Wojenko, wojenko! Cóżeś ty za pani…?

Osiemnasta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Skąd ojciec znał tę piosenkę – tego nie umiem powiedzieć. Ale znał ją i nucił ją sobie często, szczególnie, gdy rozpoczęła się pierwsza wojna światowa.
Pewnego razu ojciec, wróciwszy do domu, odezwał się do matki:
– Dostałem wezwanie! Mam się zgłosić przed komisją. Na wojnę mnie chcą zabrać!
– Na wojnę? – przeraziła się matka i usiadła z przerażenia
– Na wojnę! – potwierdził ojciec. – Wojna to nic strasznego. Jeno to jest straszne, że trzeba będzie wojować przeciwko Rusom pod rozkazami Prusaków. A w ruskim wojsku mogą być Polacy. I trzeba będzie strzelać przeciwko braciom-Polakom.
– A nie możesz to się jako wykręcić od wojska? – podpowiadała matka
– Trzeba będzie spróbować. Strzaskało mi kiedyś głowę w kopalni. Mam to w papierach. A jak to nie pomoże, to trzeba będzie poprosić sztygara, żeby kopalnia reklamowała.
– No, widzisz! Zrób tak, zrób, Pawle! – zachęcała matka
Przysłuchiwałem się tej rozmowie mocno zdziwiony. Wiedziałem, że ojciec nie lubi Prusaków. I ja ich nie lubiłem. Ale co innego Prusaki, a co innego wojna. Wojna była dla nas, chłopaków, czymś pociągającym.
Myśl o wojnie widocznie nie opuszczała ojca, bo zaczął śpiewać:
– Wojenko, wojenko! Cóżeś ty za pani, że za tobą idą, że za tobą idą chłopcy malowani.
– Jacy tam malowani! – wtrąciła matka. – Ładnie malowani! Czarnym węglem! Jak kominiarze!
– To nic! Na zabicie dobrzy!
– Choćby cię tam i wzięli na wojnę, toć cię zaraz nie zabiją. Przecie wszystkich nie zabijają na wojnie! – pocieszała matka
Podczas gdy rodzice martwili się i smucili z powodu wojny, ja wybiegłszy na podwórze zwołałem chłopaków z całego domu. Przyszedł Konrad, Alfred rudowłosy, mniejszy Ludwik.
– Wiecie co, chłopcy?
– Nie wiemy. Co?
– Zabawmy się w wojnę!
– W wojnę? Dobra! Ale jak?
– Jak? Pójdziemy do lasku! Tam uradzimy!
– Dobra. Chodźmy do lasku!
Do lasku nie było daleko. Jakieś dwieście metrów od domu. Lasek był maleńki. Rosło w nim kilkadziesiąt, najwyżej sto kilkadziesiąt młodych sosen, kilka brzózek, kilkanaście rozmaitych krzaczków. Rozsiadł się na piaszczystej górce i otaczał zazdrośnie piaśnice, czyli dziury po wybranym piasku. Zdarzało się jeszcze, że ktoś z gospodarzy przyjechał do lasku z wozem, naładował go piaskiem lub żwirem i potem znęcał się nad końmi, które nie mogły po piaszczystej drodze uciągnąć wozu.
Ogół mieszkańców okolicznych jednak uważał piaśnicę za najodpowiedniejsze miejsce dla najrozmaitszego rupiecia, które w domu lub koło domu było zawadą. Toteż w dole piaskowym znaleźć można było różne skarby w postaci dziurawych wiader, garnków, wanienek, konewek, doniczek, starych rur do pieca, talerzy natłuczonych, czasem nieużytecznego młynka do kawy, patelni, butelek itp.
Weszliśmy do lasku w szyku wojennym, jako na wojowników wypadało. Idąc śpiewaliśmy przyswojoną już sobie jedyną polską pieśń żołnierską:
– Wojenko, wojenko! Cóżeś ty za pani, że za tobą idą, że za tobą idą chłopcy malowani!
W lasku usiedliśmy pod drzewami do narady wojennej. Jakoś tak wybraliśmy miejsce do tej narady, że wzrok nasz padał w doły piaskowe z owym rupieciem. Długo narady toczyły się bezowocnie.
