Publicystyka

„Bo inny nie przeżył…” Mieszkaniec Gaszowic uwolniony z obozu koncentracyjnego przypadkiem

O tym, że czasem ktoś przeżył, bo ktoś inny nie wrócił i o niezwykłych wojennych historiach mieszkańców naszego regionu z doktorem Janem Krajczokiem rozmawia Paweł Polok

Podczas wydarzenia Czernica szkicowana węglem rozmawialiśmy z Janem Krajczokiem, który mówił nie tylko o historii zapisanej w dokumentach, ale przede wszystkim o ludziach, których wojenne losy do dziś potrafią zaskakiwać. Jedna z opowiedzianych przez niego historii dotyczyła Franciszka Biskupa – przedwojennego powstańca, samorządowca i więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego… Ale dotyczyła też osoby, która dzięki staraniom rodziny Biskupa została uwolniona z obozu, kiedy dla niego samego było już za późno. Jan Krajczok opowiada o tych niezwykłych historiach, a także o tym, dlaczego lokalna historia wciąż potrafi odkrywać przed nami rzeczy niemal niewiarygodne.

Paweł Polok: Podczas „Czernicy szkicowanej węglem” pojawiła się historia Franciszka Biskupa i człowieka, który został uwolniony z obozu koncentracyjnego niejako przypadkiem… Brzmi to niemal niewiarygodnie.

Jan Krajczok: Takie historie rzeczywiście brzmią niewiarygodnie, ale one się zdarzały. Rodziny próbowały ratować swoich bliskich na różne sposoby. W grę wchodziły kontakty oficjalne, nieoficjalne, czasem pieniądze, czasem różnego rodzaju zobowiązania. Ludzie szukali każdej możliwości. W przypadku Franciszka Biskupa rodzina prowadziła starania o jego uwolnienie. Wszystko wskazywało na to, że sprawa była właściwie załatwiona. Tyle tylko, że nie zdążono go uwolnić. Władze obozowe podjęły decyzję o jego uśmierceniu. Oficjalnie miał umrzeć na zawał serca. Jednocześnie osoby, które pośredniczyły w sprawie jego uwolnienia, miały już zobowiązania wobec rodziny. Skoro nie można było uwolnić Biskupa, pojawiło się pytanie: kogo w takim razie wypuścić? I w ten sposób uwolniono mieszkańca Gaszowic – niejakiego Dworaczka.

Czyli jeden człowiek nie przeżył, ale dzięki wcześniejszym staraniom jego rodziny życie odzyskał ktoś inny?

Tak można tę historię odczytać, choć trzeba bardzo uważać z porównaniami. Nie była to przecież świadoma decyzja samego Biskupa, tak jak w przypadku świętego Maksymiliana Kolbego. Tutaj mamy zupełnie inną sytuację. Mamy natomiast pewien tragiczny paradoks: starania o uwolnienie jednego człowieka ostatecznie doprowadziły do uwolnienia drugiego. Dworaczek później wielokrotnie podkreślał, że jest gościem rodziny, która go ocaliła. To bardzo mocne świadectwo. Człowiek przez całe życie pamiętał, że przeżył dzięki komuś innemu.

Czy takich historii na Śląsku było więcej?

Oczywiście. I właśnie dlatego warto szukać lokalnych historii rodzinnych. Czasami dokumenty nie pokazują całej prawdy o tym, co się wydarzyło. Mamy relacje, wspomnienia, przekazy rodzinne. One mogą opowiadać o rzeczach, których nie znajdziemy w oficjalnej dokumentacji. Podobną historię opisywałem w przypadku ojca poety Rafała Wojaczka. Był śląskim powstańcem i nauczycielem, a więc osobą, która z punktu widzenia okupanta mogła znaleźć się na liście represyjnej. Trafił do obozu w ramach Intelligenzaktion. Tymczasem jego rodzony brat należał wówczas do NSDAP. Kiedy dowiedział się, że jego brat znajduje się w obozie – interweniował. I skutecznie doprowadził do jego uwolnienia. Co ciekawe, właściwie nie ma po tym śladu w dokumentacji obozowej.

To pokazuje, że rzeczywistość okupacyjna nie zawsze była tak jednoznaczna, jak mogłoby się nam dzisiaj wydawać.

Dokładnie. Nie oznacza to oczywiście, że system represji był łagodny. Był brutalny i zbrodniczy. Ale ludzie funkcjonowali w tym systemie i czasami wykorzystywali swoje znajomości, pozycję, rodzinne kontakty czy nawet przynależność organizacyjną, żeby ratować innych. Znam też historię osoby z mojej rodziny, mojej ciotki, która trafiła do obozu Zgoda właściwie przez przypadek, a później została z niego wyciągnięta. Przeżyła i dożyła późnej starości. Takich historii jest więcej.

Wspomniałeś także o Romanie Dykaczu. To kolejna niezwykła historia człowieka, który znalazł się w niemieckim obozie koncentracyjnym, a później został uwolniony.

Roman Dykacz to bardzo ciekawa postać. Przed wojną był związany z górnictwem i był dyrektorem kopalni Chwałowice – wówczas Donnersmarckgrube. W czasie wojny znalazł się w obozie koncentracyjnym. Spędził tam kilka miesięcy. I tutaj również wydarzyło się coś, co pokazuje złożoność tamtych czasów. W administracji kopalni znajdowali się Niemcy, którzy znali Dykacza i wiedzieli, kim jest. Doprowadzili do tego, że został z obozu zwolniony. Możemy się tylko domyślać, jakie były dokładnie mechanizmy tej decyzji. Być może argumentowano, że człowiek posiadający jego wiedzę jest potrzebny przemysłowi. Być może działały również inne kontakty. Faktem pozostaje, że został zwolniony i później nadal funkcjonował zawodowo…

…i takie historie są dzisiaj ważne…

… tak, bo historia lokalna nie składa się wyłącznie z wielkich wydarzeń i nazwisk znanych z podręczników. Składa się przede wszystkim z ludzi. Z ich wyborów, dramatów, przypadków, znajomości i rodzinnych historii. Czasami wystarczy jedna relacja, jedno wspomnienie wnuka czy córki, żeby zobaczyć wydarzenie historyczne zupełnie inaczej. I dlatego trzeba tych historii słuchać. Zwłaszcza teraz, kiedy odchodzą ostatni ludzie, którzy znali je jeszcze z rodzinnych przekazów. Za kilka czy kilkanaście lat możemy już nie mieć kogo zapytać.

Dziękuję za rozmowę.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button