Historia

Zdejmże ten krawat i te buty!

Dwudziesta pierwsza część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej

Pewnego dnia przybiegła do nas służąca z probostwa. Mieszkałem wówczas z matką blisko kościoła. Ojciec mój już nie żył wtedy. Miałem dziesięć lat.

– Jest Janek w domu?
– Jest! – matka oderwała wzrok od szycia i spojrzała ku mnie. Siedziałem obok i przyszywałem guziki.
– A ma czas?
– Ma. Czemu nie.
– A mógłby iść do miasta? Z księdzem?
– Może iść. Czemu nie. Janek! Zaraz! Połóż to i idź! Zaraz ma iść?
– Zaraz, nie zaraz. Tak za dziesięć minut.
– A z którym księdzem? – zaciekawiła się matka.
– Z księdzem misjonarzem.

Służąca poszła. Ja porzuciłem igłę i guziki, i wstałem, żeby się przygotować do drogi. Stanąłem na środku pokoju i zacząłem się namyślać:

– Z księdzem. Misjonarzem. Do miasta! To znaczy, że trzeba ubrać się porządnie!

O porządnym ubraniu się miałem wówczas bardzo swoiste wyobrażenie. Wyciągnąłem więc ze szafy najnowsze ubranie. Granatowe. To, w którym przystąpiłem do pierwszej komunii świętej. Potem oczyściłem trzewiki. Też te najlepsze. Potem świeżą koszulę, sztywny kołnierzyk i krawat. Przygotowałem sobie to wszystko, następnie umyłem się i ulizałem porządnie włosy. Potem ubrałem się.
Trzewiki uciskały mnie trochę. Namyślałem się, czy nie wziąć innych, starszych, ale wygodniejszych.

– Przecież nie mogę iść obok księdza w starych trzewikach!

Potem z trudem zapiąłem pod brodą sztywny kołnierzyk. Naciągałem go tak, że mi aż oczy wychodziły! Na kołnierzyku zawiązałem gruby krawat. Właściwie nie zawiązałem, ale zapiąłem. Był to stary krawat po ojcu. Jedwabny. Błyszczący i mieniący się różnymi kolorami. Na głowę wsadziłem czapkę.

– Już! Jestem gotowy! – zameldowałem matce
– Obróć się!

Obróciłem się kilka razy wkoło.

– Dobrze. Możesz iść! A nie zapomnij pochwalić Pana Boga!
– Dobrze. Nie zapomnę!
– A jakbyś co dostał za drogę, to nie zapomnij podziękować.
– Dobrze. Nie zapomnę.

Kręcąc głową i szyją w ciasnym sztywnym kołnierzyku wyszedłem z mieszkania na podwórze, potem na drogę. Słońce prażyło niemiłosiernie. Był lipiec. Godzina druga.

– Gorąco mi będzie! Spocę się! – myślałem

Ksiądz to nie byle kto. I miasto też nie byle co. Nie można pokazać się ani księdzu, ani z księdzem, a tym bardziej w mieście w byle jakim ubraniu. Trzeba koniecznie w najlepszym i najnowszym. Co by też ludzie pomyśleli o księdzu albo i o mnie!
Czekałem na księdza przed probostwem. Usiadłem sobie na kamiennych schodach. Ktoś zbiegł po schodach.

– Jest już ten chłopiec, co ma iść ze mną na stację?
– Jest! – zawołałem ze schodów i wszedłem do wnętrza
– Jesteś? To dobrze. Weź chłopcze tę walizkę. Uniesiesz ją?
– Uniosę. Uniosę.

W tej chwili przypomniało mi się, co przykazywała matka.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – rzekłem pośpiesznie

Ksiądz Misjonarz pędził jeszcze do jakiegoś pokoju. Usłyszał moje pozdrowienie. Odpowiedział ze śmiechem

– Na wieki. Na wieki wieków. Amen.

