Rok 2029 już się zaczął? Awantura o „namaszczenie”, Boga i władzę pokazuje, że kampania trwa

W Rybniku do wyborów samorządowych jeszcze daleko. Oficjalnie nikt nie prowadzi kampanii, nikt nie zbiera podpisów, nikt nie wiesza banerów. A jednak polityczna wojna już jest. I to na całego
Wystarczył jeden wpis radnego Andrzeja Sączka, grafika z poparciem byłego prezydenta Józefa Makosza i kilka komentarzy o Bogu, by w mieście wybuchła awantura, która mówi więcej o stanie Rybnika niż niejeden oficjalny program.
„Jak Bóg da”. Czyli polityka symboli
A. Sączek nie ogłosił formalnie startu, ale zrobił coś znacznie sprytniejszego. Wrzucił do przestrzeni publicznej przekaz: mam poparcie dawnego prezydenta, mam ludzi, mam energię, jestem gotowy.
Potem dorzucił komentarze o woli Bożej, o tym, że jeśli mieszkańcy zechcą, wystartuje w 2029 roku. To nie był przypadek. To był starannie dobrany język.
Bo lokalna polityka nie opiera się wyłącznie na liczbach, budżetach i drogach. Opiera się też na emocjach, tożsamości i symbolach. Andrzej Sączek najwyraźniej uznał, że w Rybniku wciąż działa zestaw: tradycja, religia, patriotyzm, silny lider.
Kłosek odpowiedział. I odpalił kampanię przeciwnikowi
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Łukasz Kłosek uderzył ostro, pisząc, że to nie średniowiecze, nie ma żadnej koronacji, żadnego namaszczenia i żadnych boskich ingerencji. O tym, kto rządzi miastem, decydują mieszkańcy.
Brzmi rozsądnie? Owszem.
Problem w tym, że polityka rzadko nagradza samą rację. Częściej nagradza widoczność.
Atakując Sączka, Kłosek zrobił z niego pełnoprawnego pretendenta do fotela prezydenta. Pokazał mieszkańcom: uważamy go za realne zagrożenie.
A to dla polityka opozycji często bezcenny prezent.
W lokalnej polityce nie liczą się wyłącznie drogi, budżety i inwestycje. Liczą się także emocje, symbole i tożsamość. Sączek najwyraźniej uznał, że w Rybniku wciąż działa zestaw oparty na tradycji, religii, patriotyzmie i potrzebie silnego lidera. Taki przekaz zawsze mobilizuje część wyborców, zwłaszcza tych rozczarowanych obecną władzą.
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Łukasz Kłosek opublikował wpis, w którym stwierdził, że to nie średniowiecze, nie ma żadnej koronacji, żadnego namaszczenia i żadnych boskich ingerencji. O tym, kto zostaje prezydentem miasta, decydują wyłącznie mieszkańcy swoimi głosami. W warstwie merytorycznej trudno się z tym nie zgodzić. Problem polega jednak na tym, że polityka rzadko nagradza samą rację. Częściej nagradza widoczność.
Atakując Sączka, Kłosek zrobił z niego pełnoprawnego pretendenta do fotela prezydenta Rybnika. Pokazał mieszkańcom, że traktuje go jako realnego rywala. Dla polityka opozycyjnego to często najlepsza możliwa reklama. Jeśli przeciwnicy reagują nerwowo kilka lat przed wyborami, oznacza to, że widzą zagrożenie.
Komentarze pod oboma wpisami tylko potwierdziły skalę podziału. Jedni pisali, że Sączek to przyszły prezydent i jedyna szansa na zmianę. Drudzy odpowiadali drwiną, atakami personalnymi i odniesieniami do ogólnopolskiej polityki Prawa i Sprawiedliwości. Najciekawsza była jednak trzecia grupa – mieszkańcy zmęczeni wojną plemienną, pytający, czy nieustanna negacja przeciwnika to naprawdę jedyny pomysł na rządzenie miastem.
I właśnie ta grupa może w przyszłości zdecydować o wyniku wyborów. Twarde elektoraty zwykle są policzone. O zwycięstwie przesądzają ci, którzy dziś są zniechęceni, nieufni i mają dość politycznych awantur.
Spór o jedno facebookowe zdjęcie nie jest zatem błahostką. Był testem siły. Sprawdzianem, czy nazwisko Sączek budzi emocje, czy potrafi mobilizować zwolenników, czy przeciwnicy reagują natychmiast i czy temat niesie się po mieście. Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi: tak.
Rybnik wchodzi tym samym w nową polityczną epokę. Granica między samorządem a wielką polityką coraz bardziej się zaciera. Do miasta wchodzą mechanizmy znane z Warszawy czy Krakowa – polaryzacja, szybkie wojny w mediach społecznościowych, granie emocjami i budowanie popularności przez konflikt.
Najważniejszy wniosek jest prosty. Jeśli ktoś jeszcze uważał, że Andrzej Sączek jest politykiem drugiego planu, właśnie powinien zmienić zdanie. Kampania o Rybnik już się zaczęła. Bez plakatów, bez debat i bez oficjalnych kandydatów. Jednym wpisem w internecie.



