Historia

Z fajką w ustach muszę wyglądać dostojnie

Czwarta wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej

Fajka stała zwykle na parapecie okiennym w kąciku. Moje spojrzenia, spojrzenia pięcioletniego brzdąca, biegały często ku niej i obmacywały ją z podziwem.
Gdy ojciec powrócił do domu z roboty, wtedy usiadł wygodnie koło okna, sięgnął po fajkę i zaczął przy niej manipulować. Porozkręcał ją na kilka kawałków, każdą część z osobna przedmuchiwał, a gdy była zapchana, przeżgiwał ją zapałką lub specjalnym drucikiem. Potem znowu części poskręcał, przedmuchał całość i odstawiał ją znowu na okno.

– Czy tata dzisiaj nie będzie kurzył? – pytałem.
– Trzeba najpierw nakrajać tytoniu – odpowiadał ojciec.

Przygotowania do krajania tytoniu były zawsze takie same. Najpierw ojciec przyniósł ze szafy tytoń, zawinięty w gruby nieprzepuszczający wilgoci papier. Rozwinąwszy papier zaczął obwąchiwać tytoń.

– Podaj, Janeczku, deskę! – rozkazał ojciec.

Migiem schyliłem się pod szafę i wyciągnąłem spod niej deskę, która służyła wyłącznie do krajania tytoniu.
Ojciec tymczasem wyjął z kieszeni nóż, otworzył go, podszedł do glinianego garnka, który stał na piecu, przejechał kilka razy po grzbiecie garnka nożem w jedną i drugą stronę, potem zaczął krajać tytoń. Palcami lewej ręki ściskał liście tytoniu, a nożem krajał drobniutkie strzępy zgnieciony tytoń.

– Wystarczy na dwa, trzy dni – orzekł wreszcie.

Dalsze czynności wiedziałem już na pamięć. Teraz ojciec schowa nóż, odniesie do szafy pozostały niepokrajany tytoń, sięgnie po fajkę, załaduje ją pokrajanym tytoniem, ugniecie go mocno prawym kciukiem, fajkę włoży uroczyście do ust, potem obmaca wszystkie kieszenie w poszukiwaniu czegoś.

– Tu są zapałki – powiedziałem, podając ojcu domyślnie przyniesione zawczasu zapałki z pieca.

Ojciec zapalił z powagą i począł z wysiłkiem cmokać i wciągać coś w siebie. Zapałkę trzymał długo w palcach i odrzucał ją dopiero wtedy, gdy zaczęła parzyć w palce. Przyspieszone z początku cmokania powoli przechodziły w spokojny, dostojny rytm, a każdemu cmoknięciu towarzyszyło wypuszczenie z ust kłębu dymu.
Patrzyłem w ojca jak w przepiękny obraz. Zachwycało mnie wszystko. I fajka, tak cudacznie poskręcana, i ten poważny ceremoniał z krajaniem tytoniu, i to zapalanie fajki połączone z niebezpieczeństwem poparzenia palców, i te dziwaczne w swoich kształtach kłęby dymu, i ta dostojna powaga ojca przy tej czynności. Tymczasem ojciec wyjął z kieszeni pacharzynę. Do wysuszonego, pomarszczonego pęcherza zgarnął pozostały pokrajany tytoń, zakręcił pęcherz, związał wiszącą u niego tasiemką i schował do kieszeni.

– Odnieś deskę, Janeczku!

Odniosłem posłusznie deskę. Wróciwszy przypatrywałem się z podziwem ojcu siedzącemu dostojnie i puszczającemu dym. Niekiedy, gdy dym zbliżał się zbyt do mnie, ojciec odpędzał go ręką, jakby mnie chciał przed nim ochronić.
Tymczasem w mojej dziecięcej wyobraźni powstał obraz, przedstawiający palącego fajkę w przepięknych i pociągających barwach. Jak to długo trwało, dziś już nie pamiętam, ale w pewnej chwili wyrwało mi się z duszy nieprzeparte pragnienie:

– Ja muszę też tak wyglądać jak Ojciec!

Kiedyś, gdy nikogo z rodziny nie było w domu, a fajka stała jak zwykle w kąciku na parapecie okiennym, ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie. Nie widziałem nic wkoło siebie, prócz fajki. Fajka urosła w mojej wyobraźni do symbolu jakiejś bliżej nieokreślonej szczęśliwości. Coś pchało mnie tak gwałtownie ku niej, że nie mogłem się oprzeć.

– Teraz, albo nigdy. Jeśli sięgnę po fajkę, włożę ją do ust i będę cmokał, jak to czynił ojciec, wtedy będę szczęśliwy.

