Jeden dzień z życia

Good bye, boys! 6 grudnia 1917 r.

Zimne, przejrzyste powietrze gryzie w twarze gapiów stojących nad brzegiem Bedford Basin. Miasto Halifax już od świtu krząta się wokół portu. Konwoje, załadunki, piloci, statki…

Wczoraj o godzinie 16:00 do Halifax przybył francuski frachtowiec SS Mont Blanc. Ze względu na jego ładunek w kapitanacie portu zdecydowano, że jednostka pozostanie na redzie do następnego ranka. W tym czasie norweski statek Imo cumował w pobliżu zachodniego brzegu basenu Bedford. Przybył do portu w Halifaksie 3 grudnia z Rotterdamu w drodze do Nowego Jorku. Ze względu na opóźnienie załadunku zakomunikowano norweskiemu kapitanowi, że będzie mógł opuścić port dopiero następnego ranka.

Około 7.30 na statek Mont Blanc dociera komunikat zezwalający na wpłynięcie do basenu Bedford, skąd wówczas odcumowywuje Imo. Redę z portowymi basenami łączy kanał o długości około 2 km i szerokości około 0,5 km. 98 metrów stalowego kadłuba Mont Blanc łapie światło poranka. Na pokładzie ma niemal 3 000 ton substancji zaprojektowanych, by niszczyć: mokry i suchy kwas pikrynowy, trotyl, nitrocelulozę, benzol. To pływająca bomba, tyle że nikt tu nie wiesza czerwonej flagi – w czas wojny widok takiego ostrzeżenia mógłby sprowokować atak nieprzyjaciela.

Kilka kilometrów dalej, po stronie zachodniej zatoki, SS Imo rusza w dalszą podróż. Norweski statek o długości około 131 metrów, z napisem Belgian Relief na burcie, z ładunkiem pomocy dla Belgii i z załogą, która chce nadrobić opóźnienia wchodzi do kanału szybciej niż powinien. Maksymalna dozwolona prędkość to 5 węzłów, Imo płynie około 7. Mont Blanc, wąski i niespieszny, kieruje się w górę kanału z prędkością 4 węzłów i trzyma prawą burtę. standardowa procedura. Załodze Imo pośpiech przysłania rozsądek. Nie obserwowują ruchliwej zatoki z właściwą uwagą. Około godziny 8:30 Imo i Mont Blanc są już na kursie kolizyjnym. Załogi wymieniają sygnały świetlne i dźwiękowe, ale załoga norweskiej jednostki nie stosuje się do zasad panujących w zatoce, w której – ze względu na duży ruch statków – opracowano procedury nakazujące ścisłe trzymanie się torów wodnych. Kapitan Imo – jak wielu innych – ignoruje te zasady.

W kanale dochodzi do dziwnej sytuacji: sygnał z Imo brzmi jak zapowiedź skrętu w lewo, ale ten sygnał nie pasuje do dotychczasowych manewrów, bo Imo wyraźnie skręca w prawo. Kapitan Mont Blanc kilkakrotnie daje znak zmniejszenia prędkości, wykonuje ponownie zwrot w prawo i zatrzymuje maszyny. maszyny, co również zasygnalizowano. Imo jednak odpowiada tym samym manewrem, co poprzednio. Prawa burta Mont Blanc jest teraz wystawiona wprost na dziób pędzącego Imo. Dopiero w tym momencie kapitan norweskiego frachtowca zorientuje się, że popełnił błąd i wydaje rozkaz:

Cała wstecz!

Niestety jest już za późno, oba statki są zbyt blisko. Uderzenie jest niemal jak dotyk. Zniszczenia nie są wielkie, ale Imo wbija się w burtę Mont Blanc od strony ładowni, gdzie przechowywany jest kwas pikrynowy. Uderzenie przewraca beczki, benzen wycieka, opary tworzą cienką, łatwopalną mgłę nad pokładem. Tarcie statków o siebie krzesze iskry i po chwili na francuskim Mont Blanc wybucha ognista kula. Niczym diabelski zamysł, płomienie rozchodzą się błyskawicznie; benzol pali się potężnym, czarnym, trująco-kopcącym ogniem, nitroceluloza i suchy kwas pikrynowy rozgrzewają się i zaczynają wydzielać jeszcze więcej gorąca.

