Bastylia jest pusta. 15 stycznia 1990 r.

Popołudnie. W Berlinie Wschodnim zapada zmrok. Ulica Normannenstrasse, na której stoi główna siedziba STASI, zaczyna się wypełniać ludźmi
Najpierw przychodzą setki, potem tysiące, aż w końcu dziesiątki tysięcy mieszkańców wschodniej części miasta. W powietrzu czuć napięcie, ekscytację. Z tłumu wyróżniają się aktywiści Nowego Forum — ruchu opozycyjnego, który zaledwie kilka dni wcześniej wzywał do pokojowej akcji pod hasłem:
Mit Fantasie gegen Stasi und Nasi – Z fantazją przeciwko Stasi i nazistom.
Przynieście cement i cegły – mówią półżartem organizatorzy
Miało to być artystyczne działanie, swoisty happening. I faktycznie uczestnicy przynoszą farby, pędzle, wapno, cegły, spraye. Plan jest prosty: pomalować mury siedziby STASI i zamurować jej bramę jako symboliczny gest zamknięcia epoki terroru. Tyle że znienawidzona policja polityczna ledwo kontrolującej cokolwiek NRD jest już tylko cieniem samej siebie. Jeszcze kilka miesięcy temu jej szef – Erich Mielke – był wszechwładny. To już przeszłość. Teraz wzbudza już tylko śmiech – tak jak w Parlamencie NRD, gdzie przed dwoma miesiącami ogłosił wyśmiewającym go członkom Volkskammer, że kocha wszystkich ludzi.
Ten wieczór też wymyka się spod kontroli. Zamiast artystycznego protestu zaczyna się rewolucyjny szturm. Tłum rośnie z minuty na minutę i staje się coraz bardziej agresywny. Wśród okrzyków gniewu i triumfu ludzie napierają na bramę. Apelujący o spokój premier Hans Modrow i przybyli w pośpiechu uczestnicy Okrągłego Stołu nie są w stanie niczego powstrzymać. Słowa giną w hałasie rewolucji. W końcu garstka policjantów, pilnujących wciąż budynków, ustępuje przed presją tłumu. Brama się otwiera.
Tłum wdziera się na teren kompleksu.
Wśród młodych uczestników tego improwizowanego zdobycia Bastylii jest 27-letni Arno Polzin, który ze zdumieniem zauważa, że wszędzie można bez problemu wejść. Bez oporu, bez kontroli. Przeciwnie: kiedy Arno wchodzi na pilnie strzeżony przez dziesiątki lat teren, w oczy rzucają mu się policjanci w mundurach na najwyższym piętrze budynku. Jasne jest, że nie są oni od tego, by bronić wstępu bądź wyrzucić intruzów. Zamiast tego z zainteresowaniem i ciekawością patrzą z góry na to, co się dzieje.
Z okien lecą papiery, szyby pękają, ktoś przewraca meble, ktoś inny rozbija sprzęt. Młodzi ludzie biegają po korytarzach, zaglądają do pustych biur, przeszukują szuflady. Atmosfera euforii udziela się wszystkim. To, co miało być protestem, zamienia się w symboliczny triumf nad pokonaną tajną policją. Dziennikarze relacjonują wydarzenia na żywo, przekonani, że właśnie są świadkami upadku systemu opresji.
Nikt jednak nie zauważa jednego – tłum porusza się wyłącznie po jednym budynku. Nie jest to wcale centrum operacyjne STASI, lecz obiekt gospodarczy: kasyno, kantyna, fryzjer, pralnia, sklep, magazyny. Zamiast tajnych dokumentów – półki pełne piwa, alkoholu i czekolady z Zachodu. Ludzie sięgają po butelki, zajadają się smakołykami, śmieją się i krzyczą hasła o wolności. Niektórzy rozbijają szyby na znak zwycięstwa.
Tymczasem prawdziwa centrala, z biurami wywiadu i archiwami, pozostaje nienaruszona. Na jednym z korytarzy wisi kartka z napisem: Wydział Wywiadu. Strengst Verboten (wstęp surowo wzbroniony).
To wystarcza. Nikt nie wchodzi. Nikt nawet nie próbuje.
Zadziwiające jest też to, że cały ogromny kompleks wydaje się pusty. Nie ma tu tysięcy funkcjonariuszy, którzy jeszcze rano pracowali w tych murach. Zostali odesłani do domów w porze obiadu. Siedziba STASI jest jakby cała przygotowana na zdobycie.
W jednym z pobliskich wieżowców należących do służb bezpieczeństwa grupa generałów i oficerów – z ostatnim szefem wywiadu Wernerem Grossmannem na czele – obserwuje całe wydarzenie z bezpiecznej odległości. Z wysoka, przez okna, widzą, jak tłum „szturmuje” kompleks. Przez telefony koordynują działania nielicznych funkcjonariuszy, którzy zostali na miejscu, by dopilnować, aby wszystko przebiegało zgodnie z planem.
Bo tak właśnie STASI reżyseruje własny upadek.
Dzięki swojej sieci informatorów szefostwo doskonale wie, co się szykuje. W dni poprzedzające akcję funkcjonariusze wynieśli z biur najważniejsze dokumenty, zabezpieczyli tajne archiwa, ewakuowali sprzęt i tworzą stworzyli kilka pułapek z bezwartościowymi papierami. Wiedzą, że lud musi zdobyć swoją Bastylię – więc teraz dają mu ją do zdobycia w bezpiecznej, kontrolowanej wersji.
Wśród tłumu znajdują się zresztą nie tylko zwykli obywatele, ale też liczni współpracownicy i agenci STASI, którzy pilnują, by gniew ludu nie przekroczył granic scenariusza.
Tego wieczoru tłum nie odkrywa żadnych tajnych dokumentów, nie widzi narzędzi represji, nie spotyka nawet funkcjonariuszy, których się obawiał. Zdobyta Bastylia jest pusta.