– Jeśli ma być wojna – mówił Konrad słusznie – to muszą być dwie armie. No nie? Jedna armia musi walczyć przeciwko drugiej, no nie? Na przykład jak Prusaki przeciwko Rusom, no nie?
– To jasne! – potwierdzili inni wojownicy.
– A jakie my możemy utworzyć armie? Powiedzcie sami! Dwóch przeciwko dwóm, no nie? Śmiech, nie armie! Strzelę dwa razy i już po całej armii, i po całej wojnie, no nie?
– No to co? – spytałem niezadowolony
– No nic!
– Jak to nic? Nie zabawimy się w wojnę?! – w głosie moim było oburzenie.
– Możemy się zabawić w wojnę, ale jakoś inaczej!
– Ale jak?
– Trzeba trochę pomyśleć.
Oparliśmy łokcie na kolanach, głowę na dłoniach i zaczęliśmy gwałtownie myśleć. Ja patrzałem przy tym w ziemię. I nic z niej nie wyłaziło, co by mogło podsunąć jakiś szczęśliwy projekt wojenny. Konrad patrzał w górę, ku drzewom, ku ich wierzchołkom. Ale i stamtąd nie sfrunęła do jego głowy żadna szczęśliwa myśl. Alfred patrzał w dół z rupieciem. Patrzał długo. Nagle poruszył się. Może poruszyła go jakaś dobra myśl.
– Już wiem!
– Co wiesz? – zerwaliśmy nasze myślące głowy z podparcia
– Wiem, jak się możemy zabawić!
– No to gadaj!
– My… ilu nas tu jest? Aha, czterech! My będziemy jedną armią, rozumiecie?
– A drugą? – spytaliśmy niemal równocześnie.
– Drugą armią będą te różne wiadra, konewki, wanienki i co tam jeszcze jest!
Zamilkliśmy zdumieni. Projekt był olśniewający! Wprawdzie nie wszyscy rozumieliśmy go jednakowo, ale na ogół przypadł nam do gustu. Przede wszystkim odpadł argument Konrada. Nasza armia liczyła by nie dwóch, ale czterech żołnierzy. To zupełnie co innego! Tylko nie wiedzieliśmy, w jaki sposób miały walczyć przeciwko nam te skorupy i stare blachy.
– Jak sobie wyobrażasz tę wojnę? – spytałem
– Zwyczajnie. Te wiadra tam to nasz nieprzyjaciel. My go będziemy ostrzeliwali z artylerii, rozumiecie? Z armat, rozumiecie?
– A gdzie masz te armaty? – spytał Ludwik.
– Poszukamy. Nazbieramy. Mało tu kamieni?
Teraz dopiero pomysł Alfreda stał nam się jasny. Wprawdzie jeszcze nie zupełnie. Należało bowiem jeszcze ustalić, kiedy wróg musi uznać się za pokonanego. To nie ulegało żadnej wątpliwości, że nasza armia musi wygrać.
– Wiecie co? – powiedział Alfred rudowłosy – Będziemy walczyć tak długo, aż wybijemy nieprzyjacielowi wszystkich żołnierzy. Do ostatniego!
– A jak mu wszystkich wybijemy, to znaczy, że wygraliśmy?
– No tak! Wtedy wywiesimy flagę!
– Jaką flagę?
– Naszą. Pruską! Biało-czarną!
– Nieprawda! To wcale nie jest nasza flaga! My jesteśmy Polacy, a nasza flaga jest biało-czerwona! – sprzeciwiłem się
Alfred spojrzał na nas. Widział, że Konrad i Ludwik popierają flagę polską.
– Niech będzie biało-czerwona! – zgodził się.
– Ja będę naczelnym wodzem! – ogłosiłem wszem wobec
Ponieważ nikt nie zaprotestował, a tylko po cichu żałował, że nie on pierwszy wpadł na tę myśl, zacząłem komenderować:
– Zbiórka! Za mną! Idziemy szukać i zbierać armaty i kule armatnie!
Szliśmy kilka kroków gęsiego. Wnet zrozumiałem, że w takim szyku niewiele nazbieramy tych kul armatnich, więc rzuciłem swojej armii nowy rozkaz:
– Rozejść się po całym lesie! A kule armatnie składać tam, pod tym drzewem!
Armia uwijała się po lesie jak mrówki. Kamieni pod drzewem było coraz więcej. Różne były: mniejsze i większe. Choć byłem naczelnym wodzem, jednak na równi z całą armią znosiłem kule i rzucałem je pod drzewo.
