Jeden dzień z życia

Strzelajcie do nich! 17 sierpnia 1962 r.

Helmut i Peter cicho wchodzą do budynku. Obawiają się, że stukot butów zdradzi ich obecność, więc zdejmują je i zostają w samych skarpetach. Na parterze dostrzegają wspomniane okno. Jest wystarczająco nisko, by przez nie wyskoczyć

Obaj młodzi mężczyźni mają zamiar przedostać się z Berlina – Stolicy NRD (to oficjalna nazwa największego miasta Niemiec Wschodnich; za użycie samego tylko słowa Berlin lub – nie daj Boże – Berlin Wschodni – maturzyści oblewają cały egzamin) do Berlina Zachodniego.

W Berlinie Wschodnim od miesięcy narasta napięcie. Mur, który miał zatrzymać ucieczki, zbiera krwawe żniwo. Prawie co tydzień ktoś ginie na granicy. Ale to nie zraża Petera Fechtera. 18-letni robotnik budowlany marzy o tym, by zobaczyć starszą siostrę mieszkającą w zachodniej części miasta. Władze NRD odmawiają mu jednak zgody na odwiedziny. Wschodnim Niemcom rozpaczliwie brakuje siły roboczej, a 18-latek prawie na pewno z Zachodu nie wróci. Nie po to wszak budowano Mur, by teraz wypuszczać swoich obywateli. Władze wiedzą, co robią – do momentu budowy Zapory Antyfaszystowskiej (to właściwa zdaniem rządzących NRD nazwa Muru) ze Wschodu uciekło ponad 2 600 000 obywateli.

Peter zatem – przynajmniej legalnie – siostry nie odwiedzi.

Ale to go nie zraża. Wraz z kolegą, Helmutem Kulbeikiem, coraz częściej snuł plany ucieczki podczas przerw w pracy. W końcu nadarzyła się okazja – w ruinach koło muru mężczyźnie odkrywają stary, na wpół zawalony budynek. Choć w środku działa jeszcze stolarnia, pozostaje jedno niezabezpieczone okno wychodzące na linię granicy. Jest ono dostępne, choć władze od miesięcy systematycznie uszczelniają granicę. Znikają prowizoryczne przeszkody, wznoszone wcześniej hiszpańskie kozły i barykady. Niemal każdy słaby punkt zostaje zamurowany, niemal każde przejście – zamknięte. Niemal, bo w gospodarce powszechnego niedoboru nawet rządowi brakuje materiałów budowlanych. W efekcie luka w postaci okna pozostaje otwarta.

Jest 14:00. Młodzi uciekinierzy wchodzą do budynku wiedząc, że muszą pokonać śmiertelny tor przeszkód. Najpierw należy wspiąć się na pierwszy płot, potem pokonać szeroką na dziesięć metrów strefą śmierci, a na końcu – wysoki, dwumetrowy mur zakończony drutem kolczastym. Wszystko na oczach strażników obserwujących każdy ruch z wież wartowniczych.

Nagle w ruinach za ich plecami słychać kroki i głosy. Chwila wahania zamienia się w panikę. Peter i Helmut wyskakują przez okno. W samych skarpetach biegną przez teren przygraniczny i wspinają się na pierwszy płot. Od Muru i wolności dzieli ich już tylko kilka kroków.

Wtedy dostrzegają ich żołnierze z posterunku numer 4. Padają strzały: dwadzieścia cztery pociski rozrywają ciszę letniego popołudnia. Helmut, zamiast ulec paraliżowi, jeszcze mocniej przyspiesza. Dobiega do muru, wdrapuje się na szczyt. Drut kolczasty rozcina mu stopy i pierś, ale udaje mu się przeskoczyć. Strażnicy przestają strzelać. Wiedzą, że chłopak jest już po drugiej stronie i kule mogłyby trafić kogoś w Berlinie Zachodnim, a to grozi wojną

Helmut ląduje w poszarpanych ubraniach na ziemi. Chwilowo zastyga, sparaliżowany strachem, ale po sekundach krzyczy do przyjaciela:

Szybciej! Dawaj!

Sam rusza dalej, dobiegając do bezpiecznej strefy. Jest na Zachodzie.

Peter nie ma tyle szczęścia. Wbiega pod mur, skacze, ale w tym momencie funkcjonariusze z posterunku numer 3 otwierają ogień. Kula trafia go w dolną część pleców. Nastolatek upada po stronie wschodniej. Jęcząc i krwawiąc, czołga się w stronę betonowej podpory muru, gdzie próbuje ukryć się przed kolejnymi pociskami. Wreszcie osuwa się na ziemię.

Po zachodniej stronie na odgłos strzałów zbiera się tłum. Policja Zachodniego Berlina dostaje zgłoszenie o godzinie 14:12 i wysyła wzmocnione patrole. Nadciąga karetka, słychać syreny. Wkrótce pod murem stoi około 250 mieszkańców Berlina Zachodniego. Krzyczą w stronę strażników NRD: Mordercy! W stronę własnych policjantów kierują słowa zachętę, by odpowiadać ogniem na pociski wschodnioniemieckich Grenztruppen:

Strzelajcie do nich!

Policjanci zachodnioberlińscy – pomimo wyraźnego zakazu otwierania ognia – celują w enerdowskich wartowników, ale nie pada ani jeden strzał. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Zachodni berlińczycy domagają się także interwencji amerykańskich żołnierzy stacjonujących przy Checkpoint Charlie. Ale i ci mają jasny rozkaz: nie podejmować interwencji.

W tym chaosie słychać tylko rozpaczliwe błagania Petera. Najpierw głośne, potem coraz słabsze, aż w końcu przechodzące w jęki. Minuty mijają. Policjanci z Zachodu próbują pomagać, rzucają przez mur bandaże i opatrunki. Żaden nie odważa się jednak przejść na terytorium NRD. Wiedzą, że nawet jeden krok mógłby zostać uznany za agresję i sprowokować rozlew krwi. Amerykanie także stoją w miejscu. Nieledwie trzy dni wcześniej w incydencie w Wiesenfeld zginął od kul zachodnioniemieckiego strażnika kapitan Grenztruppen der DDR Rudi Arnstadt. Teraz każdy żołnierz zdaje sobie sprawę z ryzyka. Wojna wisi na włosku.

W efekcie przez niemal 50 minut nikt nie udziela rannemu pomocy. Jego krzyk staje się płaczem, a w końcu cichnie zupełnie. Ludzie po obu stronach granicy są świadkami jego powolnej śmierci. Kiedy wreszcie przestaje się poruszać, enerdowscy strażnicy rzucają granaty dymne i wśród wściekłych okrzyków mordercy, wydobywają go ze strefy śmierci. Nieprzytomnego niosą oberleutnant Heinz Schäfer, gefreiter Klaus Lindenlaub, oberfeldwebel Horst Wurzel i obermeister Volkspolizei Heinrich Mularczyk. Ale Peterowi już nie można pomóc. Minęła 17:00. Fechter wykrwawia się i umiera w szpitalu.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button