Awantura o posiłki w szkołach naszego regionu. „Dzięki rządowi dzieci wychodzą ze szkoły głodne”

Miało być zdrowiej, nowocześniej i zgodnie z nowymi zasadami żywienia. Wyszło tak, że dzieci masowo odmawiają jedzenia szkolnych obiadów
Dzisiejsze klopsy z ciecierzycy miały być wartościowym posiłkiem. Większość uczniów nawet ich nie tknęła – usłyszeliśmy
Część wróciła do domu głodna, część musiała zostać nakarmiona przez rodziców lub dziadków, a niektórzy – jak relacjonują rodzice – pojechali po prostu do McDonald’s.
Trudno o bardziej absurdalny efekt „promowania zdrowego żywienia” – podkreślają rodzice –Dzięki rządowi dzieci wychodzą ze szkoły głodne.
I tak oto w szkołach naszego regionu narasta awantura o nowe zasady przygotowywania posiłków dla dzieci. I nie chodzi o to, że ktoś jest przeciwnikiem zdrowego jedzenia. Problem jest znacznie bardziej podstawowy: dziecko musi ten obiad najpierw zjeść.
Tymczasem w jednej ze szkół dzisiejszy obiad – klopsy z ciecierzycy, czyli potrawa oparta na warzywach strączkowych – miał zakończyć się kompletną porażką.
Według relacji rodziców oraz pracowników szkoły zdecydowana większość dzieci obiadu nie zjadła. Padają informacje, że posiłek zjadło zaledwie kilka osób. Dzieci miały próbować, wypluwać jedzenie, odkładać je i odmawiać jedzenia.
Jeżeli rzeczywiście skala problemu tak wygląda, a wszystko na to wskazuje, mamy do czynienia z sytuacją absurdalną – mówi nas informator –Szkoła przygotowuje jedzenie. Płaci za produkty, pracę kuchni, przygotowanie i wydanie posiłków. Dzieci tego jedzenia nie jedzą. A następnie wracają do domu głodne.
Jaki jest sens wydawania publicznych pieniędzy na obiady, które w praktyce lądują w koszu? – pytają się wzajemnie rodzice na forach
„Zdrowy obiad”, po którym jedzie się do McDonald’s
Najbardziej ironiczny jest jednak dalszy ciąg tej historii. Część dzieci, które nie zjadły obiadu, wróciła do domu. Rodzice albo dziadkowie musieli przygotować im coś do jedzenia.
Niektóre dzieci – według relacji rodziców – pojechały natomiast do… McDonald’s.
I trudno nie zauważyć absurdu tej sytuacji.
Jeżeli celem nowych zasad jest promowanie zdrowego odżywiania dzieci, a efektem jest sytuacja, w której dziecko nie je obiadu w szkole, a kilka godzin później rodzic kupuje mu fast food, to chyba najwyższy czas zadać pytanie, czy ktoś po drodze nie pomylił teorii z rzeczywistością.
Zdrowe jedzenie nie polega na tym, że dorosły uznaje, iż coś jest zdrowe, a następnie podaje to dziecku niezależnie od tego, czy dziecko jest w stanie i chce to zjeść – komentują rodzice
Czy naprawdę nie można zrobić bezmięsnego obiadu, który dzieci znają i lubią?
I tu dochodzimy do kolejnej kwestii. Nawet jeżeli przyjmiemy założenie, że w szkolnych jadłospisach powinno pojawiać się więcej posiłków bez mięsa – dlaczego musi się to odbywać właśnie w taki sposób?
Przecież bezmięsny obiad nie musi oznaczać ciecierzycy, soczewicy czy innych warzyw strączkowych podanych w formie, której dzieci po prostu nie akceptują.
Można przygotować placki ziemniaczane. Można zrobić naleśniki. Placuszki z cukinii. Pierogi. Zupy. Makaron. Ryż z warzywami. Kaszę w odpowiedniej formie. Dobrej jakości dania z jajkiem czy serem. Możliwości jest mnóstwo – słyszymy od rodziców
Nie można, bo przepisy zabraniają – mówi jedna z dyrektorek
Mówi, ale nieoficjalnie. Oficjalnie żaden dyrektor mówić o problemie nie chce. A problem jest.
Jeżeli dziecko dostaje coś, czego nie zna, nie lubi i czego nie jest przyzwyczajone jeść, a następnie słyszy, że powinno to zjeść, bo jest „zdrowe”, trudno oczekiwać cudów – komentuje jedna z nauczycielek
To nie jest problem jednej szkoły
Co szczególnie istotne, wszystko wskazuje na to, że problem może być znacznie szerszy.
Do rodziców docierają sygnały z kolejnych szkół naszego regionu. W rozmowach między rodzicami pojawiają się informacje o podobnych sytuacjach. Pracownicy innych placówek również mają mówić o problemach z akceptacją nowych posiłków.
To oznacza, że niekoniecznie mamy do czynienia z jednym nieudanym obiadem w jednej kuchni.
Dyrektor szkoły niewiele tutaj może
Rodzice chcą pisać do dyrekcji szkół. I oczywiście – warto pytać dyrektorów, co dokładnie zostało im narzucone i jakie mają możliwości reagowania na sytuację, w której dzieci masowo nie jedzą wydawanych posiłków.
Ale jeżeli źródłem zmian są ogólnokrajowe przepisy lub wytyczne, problem trzeba skierować wyżej.
Domagamy się interwencji poselskiej – słyszymy od rodziców
Wiemy, że w sprawę zaangażowała się już Górnośląska Fundacja Pomocy Prawnej. Rodzice wybierają się też do biura posła Romana Fritza.
Chcemy wiedzieć, czy posłowie zostali poinformowani o tym, jak nowe zasady żywienia wyglądają w praktyce? Czy ktoś policzył, ile jedzenia jest codziennie wyrzucane? Ile pieniędzy publicznych trafia do kosza? Czy ministerstwo sprawdziło, ile dzieci faktycznie zjada przygotowane posiłki? – pytają rodzice
Czekamy na odpowiedzi
Nie zamierzamy na tym etapie przesądzać, kto konkretnie odpowiada za taki stan rzeczy. Jeżeli natomiast szkoła wydaje obiad, dziecko go nie je, jedzenie ląduje w koszu, a kilka godzin później rodzic musi przygotowywać drugi posiłek albo kupować dziecku jedzenie na mieście, to trudno uznać taki system za sukces.
Do sprawy będziemy wracać.



