Wiadomości

„Wróć, bo cię zastrzelą”. Wodzisławianin ratował rannych w Krakowie!

Młody mężczyzna, przeszkolony w udzielaniu pierwszej pomocy, pomagał rannemu policjantowi. Jego matka, mecenas Anna Piotrowska z Wodzisławia Śląskiego, przez cały czas była przekonana, że strzały mogą paść ponownie

Do Krakowa przyjechali w niedzielę. Kobieta miała zawieźć syna, który studiuje w tym mieście. Po dotarciu do centrum wsiedli do tramwaju i jechali w kierunku Kazimierza. W pewnym momencie usłyszeli strzał.

Bardzo źle reaguję na takie nagłe, nieprzewidziane sytuacje. Syn od razu pociągnął mnie za płaszcz i schowaliśmy się za tramwajem. Po chwili padł kolejny strzał. Ktoś zaczął krzyczeć, że są ranni – relacjonowała Anna Piotrowska

Jej syn nie czekał. Gdy tylko usłyszał wołanie o pomoc, ruszył w kierunku rannych.

Zawołałam za nim, żeby wrócił, bo bałam się, że ktoś strzela z okien. On jednak już mnie nie słuchał. Pobiegł pomagać. Ja oczywiście ruszyłam za nim, bo w tamtym momencie najważniejsze było dla mnie, żeby go ochronić – opowiada kobieta

Na miejscu leżało dwóch rannych policjantów oraz napastnik. Początkowo świadkowie nie mieli pewności, kto jest sprawcą. Mężczyzna był ubrany w sposób przypominający wojskowy strój.

Syn Anny Piotrowskiej ma przeszkolenie z udzielania pierwszej pomocy. Na miejscu znalazł się również chirurg, który zaczął organizować pomoc dla poszkodowanych.

Chirurg wydawał konkretne polecenia. Mówił, co trzeba uciskać, co przytrzymać i jak pomagać. Mój syn wykonywał te polecenia. Przy drugim rannym pomagały z kolei dwie młode dziewczyny – relacjonuje mecenas

Jak wynika z jej relacji, pomoc była udzielana jeszcze przed przyjazdem pierwszego zespołu ratownictwa.

Dla matki była to jednak przede wszystkim sytuacja śmiertelnego zagrożenia dla jej dziecka.

Ja cały czas myślałam, że ktoś może strzelać z okien. Stałam przy synu i miałam odruch, żeby zasłonić go własnym ciałem. Wydawało mi się, że za chwilę znowu padną strzały – mówi

Kiedy na miejsce przyjechali policjanci, osoby udzielające pomocy zostały odgrodzone taśmą. Syn Anny Piotrowskiej został wylegitymowany, a funkcjonariusze zabezpieczyli jego dane jako świadka.

Kobieta, sama będąca adwokatką, szybko zwróciła uwagę również na kwestie dowodowe.

Powiedziałam policjantom, żeby zabezpieczyli łuski, bo ludzie poruszający się po miejscu zdarzenia mogli je po prostu podeptać. W pewnym momencie zaczęłam też nagrywać, bo uznałam, że trzeba zabezpieczyć wszystko, co może mieć znaczenie – relacjonuje

Jej syn po udzieleniu pomocy miał zakrwawione ręce. Nie miał rękawiczek ochronnych, dlatego matka pobiegła po wodę, aby mógł je oczyścić. Później mężczyzna pojechał do szpitala, gdzie został przebadany. Po wszystkim został jeszcze przesłuchany przez policję. Jak relacjonuje jego matka, przesłuchanie trwało około trzech godzin.

Najbardziej poruszająca jest jednak rozmowa, do której doszło już po tragedii. Kobieta nie ukrywa, że była wściekła na syna.

Wszyscy mówili mi, że zachował się wspaniale, że jest bardzo dzielny. A ja odpowiadałam, że dla mnie wcale nie był dzielny. Byłam przerażona. Powiedziałam mu, że w takiej sytuacji powinien przede wszystkim uciekać i szukać bezpiecznego miejsca – mówi

Syn miał odpowiedzieć, że gdyby jeszcze raz usłyszał wołanie o pomoc, zrobiłby dokładnie to samo.

I to właśnie mnie najbardziej przeraża. On powiedział, że ponownie pobiegłby do rannych. Ja mu tłumaczyłam, że jako matka myślałam tylko o tym, że mogę go stracić – relacjonuje Anna Piotrowska

Młody mężczyzna pomagał nie tylko rannemu policjantowi. Z relacji wynika, że udzielał pomocy również napastnikowi, który został obezwładniony. Dziś wiadomo, że ranny policjant jest w stanie stabilnym. Matka młodego mężczyzny podkreśla jednak, że w tamtym momencie nie myślała o tym, czy jej syn zachowuje się bohatersko.

Mówili mi: „Ma pani wspaniałego syna, uratował życie”. A ja cały czas myślałam o jednym: jeśli kiedyś wydarzy się podobna sytuacja, on znowu pobiegnie pomagać. I właśnie tego boję się najbardziej – podsumowuje Anna Piotrowska

Materiał powstał na podstawie wypowiedzi mec. Anny Piotrowskiej dla gazety Newsweek i nie został na ten moment autoryzowany przez A. Piotrowską z uwagi na brak możliwości kontaktu.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button