– Patrzcie, patrzcie, jaką ja niosę armatę! – krzyczał Konrad
Alfred popatrzał na jego dość duży kamień i zniknął za krzakami.
– A patrzcie na moją armatę! To jest Gruba Berta! – chwalił się Alfred taszcząc ciężki kamień.
– Dość amunicji! Przestać zbierać! Wystarczy! Ustawiać się do walki! – rzucałem rozkazy
Rozstawiłem armię nad brzegiem piaśnicy w odległości dwóch metrów jednego od drugiego.
– Strzelać wolno tylko pojedynczo, kolejno! Zobaczymy kto najlepiej trafi! Konrad, zaczynaj! Możesz rzucić dwa razy!
Konrad rzucił pierwszy kamień, ale chybił. Nie trafił nic szczególnego. Za to drugi kamień wpadł w sam środek wiadra. Wiadro jęknęło, a emalia jeno pryskała na wszystkie strony.
– Brawo, Konrad!
Rzucali inni po kolei. Chybiali i trafiali. Za każdym trafnym strzałem krzyczałem:
– Brawo!
Armia moja zapalała się coraz bardziej do walki. Coraz prędzej padały strzały. Widziałem, że armia już nie czeka na moje rozkazy, więc, żeby jako tako ratować honor naczelnego wodza, rzuciłem nowe rozkazy:
– Ogólna kanonada! Strzelać z wszystkich armat równocześnie!
– Hurrra! – zawyło wojsko
Kamienie zaczęły padać gęsto jak grad. Kupka kamieni zmniejszała się w oczach. Każdy z żołnierzy usiłował zabezpieczyć sobie większy zapas kul więc znosił je na swój punkt i składał u swoich nóg! Ale i te zapasy szybko wyczerpywały się. W zapale wojennym nikt z nas nie zauważył, że Alfred zesunął się po piaszczystym brzegu w dół, do rupiecia, żeby nazbierać w obozie nieprzyjacielskim trochę kul armatnich.
Myśl Alfreda była genialna, ale nie przewidziała głupoty własnych żołnierzy. I dokładnie w tym momencie, kiedy Alfred schylił się po jakiś znaczny kamień, Konrad z rozmachem wystrzelił ze swojej armaty. Kula była wycelowana w konewkę, ale jakimś dziwnym i niewyjaśnionym dotąd sposobem trafiła w sam środek głowy Alfreda. Alfred ryknął jak raniony lew.
– Stój! Co robisz!? – krzyknąłem jako naczelny wódz
Rozkaz jednak spóźnił się co najmniej o jedną sekundę. W głowie Alfreda już była dziura, a z dziury ciekła strumieniem czerwona krew. Gdy tylko Alfred dotknął się ręką bolesnego miejsca na głowie i stwierdził, że z rany leje się krew, podniósł ryk o dwie tonacje i pędem rzucił się ku domowi. Wśród jego krzyków rozróżnialiśmy wyraźnie:
– Mamo! Mamo!
Pomyśleliśmy sobie zrazu, że Alfred uczynił sromotną rzecz: uciekł z pola walki! W dodatku zraniony płacze jak dziecko i woła mamę na ratunek! To dziecko tak robi, a nie żaden żołnierz!
– Koniec wojny! – ogłosiłem reszcie armii. Był wielki czas, bo już i reszta armii gotowa była popełnić dezercję
– Dokąd? Tak wam się śpieszy po te baty? – wstrzymałem na miejscu gotowych do ucieczki
Otrzeźwieli. Dla mnie, doświadczonego w tym względzie, stało się od razu jasnym, że ta nasza wojna musi skończyć się drugą wojną. Wojną, w której z jednej strony będzie stał każdy z nas, a z drugiej strony nasi rodzice.
– Aleśmy sobie narobili! – stwierdził ze smutkiem Konrad
– Zbiją nas? – spytał mało domyślny Ludwik
– Nie, nie zbiją! Pogłaskają nas po spodniach!
– Karwaczem!
– Paskiem!
– Powrozem!
Chwilę później odezwały się z domu wołania. Brzmiały jak trąby egzekucyjne. Ale o tym, co nastąpiło, lepiej milczeć.



