Publicystyka

„Moje komórki poleciały do USA”. Rybniczanka opowiada, jak została dawcą szpiku

O bólu, spotkaniem z biorcą i strachu przed igłami z Agatą Sładek rozmawia Paweł Polok

Paweł Polok: Jak zaczęła się twoja przygoda z DKMS?

Agata Sładek: Wszystko zaczęła się około sześć lat temu, kiedy podjęłam decyzję o rejestracji w bazie dawców. Nie była to całkiem spontaniczna decyzja. Natknęłam się na reklamę Fundacji DKMS, a moja siostra, która już była zarejestrowana, trochę mi o tym opowiedziała. Przeczytałam podstawowe informacje i doszłam do wniosku, że skoro istnieje szansa uratowania komuś życia, to nie ma nad czym się zastanawiać. Zamówiłam pakiet rejestracyjny do domu, pobrałam wymaz z policzka, odesłałam go i… właściwie o wszystkim zapomniałam.

Kiedy odezwała się fundacja?

Po około dwóch latach. W sierpniu 2022 roku zadzwoniono do mnie z informacją, że jest konkretny pacjent zgodny ze mną genetycznie i zapytano, czy nadal jestem gotowa oddać swoje komórki macierzyste. Nie wahałam się ani chwili. Byłam wtedy z synem nad morzem w sanatorium, ale wróciłam do Rybnika i rozpoczął się cały proces kwalifikacji.

Jak wygląda taka procedura?

Najpierw wykonuje się badania potwierdzające zgodność tkankową z konkretnym pacjentem. Kiedy okazało się, że zgodność jest bardzo wysoka, skierowano mnie na kolejne badania krwi, żeby sprawdzić, czy jestem wystarczająco zdrowa, aby zostać dawcą. Dopiero wtedy dowiedziałam się, w jaki sposób będą pobierane komórki.

Jak wyglądało samo pobranie?

Ja znalazłam się w grupie około 90 procent dawców, od których komórki pobiera się z krwi obwodowej. Przez cztery–pięć dni przed donacją podawałam sobie w brzuch specjalne zastrzyki z czynnikiem wzrostu. Ich zadaniem jest zwiększenie liczby komórek macierzystych i przeniesienie ich do krwi. W dniu pobrania pojechałam do kliniki w Gliwicach. Zostałam podłączona do separatora komórkowego. Z jednej ręki krew trafiała do urządzenia, które wyłapywało komórki macierzyste, a następnie krew wracała do drugiej ręki. Całość trwała około czterech–pięciu godzin. Organizm oddaje jedynie nadwyżkę komórek, którą wcześniej wytworzył dzięki podanym zastrzykom.

Dowiedziałaś, komu pomogłaś?

Jeszcze w dniu donacji fundacja zadzwoniła z pytaniem, czy chcę poznać podstawowe informacje o biorcy. Można dowiedzieć się jedynie trzech rzeczy: płci, przybliżonego wieku oraz kraju pochodzenia. Okazało się, że moje komórki trafiły do dorosłej kobiety ze Stanów Zjednoczonych.

To pokazuje, że dawcy pomagają ludziom z całego świata.

Dokładnie tak. Rejestrując się w bazie, zgłaszamy gotowość pomocy pacjentom na całym świecie. Warto dodać, że każdy dawca otrzymuje legitymację dawcy przeszczepu, która daje m.in. możliwość korzystania z ambulatoryjnej opieki specjalistycznej poza kolejnością. Moja biorczyni napisała do mnie anonimowy list po przeszczepie. Opowiedziała, że zachorowała na ostrą białaczkę limfoblastyczną. W rodzinie nie udało się znaleźć zgodnego dawcy. Tak dzieje się bardzo często – jedynie około 25 procent pacjentów znajduje swojego „genetycznego bliźniaka” wśród najbliższych. Na szczęście znaleziono mnie w bazie. Nasza zgodność tkankowa była bardzo wysoka, dzięki czemu przeszczep przebiegł pomyślnie, a ona bardzo szybko wróciła do zdrowia.

Przez dwa lata mogliście kontaktować się tylko anonimowo?

Tak. Przez fundację wymieniałyśmy wiadomości, a fundacja dbała o zachowanie anonimowości. Po dwóch latach przepisy pozwalały już na ujawnienie danych, oczywiście za zgodą obu stron. Wypełniłyśmy odpowiednie formularze i dzięki temu odnalazłyśmy się. Dowiedziałam się, że ma na imię Karen, mieszka w Karolinie Północnej, jest żoną i mamą dwóch córek. Do dziś utrzymujemy kontakt.

Spotkałyście się również osobiście.

Tak. W lutym ubiegłego roku Karen napisała, że wybiera się z mężem do Włoch. Sprawdziła na mapie, że Rybnik jest niedaleko ich trasy, więc zapytała, czy mogłaby mnie odwiedzić. Oczywiście zaprosiłam ją. W kwietniu spotkałyśmy się w Krakowie. Byli z nami nasi mężowie i dzieci. To było niezwykle emocjonalne spotkanie. Trudno opisać uczucia, kiedy poznaje się osobę, której w pewnym sensie podarowało się drugie życie.

Wiele osób obawia się bólu. Czy oddanie komórek macierzystych rzeczywiście boli?

Wokół dawstwa narosło mnóstwo mitów. Największy z nich mówi, że szpik pobiera się ogromną igłą z kręgosłupa. To nieprawda. W 90 procentach przypadków komórki macierzyste pobiera się z krwi obwodowej – dokładnie tak, jak było u mnie. Samo podawanie zastrzyków nie jest szczególnie bolesne, a pobranie przy użyciu separatora również nie sprawia większego dyskomfortu. Pozostałe około 10 procent pobrań odbywa się z talerza kości biodrowej. Wtedy dawca trafia do kliniki na trzy dni. Sam zabieg wykonywany jest w pełnym znieczuleniu, więc nic nie boli. Osoby, które przeszły tę procedurę, porównują późniejszy dyskomfort jedynie do stłuczenia po uderzeniu o kant szafki.

Co powiedziałaby Pani osobom, które zastanawiają się nad rejestracją?

Naprawdę warto. Sama rejestracja zajmuje kilka minut, a dla kogoś może oznaczać jedyną szansę na życie. Ja zarejestrowałam się z myślą, że być może nigdy nie zadzwoni telefon. Zadzwonił. Dziś wiem, że dzięki tej decyzji gdzieś po drugiej stronie świata żyje człowiek, z którym do dziś utrzymuję kontakt. To doświadczenie zmienia życie – nie tylko pacjenta, ale również dawcy.

Dziękuję za rozmowę.

Redakcja ze swej strony zachęca wszystkich do rejestracji: https://www.dkms.pl/dzialaj/wirtualne-dni-dawcy/masz-moc-ktorej-nie-mozesz-zignorowac

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button