Jakże było się oprzeć tej pokusie? Wziąłem fajkę. Usiadłem dostojnie na krześle. Fajkę włożyłem do ust. Zacząłem cmokać. Po zapałki nie sięgałem. Niebezpieczeństwo poparzenia palców odstraszało mnie od tego. Widziałem, że ojciec wciągał w siebie często coś z fajki, potem puszczał dym, a czasem splunął. Próbowałem naśladować go w tym. Dymu jakoś wydostać z fajki nie mogłem, ale zrobiłem ważne odkrycie. Jeśli wciągnąłem w siebie powietrze, wtedy do ust wsiąkał mi jakiś płyn. Płyn ten był w smaku straszny. Chciałem go wypluć, ale przyszło mi na myśl, że może to jest ten jakiś niezmiernie cenny płyn, który należy połykać, jeśli chce się być dostojnym i ważnym, i dorosłym. Zrazu czułem nawet pewnego rodzaju dumę z tego, że połknąłem ten niesmaczny sok z fajki. Ojciec nie okazywał niczego, co by wskazywało na to, że ten sok nie jest smaczny. Widocznie należy to męskości. Widocznie smak dorosłych jest inny. Oto przezwyciężyłem te przykrości, jak je przezwycięża dorosły i dostojny ojciec.
Ale to uczucie zadowolenia nie trwało długo.
Moja dostojność zaczęła mi się nie podobać. Fajka stawała się coraz mniej ponętna. Zdecydowałem się, sam nie wiem dlaczego, odstawić ją do kącika na parapet okienny. Nie wiem też, dlaczego zbliżyłem się do łóżka. Czyż mi się zachciało nagle spać? Czy może zabolała mnie głowa? Położyłem się. Leżąc – chciałem czuwać. Przecież matka przykazała mi, żebym pilnował w domu. Matka wyszła, żeby coś załatwić. Miała wrócić, by przygotować obiad. Musi już zjawić się w każdej chwili.
A potem zacząłem śnić. A może marzyć na jawie. I zobaczyłem siebie znowu na ojcowym krześle, z fajką w ustach, puszczającego kłęby dymu. Ale oto jeden z tych kłębów dymu zaczyna poruszać się niby jakieś żywe stworzenie. Jeszcze takiego nie widziałem. Ni to pies, ni to ptak, ni to jaszczurka. Raczej wszystko razem. I to dziwaczne stworzenie zaczęło przybliżać się do mnie. Patrzyło we mnie przenikliwymi ślepiami, wyciągało ku mnie pazury i skrzydła, chciało mnie chwycić za gardło. Ale ja zacząłem krzyczeć o ratunek. Wtedy to dziwaczne stworzenie chwyciło mnie swymi łapami za brzuch. Jakiś okropny ból szarpnął mną. Potem uczułem, że coś ściska mnie koło gardła. Coś chciało się z żołądka przez gardło przecisnąć. Nagle chlusnęło.

– Co ci to, Janeczku? – pytał mnie troskliwy matki głos.

Matka trzymała mi głowę.

– Prędko, wiadro tu postaw.

Ale siostra, do której skierowany był ten rozkaz, nie zdążyła przyjść z wiadrem. Coś ze mnie wyskoczyło i rozlało się brzydką kałużą na podłodze. Widziałem tę kałużę półprzytomnymi oczami i dziwiłem jej się, że coś podobnego mogło ze mnie wyskoczyć. Co też to mogło być?

– Jaki on blady! – powiedziała siostra.
– Doprawdy! Jaki blady! Musi być chory!

Rozebrali mnie, umyli i położyli do mojego łóżka. Potem zmierzyli mi gorączkę. Matka z przerażeniem patrzyła na termometr.

– Czy to możliwe? Czterdzieści stopni! Trzeba zaraz wezwać lekarza.

Matka przyłożyła mi dłoń do czoła.

– Pali! On chory! Boże, ratuj! Co się stało?

Widziałem przez mgłę, że matka porwała ze szafy jakiś ręcznik, zamoczyła go we wodzie i położyła mi na głowie. W pierwszej chwili przeraziłem się wilgoci, potem było mi przyjemnie z tym chłodem. Matka wyleciała za drzwi.
Siostra głaskała mnie czule po ręce, która spoczywała na pierzynie.

– Lekarz przyjdzie do ciebie, Janeczku. Nie bój się lekarza. Lekarz jest bardzo mądry. Tylko spojrzy na ciebie. Zaraz odgadnie, co ci jest.

Ogarnął mnie niewyraźny lęk. Spojrzałem ku oknu, gdzie w kąciku stała fajka.