Walizka była dość ciężka. Oceniłem z miejsca, że w ręce jej nie uniosę. Wziąłem ją przeto na ramię. Moja postać musiała się wskutek tego mocno wygiąć w różne strony.
Wyszedłem na drogę. Przechodząc koło kościoła musiałem zdjąć czapkę przed Panem Jezusem. Udało się, ale z trudem. O mało przy tym nie upuściłem walizki.
Po chwili dogonił mnie Ksiądz Misjonarz. Zrównał się ze mną i popatrzał na mnie badawczo. Pokiwał głową, potem rzekł:

– Chłopcze! Jakżeś ty się ubrał? Zdejmże ten krawat! I ten kołnierz! I te trzewiki! Upieczesz się w tym.
Spuściłem wzrok ku ziemi, ale nie okazałem najmniejszej ochoty w kierunku wypełnienia polecenia Księdza Misjonarza.

– Stań! Połóż walizkę na ziemi! – rozkazał

Tym razem spełniłem rozkaz.

– A teraz zdejm krawat, kołnierzyk i buty!

Nie usłuchałem rozkazu. Patrzyłem w ziemię. Końcem trzewika kreśliłem jakieś bezmyślne linie po piasku.
Ksiądz patrzał na mnie śmiejąc się.

– Chłopcze! Wiem! Myślisz sobie tak: ksiądz idzie w trzewikach i z kołnierzykiem na szyi, to ja też muszę. Przyznaj się. Powiedz! Tak myślisz?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wykrztusiłem w końcu:

– Tak.
– Naturalnie! Chłopcze pomyśl sobie, że ja pójdę boso i bez kołnierzyka. Jakby to wyglądało? Co by sobie ludzie pomyśleli. Widzisz taki już jest zwyczaj, że księża muszą, czy chcą, czy nie chcą, nosić trzewiki i kołnierzyki. Ale wierz mi, chłopcze, że z największą przyjemnością zrzuciłbym jedno i drugie. Z przyjemnością szedłbym boso i bez kołnierzyka. Ale tobie to niepotrzebne. Zrzuć to zaraz! Przecież nie jesteś księdzem i ciebie nie krępują takie ostre przepisy, jak nas, księży! Zaraz! Zrzuć to! Idź! Zanieś to do domu. Zaczekam tu na ciebie! Ale pośpiesz się, bo czasu mamy mało.

Pokonał mnie. Zdruzgotał, choć niezupełnie. Chwyciłem za krawat i zacząłem nim szarpać. Gdzieś coś tak się mocno złączyło, że nie mogłem odpiąć krawatki. Szarpnąłem mocniej. Coś zaczęło trzeszczeć.

– Pomału, bo podrzesz! – hamował mnie ksiądz

Krawatka była już rozdarta na dwie części. Zabrałem się do kołnierzyka. Zdjąłem go z trudem, już po drodze do domu. Krawat i kołnierzyk zostawiłem w domu. Przez chwilę zastanawiałem się, czy zdjąć trzewiki.

– Nie, trzewików nie zdejmę. Jakbym wyglądał? Boso w mieście?

Zdawało mi się, że gdybym w mieście pokazał się boso, wtedy musiałoby stać się coś nadzwyczajnego. Może nastąpiłoby trzęsienie ziemi, albo też kamienice w mieście powywracają się z oburzenia na widok moich bosych nóg.

– Trzewików nie zdjąłeś? – spytał poważnie ksiądz.
– Nie! – odpowiedziałem stanowczo.
– To chcesz iść w trzewikach?
– Tak!
– No, niech będzie, jak chcesz. Ale myślę, że lepiej by było iść boso.

Wziąłem walizkę na ramię i niosłem ją cierpliwie za księdzem.

Do miasta było godzinę drogi. Ksiądz zrazu rozmawiał ze mną i żartował, potem wyjął różaniec.

– Odmówię sobie różaniec po drodze! Chcesz, możesz odmawiać ze mną.

Co kilkadziesiąt kroków przekładałem walizkę. Z lewego na prawe ramię. I odwrotnie. Czasem postawiłem walizkę na ziemi, wyjąłem z kieszeni chusteczkę i ocierałem pot. Potem wkładałem walizkę na ramię i maszerowałem dalej. Ksiądz odwracał się od czasu do czasu. Spoglądał na mnie badawczo.

– Ciężko ci? – pytał
– Nie, nie! Lekko.

