do kościoła po to, żeby się wyśpiewać. Później, po śmierci ojca, kiedy mieszkałem z matką blisko kościoła, bywałem w kościele częściej, nawet w dni powszednie. A ponieważ wyczytałem gdzieś, że dwa razy modli się, kto śpiewa, śpiewałem tym chętniej.
Pewnego razu, było to w dzień powszedni, byłem sobie w kościele, blisko ołtarza, gdzie było miejsce dla dzieci. W kościele było sporo kobiecinek, kilku starszych mężczyzn, kilkoro dzieci i na chórze gromadka Niemców. Zdziwiło mnie to nieco, bo Niemcy rzadko lub wcale nie przychodzili do kościoła w dzień powszedni. Nie zastanawiałem się zresztą nad przyczyną tego zjawiska. Ksiądz wyszedł do ołtarza w fioletowym ornacie. Był post. Organista, a był nim nasz kierownik szkoły4, zagrał po kilku wstępnych wywijasach pieśń, którą od razu rozpoznałem jako pieśń polską: O głowo uwieńczona. Po przegrywce rozpocząłem więc od razu śpiewać na cały głos:
– O głowo uwieńczona…
Zdziwiło mnie trochę, że ludzie w kościele nie śpiewają. Tylko z chóru dochodziły jakieś cienkie kobiece głosy. Słów ich nie rozumiałem. Spojrzałem na chór. Organista dawał mi jakieś rozpaczliwe znaki. Kiwał głową, ustroił groźną minę i machnął ręką, gdy mu na to przerwa krótka w pieśni pozwoliła. Zdawało mi się, że zachęca mnie do głośniejszego śpiewu.
– Czemu nie. Owszem. Mogę głośniej śpiewać! – pomyślałem w odpowiedzi na jego znaki i podniosłem głos na całą parę
Pierwszą zwrotkę prześpiewałem prawie sam z towarzyszeniem cienkich głosów z chóru. Przy drugiej zwrotce dołączyło się do mnie sporo głosów kobiecych na dole. Niedługo śpiewał cały kościół.
Nie było w tym nic dziwnego. Tak bywało niemal co dzień. Po mszy św. poszedłem do domu na śniadanie, a potem pobiegłem do szkoły.
W szkole przywołał mnie do stołu kierownik szkoły, który był organistą:
– Ty smyku frechowny! Na co ty sobie pozwalasz?
– ??? – wywaliłem na niego zdumione oczy.
– Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi!
– Nie udaję!
– Przecież byłeś dzisiaj w kościele?
– Byłem!
– I śpiewałeś?
– Śpiewałem.
– I po polsku śpiewałeś!
– Tak. Po polsku śpiewałem.
– A czy ty nie wiedziałeś, że dziś była niemiecka msza?
– Niemiecka msza? – nie mogłem pojąć, o co mu chodziło
– No, tak! Dziś była niemiecka msza św. przez Niemców zamówiona. I Niemcy chcieli śpiewać po niemiecku. I zaczęli śpiewać: O Haupt voll Blut und Wunden. A ty, smarkaczu jeden, zacząłeś śpiewać po polsku. I ludzie za tobą! I Niemcy musieli przestać! Rozumiesz teraz, coś zrobił? Popsułeś nam nabożeństwo!
Wielka dłoń organisty z rozmachem przylepiła się do mojego lewego policzka.
– Pamiętaj, żebyś mi tego więcej nie zrobił!
Poszedłem strapiony do ławki, na swoje miejsce. Rozmyślałem nad tym, co się stało. Na swoje usprawiedliwienie znalazłem tylko jedną odpowiedź, którą powtarzałem sobie tylko w myśli:
– Przecież w kościele umiem tylko po polsku śpiewać!
1Jednym z nich, jak podaje L. Musiolik, był dziadek Autora po kądzieli – Wincenty Motyka (1848-1921). Miał nawet własne biuro w dzisiejszym Sądzie Rejonowym w Rybniku.
2Ciekawostka – dowiadujemy się, że szkoła niemiecka na Śląsku uczyła tu czytania łacińskiego kroju liter i czcionki. Alfabet bowiem był ten sam. Z innych źródeł wiemy, że i pismo odręczne (kaligraficzne), jakiego uczono przez całą szkołę, i druk powszechny w niemieckich wydawnictwach, miał krój tzw. gotycki. Była to charakterystyczna dla Niemiec ozdobna czcionka pełna ornamentów, nawiązująca do ręcznej kaligrafii stosowanej przez zakonników w średniowieczu, którzy stawiali litery odpowiednio ściętym, gęsim piórem w starannie wyuczonym kanonie. Gotycką czcionkę drukarską zniósł w Niemczech dopiero kanclerz Adolf Hitler. Ciekawostką wynikającą z niniejszego opowiadania jest fakt, że w 1915 r. dziesięcioletnie dziecko, które potrafiło biegle czytać gotykiem, jest zupełnie zagubione w literach tej formy, która dla nas jest najprostsza na świecie.
3W maszynopisie Autor stosuje każdorazowo cudzysłów. Ja kursywę – dla poprawienia czytelności i ograniczenia widocznej liczby graficznych znaków.
4Trudno stwierdzić tożsamość tej osoby. Źródło http://www.jankowice.rybnik.pl/proboszcz.html podaje jedynie, że w czasach proboszcza ks. Theodora Schliwy, organistą był rektor szkoły w Popielowie – Michalczyk, a wcześniej rektor Kiołbassa. Opisywana sytuacja dzieje się już po śmierci ojca Autora, w Wielki Post, a więc wiosną 1916 r. lub nieco później. Od 1913 r. zaś proboszczem był już inny duchowny, o którym mowa w kolejnym opowiadaniu. Danych o organistach w jego czasach nie odnalazłem. Przypuszczać jednak należy, że organistą był kierownik szkoły w Jankowicach, do której Autor uczęszczał. Szkoła w Popielowie nie pasuje do identyfikacji, ponieważ Autor nieraz opisuje drogę w dystansie 45 minut od pierwszego miejsca zamieszkania, zapewne gdzieś w Jankowicach-Michałkowicach. Do Popielowa z Jankowic dystans jest o wiele większy.


