Publicystyka

Wszystko i tak się wymiesza.

O Wielkim Poście, browarku przed telewizorem i marzeniach na Wielkanoc z o. Maciejem Szumilakiem SVD* rozmawia Paweł Polok.

Mamy pierwsze dni Wielkiego Postu. O ile nazwa łacińska stawia akcent na czas (tempus quadragesimae; czas czterdziestnicy, czterdziestodniowy) to nazwa polska na post. I niejako z urzędu każdy myśli, czego by tu sobie odmówić – słodyczy, mięsa itd. Oczywiście nie oceniam niczyich postanowień, ale o co tak naprawdę chodzi w tych 40 dniach?

O nawrócenie. Konkretne. Radykalne pod względem aktu woli, choć często podejmowane któryś już raz z kolei na nowo ze względu na słabość skażonej grzechem natury. Tradycyjna nazwa łacińska rzeczywiście wskazuje na czas, ale praktyka z nią związana ten czas bardzo konkretnie określiła – i to właśnie postem! Wszak woła Bóg przez Joela: Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament! Stąd ludowe nazwy polskie są bardzo adekwatne, bo tradycyjny czas siedemdziesiątnicy (na trzy niedziele przed pierwszą wielkopostną) nazywały przedpościem, a od czterdziestnicy mówi się o poście wielkim. Dziś skupiamy się za bardzo na własnych postanowieniach, bo i katolicyzm stał się niebezpiecznie antropocentryczny. Odkąd w praktyce wiary człowieka stawia się na ołtarzu, a Pana Boga jakby wypycha do zakrystii, to subiektywne ja wypiera obiektywne normy. A jakie były to normy dla okresu Wielkiego Postu przez wieki? Post ilościowy (3 posiłki w ciągu dnia, w tym tylko jeden do syta) obowiązywał w poniedziałki, wtorki, środy i czwartki. Post ścisły zaś (ilościowy połączony z jakościowym – odpadało mięso i wywary mięsne) w piątki oraz soboty (i jedną środę z tak zwanych suchych dni kwartalnych). Niedziele pozostawały niepostne jako pamiątka Zmartwychwstania Pańskiego, a jest ich sześć. Stąd od Środy Popielcowej do Wigilii Paschalnej jest 46 dni, żeby zachować 40 postnych. Gdy się tak pościło, postanowienia osobiste miały charakter poboczny, choć szlachetnie usposobieni katolicy czynili takowe. Dziś, gdy tego rodzaju post obcy jest nawet mnichom, prywatne postanowienia urastają do rangi wielkich wydarzeń, choć nierzadko przypominają balon – nadmuchany, ale z cienkimi ściankami i pusty w środku.

Rezygnacja z tych postów ilościowych i jakościowych była błędem? To powinno wrócić?

Nie zrezygnowano z nich całkowicie, ale zostały skrajnie ograniczone. I to było błędem. Podobnie jak zmienianie przykazania kościelnego, że w okresach pokuty (wszystkie piątki i święta związane z Męką Pańską) należy się powstrzymywać od udziału w zabawach na takie, że należy to czynić tylko w okresie Wielkiego Postu. Nie trzeba specjalnych danych Objawienia Bożego, bo już sam rozum wsparty objawieniem naturalnym uczy nas, że popuszczanie norm jest błędem pedagogicznym. Z prostej przyczyny: zraniona grzechem natura ludzka ma tendencję do odpuszczania sobie samej, do szukania łatwiejszej drogi, wchodzenia bocznymi furtkami. Jeśli osłabia się normy jakiejś rzeczywistości, człowiek i tak będzie je przekraczał, pójdzie jeszcze dalej, oczywiście w błędnym kierunku i wyjdzie mu to na gorsze. Rzecz jasna, że bez tak konkretnych postów określonych normami można dobrze przeżyć czas czterdziestnicy, nawrócić się, wypracować cnoty i pięknie celebrować Święte Triduum Paschalne. Jest to jednak trudniejsze – tak jak zdobycie wiedzy bez pomocy wykładowcy czy nauczenie się jazdy samochodem bez człowieka ze szkoły jazdy na siedzeniu pasażera. Jeśli ktoś w to wątpi, niech sprawdzi stan praktyk wielkopostnych wśród wiernych. I nie chodzi głównie o nabożeństwa pokutne, ale o to jak wygląda u przeciętnego katolika dzień tego okresu, czy różni się w jakiś odczuwalny, wyraźny sposób od innego dnia okresu zwykłego czy świątecznego? Gdy patrzę, jak wielu katolików namiętnie świętuje ostatnie dni karnawału, jakby mieli za chwilę naśladować mieszkańców Niniwy po nawoływaniu Jonasza, a potem praktycznie niczego nie zmieniają w swej codzienności w Wielkim Poście, to pojawia się zażenowanie. Wtedy używanie tych nazw: karnawał, święta, post, pokuta, oczekiwanie nie ma żadnego sensu. Wszystko i tak się wymiesza w jedną bezkształtną masę bylejakości.