Po jakimś czasie ksiądz znowu się odwrócił, spoglądał chwilę na mnie i rzekł:

– Trzewiki uciskają, co? Otarłeś sobie nogi?
– Nie, nie!
– To może od urodzenia jesteś kulawy?
– Nie jestem wcale kulawy! – broniłem się

Ale równocześnie uświadomiłem sobie, że rzeczywiście coś mnie gniecie w trzewiku. Może to gwoździe? Może kołki? A może tylko tak nogi napęczniały i nie mogą zmieścić się w trzewikach? Niosłem cierpliwie walizkę dalej. Ksiądz odwrócił się znowu. Spojrzał na zegarek.

– Wiele już czasu nie mamy. Daj walizkę! Poniosę kawałek sam. A ty usiądź sobie tu na trawie, i zdejm trzewiki! Zaraz! Zobaczysz, jak ci ulży. Dogonisz mnie.

Ksiądz wziął walizkę i poszedł. Przez moment jeszcze zastanawiałem się, co robić.

– Eh, niech się wywrócą kamienice w mieście!

Zdjąłem buty. Związałem je sznurowadłami i zawiesiłem je sobie przez ramię. Doznałem ulgi. Wielkiej ulgi. Wnet dogoniłem księdza.

– Proszę dać walizkę. Poniosę.
– Zdjąłeś trzewiki? Lepiej, prawda?
– Lepiej! – przyznałem

Wziąłem walizkę od księdza i niosłem ją dalej. Zdawało mi się, że jest teraz znacznie lżejsza. Gdy zbliżaliśmy się do miasta, napadły mnie różne wątpliwości.

– A może to jednak niedobrze wchodzić do miasta boso?
– A nuż zawalą się kamienice?
– A jeśli będzie trzęsienie ziemi?
– A może lepiej wdziać trzewiki na nogi w mieście?
– Jakże będę wyglądał z trzewikami na ramieniu?

Ksiądz patrzał coraz częściej na zegarek i coraz bardziej przyśpieszał kroku. Weszliśmy już do miasta. Minęliśmy grupę chłopców. Starszych i młodszych ode mnie.

– Widziałeś ich? Nie wstydzą się iść boso! A starsi od ciebie! I żaden z nich nie ma kołnierzyka sztywnego, ani krawatki. Jest lato! Bądź szczęśliwy, chłopcze, że możesz chodzić boso, bez krawatki i bez kołnierzyka!

Stanęliśmy przed okienkiem. Ksiądz kupił bilet. Zgarnął resztę. Potem spojrzał na mnie.

– Ile zarobiłeś?
– Nie wiem.
– Masz. Jeśli za mało, powiedz.

Wziąłem monetę, którą mi wcisnął do ręki. Z ukosa spojrzałem na nią. Poznałem. Pięćdziesiąt fenigów.

– Za dużo! – powiedziałem i chciałem mu oddać monetę. Ale ksiądz już trzymał walizkę i odchodził.
– Dziękuję ci, chłopcze! Idź z Bogiem!
– Z Panem Bogiem! I Bóg zapłać! – dodałem z pośpiechem. Niewiele brakowało, a byłbym zapomniał podziękować. A tak mi matka przykazywała, żebym nie zapomniał.

Wracałem z ulgą. Już nie wstydziłem się, że idę boso i bez kołnierzyka, i krawatki. Nawet stwierdziłem, że mogłem spokojnie zostawić i marynarkę, i czapkę. Zdjąłem je. Czupryna była spocona. Koszula też. Po zdjęciu marynarki i czapki zrobiło mi się tak przyjemnie, że postanowiłem nie wkładać ich już na siebie. Związałem trzewiki razem z marynarką. Czapkę włożyłem do jednego trzewika. Potem przerzuciłem wszystko przez ramię tak, że trzewiki wisiały mi na plecach, a marynarka na piersiach. Maszerowało się tak znacznie wygodniej.

– A byłbym jeszcze lepiej zrobił, gdybym był to wszystko w domu zostawił. Jak mi ksiądz radził. Jaki też to człowiek jeszcze głupi!

Trzewiki, sztywny kołnierzyk, krawat – zostały w hierarchii wartości przesunięte o kilka stopni w dół.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button