Blog

Wesele z odnalezionego zdjęcia.

Co wiemy o tym zdjęciu?

To wesele. 50 osób. Popołudniu. Latem. Albo wiosną. Przed wojną. A może tuż po. Tego nie wiemy. Oczywiście odpowiedziałby na to każdy, kto wtedy na tym weselu był. Każdy ze zdjęcia. I parę osób z poza niego. Ci, którzy właśnie postanowili pójść na spacer. Albo nie zdążyli wrócić. I ci, którzy dopijali kawę przy stole. A potem już było za późno, fotograf zrobił zdjęcie i pojechał. Może nawet zrobiłby jeszcze jedno, ale bardzo mu się spieszyło. Jechał na kolejne wesele, w taką sobotę wesel jest co niemiara. Poza tym ludzie już się rozeszli, a aparat prawie poskładany. Więc ci, którzy nie zdążyli, na zdjęciu się nie znajdą.

Oni też mogliby powiedzieć, kiedy to było. I gdzie.

Może w Rybniku. W Raciborzu. Albo w Żorach. Na jakiejś wsi? Może w remizie. Czy ona jeszcze istnieje? Może nie. Spłonęła. Albo skruszyło ją zapomnienie. Powoli, ale skutecznie. Rozsadziła ją brzoza wyrastająca na dachu. I kruk grzebiący w tynku.

Na razie jednak stoi. Ma szerokie wejście i dwa okna tuż obok siebie. I pomieści wiele osób. Radosnych osób. W końcu jest wesele, a to zobowiązuje. To prawda, czasy są ciężkie, ale przecież na weselu można o tym zapomnieć. No, może nie na cały dzień, ale na te parę minut przed fotografem… Będziemy się uśmiechać, tak żeby nikt po kilkudziesięciu latach nie wiedział, co działo się obok nas. Czy nadchodziła wojna? A może się skończyła? Był kryzys? Czy sfałszowane wybory? Każdy z nich odpowiedziałby na to pytanie, gdyby chciał i gdybyśmy tam byli. Ale nikt nie chciał. I nas tam nie było. Widzimy więc tylko uśmiechy. Albo kamienne twarze. I znudzoną parę po lewej stronie (dla nich zresztą po prawej). Dzieci oderwane na chwilę od popołudniowej bieganiny przerywanej na chwilę przez mamę poprawiającą spodnie i dającą łyk kompotu. Dzieci na pewno nie zostały ujęte wszystkie. Część została na dalekiej łące. Albo na skraju lasu. W stodole. Widzimy pana, który opowiedział coś stojącej obok pani. Uśmiechnęła się wyraźnie. Może skomentował wygląd najważniejszej osoby, która przekazała nam ten obraz. Nie widać jej, właśnie naciska migawkę aparatu.

W zasadzie niczego nie wiemy o tym zdjęciu. Wszystkiego musimy się domyślać. Osobliwie niczego nie możemy nawet przypuszczać na temat fotografa. Czy był stary, czy młody? Przyjechał z daleka? Samochodem? Może na rowerze? Znalazł się tu tylko na chwilę, a dla nas jest o wiele ważniejszy niż państwo młodzi. Zrobił bowiem dla nas zdjęcie. Czy było drogie? Ile było kopii?

Niczego nie wiem. W zasadzie mógłbym zapytać. Wiem nawet, kto coś o tym wie. To ktoś, kto był świadkiem Historii (tej dużej) naszej Ziemi i historii (mniejszej) tych ludzi. Pewnie wiele bym się dowiedział. Ale wolałem się domyślić. Wyczytać coś z niemych twarzy. Stworzyć sobie historię, której nie mogę być pewien. Ale tak jest lepiej. Biesiadnicy chcieli mi coś przekazać bez słów. Bezsłowa nie kłamią. Muszę to uszanować. Zobowiązał mnie do tego fotograf, który trzaskiem migawki kazał mi się tylko domyślać.

A może było ich dwóch…?

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sprawdź także
Close
Back to top button