Bezkształtna masa. Podobnie jak adwent w zasadzie przypomina bardziej „Wstępne Święta”. 23 grudnia jest – kolokwialnie mówiąc – weselej, niż 2 czy 7 stycznia.

Tak. I nie chodzi tylko o jarmarki bożonarodzeniowe, bo ta praktyka istniała i w dawnych czasach, ale jak do takich wydarzeń podchodzimy w swoich codziennych wyborach. Czy na to kładziemy największy nacisk, czy dostrzegamy różnicę między kupieniem piernika i wypiciem grzańca, a wywleczeniem Świąt Syna Bożego z przestrzeni liturgicznej, a nade wszystko z ludzkich serc na zagracone ulice i targowe place. Gubią się proporcje, odwraca się kota ogonem. Potem nie ma co się dziwić, że jakiś przeciętny pan Józek, który nawet w każdą niedzielę idzie do kościoła, wrzeszczy na bliskich w domu, że niech te święta szlag trafi! bo tyle zawracania gitary z tymi przygotowaniami, wszyscy cały czas czegoś od niego chcą i nie można po robocie spokojnie łyknąć browarka przed telewizorem.

A może dla najbliższych byłoby lepiej 23 grudnia czy w Wielką Sobotę usiąść z browarkiem i porozmawiać zamiast obrzucać się wzajemnymi pretensjami na kolejnych zakupach? Mam znajomą, dla której największą tragedią był fakt, że w Wigilię rano nie wyszło jej ciasto. A rodzina była zachwycona, bo ona wreszcie wyszła z kuchni i opowiedziała o swoich uczuciach.

Na to wszystko byłby czas, gdybyśmy genialne rozwiązania Roku Liturgicznego stosowali w praktyce, przeżywali na poważnie. Wtedy byłby czas na refleksję, na wysłuchanie siebie nawzajem, na przyznanie się do błędów i przeproszenie drugiego, na popracowanie nad sobą, na to wspomniane na początku nawrócenie. Gdybyśmy potrafili skupić się na istocie każdych świąt, do których się przygotowujemy. Jeśli Boga postawilibyśmy na pierwszym miejscu, na wszystko znalazłby się czas. Na te doczesne przygotowania i na refleksję nad swoją codziennością, na wysłuchanie bliźnich bliższych i dalszych. I na usłyszenie Bożego głosu przychodzącego w łagodnym powiewie jak do Eliasza, na odpoczynek i przednią zabawę podbitą dobrym trunkiem oraz na czerpanie zdrojów łask ze spowiedzi sakramentalnej i głęboko przeżywanej liturgii. Przykład z panem Józkiem podałem jako obraz tego, co się dzieje, gdy zniknie nam z oczu istota wszelkich świąt i przygotowujących do nich okresów liturgicznych. Bez dobrego jej zrozumienia, rozważenia i uczynienia swoją, nawet gdybyśmy pozwolili sobie na zlekceważenie tych szczególnych dni i przygotowań, usiedli w knajpie i stworzyli nowy świecki wesołkowaty świat, to i tak doszłoby do niesnasek, kłótni i stawiania swego ja ponad innych. Tylko że tym razem już nikt nie próbowałby walczyć i znosić się nawzajem, bo wystarczyłby rozwód, zostawienie dzieci, wymiana tej czy tego na lepszy model. Skąd to wiem? Wystarczy poobserwować tzw. zachodni świat, który te wszystkie sprawy i starania, o których rozmawiamy, już dawno wyrzucił na śmietnik.