– Czy lekarz zaraz odgadnie? – spytałem cicho.
– Zaraz. I przepisze ci lekarstwo. I zaraz będziesz zdrowy.

Matka przyleciała zadyszana.

– Zatelefonowałam. Zaraz przyjedzie.

Ale to “zaraz” trwało dość długo. Siostra wystawała na progu. Co pewien czas wpadała do mieszkania i meldowała:

– Nie widać go jeszcze, ale zaraz tu być musi.

Wreszcie po kilkunastu meldunkach negatywnych krzyknęła:

– Mamo, jakaś powózka stanęła na szosie przed naszym domem!

Matka rzuciła warzechę w garnek, zrzuciła brudny fartuch i wyleciała za drzwi. Po chwili wróciła. Za nią wszedł wysoki, chudy pan z okularami na nosie, z kapeluszem w jednej, a teczką i laseczką w drugiej ręce. Porozglądał się po pokoju, odłożył kapelusz, laskę i teczkę. Przysunął krzesło do mojego łóżka. Usiadł. Wyjął z kieszeni kamizelki zegarek, drugą ręką uchwycił moją rękę i w milczeniu patrzał na zegarek.

– Niedobrze. Ile ma gorączki?
– Czterdzieści. Przeraziłam się, panie doktorze.

Wsadził mi termometr pod pachę. Potem wywiązał się następujący dialog:

– Pokaż język!

Pokazałem język.

– Główka cię boli?

Przytaknąłem, że boli.

– Brzuszek cię boli?

Przytaknąłem, że boli.

– Zwracał? – z tym pytaniem zwrócił się do matki.

– Zwracał. Okropnie. – Matka przyniosła wiadro z obrzydliwymi wymiotami.
– Wyraźne objawy zatrucia. Musiał coś trującego zjeść. Zapiszę mu zaraz lekarstwa.

Lekarz podał matce jakąś karteczkę i objaśniał, co i jak, i kiedy należy mi podać.

– Jeśli za trzy dni nie będzie lepiej, dajcie mi znać.

Wstał i zaczął się zabierać do wyjścia. Matka mięła coś w garści.
– Co się panu doktorowi należy?
– Mnie tyle, dorożkarzowi tyle.

Nie pamiętam już kwoty.

Matka zrobiła przerażoną minę. Rachunek musiał być słony. Nie była na to przygotowana. Zniknęła w drugiej izbie. Wróciła. Podała lekarzowi żądane pieniądze. Lekarz wsadził pieniądze szybkim ruchem do kieszeni w kamizelce, potem sięgnął po termometr.

– Czterdzieści. Okłady zimne można robić dalej. Trzy dni ścisła dieta. Nie dać jeść. Wyraźne zatrucie. I to mocne. Przyznaj się, mały, co zjadłeś?

– Nic – brzmiała moja wystraszona odpowiedź. – Co mi mama dała – poprawiłem się.
– Nie ulega żadnej wątpliwości: zatrucie. Musiał coś trującego przyjąć do organizmu. Gorączka wysoka, ale miejmy nadzieję, że wyzdrowieje.

Zabrał swoje rzeczy i wyszedł. Matka i siostra wyprowadziły go na podwórko.

Tymczasem w mojej rozpalonej mózgownicy kłębiły się straszne myśli:
– Czyżby ten przedziwny sok z fajki miał być taką trucizną? Patrzcie, byłbym się otruł. No, ale już więcej tego fajczyska nie wezmę do ust. Obrzydliwe to! Paskudne! I trujące!

Matka i siostra wróciły do mojego łóżka. Matka westchnęła:
– Tyle pieniędzy. Ojciec będzie na to cały tydzień musiał robić! A do tego jeszcze lekarstwa. Nie szkodzi! Byle nam tylko Janeczek wyzdrowiał i nie umarł. Matka pomaczała ręcznik we wodzie i przyłożyła mi go do głowy.

– Janeczku! Janeczku, powiedz, zjadłeś co, gdy mamy w domu nie było?

Potrząsnąłem głową, że nie. Przecież nic nie jadłem.

– Lekarz powiedział, że musiałeś coś zjeść, coś trującego.

Ten lekarz był mądry, ale nie zupełnie. Odgadł, że coś trującego, ale co to było, nie wiedział.
Po tygodniu wstałem z łóżka, po dwóch czułem się znów jako tako zdrowy. Ale na fajkę, która ciągle jeszcze stała w kąciku na parapecie okiennym, patrzałem z obrzydzeniem.

– Nigdy w życiu tego paskudztwa nie wezmę do ust.

I dotrzymałem słowa.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button