W Polsce niestety ten zachodni sposób życia bardzo szybko znajduje kolejnych zwolenników. Mam wrażenie, że efektem jest wzrastająca liczba samobójstw i chorób cywilizacyjnych z depresją na czele.

I to wrażenie nie jest mylne. Nazwałbym je nawet zgodnym z prawdą osądem rozumu. Mówi się o tych wszystkich zaburzeniach choroby cywilizacyjne, jednak są to tak naprawdę choroby antycywilizacyjne. Cywilizacja jest szczytem rozwoju danej kultury. Świat zachodni wyrósł w oparciu o kulturę łacińską, która oddziaływała na kontynent europejski i jego zamorską ekspansję o wiele dłużej jako kultura chrześcijańska niż jako kultura pogańskiego Rzymu. Była to cywilizacja Christianitas – źródło i zarazem środowisko rozwoju narodów oraz państw. To co dziś jeszcze dobre, rozwinięte i stałe w kulturze zachodniej pochodzi z tej wspaniałej cywilizacji. Jednak wstępnie od czasów renesansu, ale na pełną skalę od czasów oświecenia ta cywilizacja rozsadzana jest przez siły rewolucyjne, które negują jej podstawowe zasady, które wywracają ją do góry nogami, które budują swoistą antycywilizację. I te wszystkie problemy psychiczne, z którymi zmagają się ludzie są pierwszymi owocami tego barbarzyńskiego systemu. Kolejki do psychologów wydłużają się, recepty z psychotropami stają się coraz bardziej powszednie. Tymczasem jest to głód duszy, który nigdy nie zostanie zaspokojony doczesnymi rozwiązaniami czy farmakologią, którego nie da się pozbyć bez Boga w sercu. Oczywiście nie neguję istnienia sfery psychicznej i psychologii jako takiej (choć większość jej nurtów ma swe źródła we wspomnianej rewolucyjnej antycywilizacji), ale w większości przypadków wynika ona z problemów duchowych, z próby wymazania istnienia rzeczywistości duchowej z ludzkiej świadomości. A tymczasem ona istnieje, jak to rzeczywistość, i nie znosi próżni. Ale to dopiero początek. Antycywilizacja doprowadza przez rozkład jednostek do rozkładu społeczeństw. Te kryzysy, które narastają: gospodarczy, pseudoekologiczny, obyczajowy, edukacyjny, ta cała psychoza i totalitarna maszyneria wprawiona w ruch przy okazji wydarzeń z ostatnich trzech lat – to są wszystko owoce rewolucyjnej barbarii, która jak każda jedna, pożera własne dzieci.

Podobno Einstein mówił, że szaleństwem jest robić ciągle to samo i oczekiwać innych rezultatów. A świat w tej chwili właśnie tak postępuje: na problemy powodowane hedonizmem ma kolejną receptę – jeszcze więcej hedonizmu.

Dokładnie tak. To jest błędne koło. To rewolucyjne przekonanie, że mamy rację, że choć wokół ściele się trup, nędza i zniewolenie, że choć owoce naszego działania są zarobaczone u zarania, to widać rewolucja jeszcze nie została dokończona i trzeba jeszcze bardziej się radykalizować. Tak myślały ideologiczne dzieci Robespierre’a, gdy klaskali podczas ścinania mu głowy na tak umiłowanej przez niego gilotynie; tak myśleli komuniści po śmierci Stalina i tak łudzą się współcześni posthippisi piastujący funkcje w międzynarodowych parlamentach i grupach wpływu. To właśnie tępota rewolucyjnego myślenia. Zaślepienie, przez które ten świat wciąż popada w coraz to nowe, ale jakże łudząco do siebie podobne kryzysy.

Będzie Ojciec poruszał tak trudne i ważne sprawy na blogu na naszym portalu?

Z chęcią. Nie będzie to często z racji dość licznych posług, ale postaram się dzielić katolickim spojrzeniem na różne sprawy w otaczającej nas rzeczywistości. Jestem też otwarty na różne pytania ze strony czytelników.

Zdaje sobie Ojciec sprawę z faktu, że pytania mogą być trudne?

Oczywiście. Jestem gotowy na każde. Od lewa do prawa. Nie jestem reprezentantem tej grupy duchownych, którzy na pytania odpowiadają: bo tak albo Bóg tak chciał. I choć w większości spraw rzeczywiście Bóg tak chce to zawsze warto dodać: dlaczego tak chce? Chce, bo to ważne dla naszego zbawienia. Uważam, że na miażdżącą większość zagadnień nauka katolicka ma zgodną z prawdą i rozumem odpowiedź, chociaż są wśród nich i takie, których nie da się pojąć bez daru nadprzyrodzonej wiary.

Wracając do Wielkiego Postu. Jak ten czas wygląda w Waszym zgromadzeniu?

Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, bo nie ma w Zgromadzeniu jednej praktyki. I dotyczy to nawet jednego kraju, czy prowincji. W Polsce na pewno wszędzie zachowujemy to absolutne minimum, czyli nakazane posty w konkretne dni, jest więcej nabożeństw pokutnych i pasyjnych, wielu współbraci podejmuje posługę rekolekcyjną. Tam, gdzie prowadzimy parafie, na nich skupia się całe zaangażowanie. W Rybniku to przede wszystkim jeszcze więcej posługi w konfesjonale. Mówię jeszcze więcej, bo i na co dzień jesteśmy konfesjonałem powiatu, a nawet dalszych okolic. A co do jakichś specjalnych praktyk, czegoś więcej niż norma, to już zależy od poszczególnych współbraci i ich osobistej pobożności.

Konfesjonałem powiatu? Proszę wyjaśnić.

Posługujemy od lat w tzw. stałym konfesjonale. Są to wydłużone godziny spowiadania w dni powszednie: do południa od 8:00 do 12:00 i po południu od 18:00 do ostatniego penitenta. Oraz praktycznie po tygodniu niemal całodziennej spowiedzi przed wielkimi świętami – Narodzenia i Zmartwychwstania Pańskiego. Gdy spotykam ludzi z okolic i pytają, gdzie posługuję, to na odpowiedź, że w kościele przy dworcu PKP niemal każdy mówi: A, u Misjonarzy, tam gdzie się zwykle spowiadamy.

Powiem jako ciekawostkę, że mój Ś+P Ojciec, który w roku 1978 skończył rybnickie technikum górnicze wspominał, że większość uczniów także się spowiadała u Misjonarzy.

Tak, ten apostolat trwa od wielu lat. Działał jeszcze w dawnym budynku naszego klasztoru, w którym dziś jest politechnika.

Zapytam na koniec, co Ojcu się marzy na Wielkanoc.

Będę trochę zaczepny na początku odpowiedzi na to pytanie. Ale zaczepność zmusza do myślenia, a to jest jednym z fundamentów katolicyzmu. Otóż w dobie, kiedy świeckość przenika do kościelności tak bardzo, że marzenie staje się kategorią teologiczną nawet w dokumentach papieskich, wolę użyć słowa pragnienie. A na najbliższą Wielkanoc pragnę z całego serca tej świadomości i integracji wiary jaką miał św. Tomasz Apostoł tuż po tym, jak Pan nasz Jezus Chrystus kazał mu włożyć palce w swe Przenajświętsze Rany, by Tomaszowe Pan mój i Bóg mój stało się moim – do reszty, do końca, do cichego ponoszenia trudów i cierpienia, do gotowości męczeństwa. Pragnę tego najpierw dla siebie, ale i dla wszystkich ludzi, szczególnie dla wiernych katolików, by nie przepuścić tych zbawczych celebracji Świętego Triduum przez palce, by stać się uczniem Baranka zabitego, a wieczne żyjącego, w pełnym znaczeniu tego słowa. Co daj nam dobry Boże. Amen.

Dziękuję za rozmowę.

*Ojciec Maciej Szumilak SVD (Misjonarz Słowa Bożego) urodził się w roku 1991 na Roztoczu. Skończył pierwszy stopień etnologii i antropologii kulturowej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz jednolite studia magisterskie z teologii w Misyjnym Seminarium Duchownym Werbistów w Pieniężnie, które afiliowane jest do Wydziału Teologii UWM w Olsztynie. Święcenia kapłańskie przyjął w maju 2020 roku. Obecnie posługuje w parafii pod wezwaniem Królowej Apostołów (Misjonarze) przy ul. Kościuszki w Rybniku. Od marca będzie stałym blogerem na naszym portalu.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button