Na nabrzeżu zbiera się tłum. Gapiów przyciąga widok ognia, strażacy ruszają z pomocą. Pierwszy, jedyny w zasięgu hydrant, znajduje się na dziobie objętym płomieniami i tam dostęp jest niemal niemożliwy. Płomienie strzelają w górę na 30 metrów; kłęby dymu, ciemne i gęste, wznoszą się nad portem. Marynarze Mont Blanc opuszczają statek; kapitan w panice rozkazuje ewakuację. Próbują wszystkich ostrzec w języku, którego nie znają, więc gapie nie za bardzo wiedzą, o co francuskim marynarzom chodzi.

Jakimś cudem któryś z marynarzy wpada do biura dyspozytora kolejowego Colemana informując o zagrażającym niebezpieczeństwie. Ten miał już wraz ze swoim szefem opuścić biuro, ale zawraca i nadaje telegram dla pociągu nr 10 nadjeżdżającego z Saint John w Nowym Brunszwiku, który na pokładzie wiezie około 300 osób. O 8:55 ma przybyć na stację kolejową znajdującą się nieopodal płonącego SS Mont Blanc. Coleman zdając sobie sprawę z nadchodzącej zagłady pisze pod telegramem:

Good bye, boys!

Tymczasem płonący Mont Blanc, dryfując, dopływa do portowej przystani dzielnicy Richmond i zatrzymuje się przy drewnianym pomoście, na którym natychmiast pojawia się ogniń. Na miejsce przybywa zastęp straży pożarnej nowiutkim – pierwszym w Kanadzie wozem strażackim z mechanicznym napędem – zwanym przez strażaków pieszczotliwie Patricia od imienia żony jednego z miejskich urzędników zamawiającego samochód . Do gaszenia pożaru przystąpili też strażacy i marynarze z kotwiczących w pobliżu jednostek. Płonąca bawełna strzelnicza utrudnia dojście do płonącego statku. Płomienie sięgają już około 31 m), dym – niemal trzy razy wyżej. A że na francuskim statku brakuje ostrzegawczej czerwonej flagi, nikt nie jest świadomy niebezpieczeństwa. Strażacy w swoim mniemaniu po prostu gaszą intensywny pożar.

Pożar, który trwa już 20 minut. O 9:04:35 – jak zapiszą później raporty – ogień dociera do ładowni i dochodzi do wybuchu, który zmienia wszystko. Fala uderzeniowa rzuca w powietrze dźwigi i statki, rozpędza fragmenty żelaza i drewna na kilometry, wyrzuca półtonowy kawałek kotwicy na odległość około 3000 metrów. Wybuch ma siłę bliską 2,9 kilotony TNT – 1/5 mocy bomby jądrowej, która spadnie za niecałe 28 lat na Hiroszimę – a jednak wystarczająco, by zmienić panoramę miasta na zawsze. Eksplozja rozgrzewa powietrze w okolicy do 5000 stopni Celsjusza. Chmura dymu natychmiast wznosi się na ponad trzy i pół kilometra.

W promieniu 800 metrów nie zostaje nic. Cały port i przylegające dzielnice -Richmond i okolice – znikają z powierzchni. Powstaje gigantyczna chmura, a nad miastem leci śmierć: odłamki szkła tną twarze. Drzewa i dachy znikają, okna domów rozsypują się jak konfetti. Na stacji kolejowej wybuch niszczy parowozy i setki wagonów; dziesiątki osób giną natychmiast. Fale morskiej wody o wysokości 4 m wdzierają się na brzeg i potęgują zniszczenia. Ta sama fala wychodzi w morze, uderzając w stojące na redzie portu bądź zmierzające do niego statki i okręty z taką siłą, że ich pasażerowie i załogi sądzą, że są storpedowani. Szpitale i ambulatoria natychmiast zapełniają się rannymi; lekarze walczą o oczy, o ręce, o oddech.

Zawala się 1 600 domów, a uszkodzonych zostaje około 12 000 budynków. Akcja ratunkowa nie ma planu – jest raczej improwizacją, pośpiechem i ludzką solidarnością, niż skoordynowanym działaniem. 5 kilometrów kwadratowych wokół portu przestaje istnieć.

Bilans jest nieznany, nikt nie potrafi policzyć zabitych i rannych – liczby są niepełne, bo wiele ciał nigdy nie zostaje odnalezionych. Miasto nie jest przygotowane na taką tragedię. Szpitale pękają w szwach, wszędzie panuje chaos. Poszkodowanych lokuje się w każdym wolnym pomieszczeniu, na łóżkach i na podłodze. A gdy wieść o katastrofie rozchodzi się, z sąsiednich miast płynie pomoc. Do Truro wyrusza pociąg pełen rannych i bezdomnych ofiar. Z Massachusetts nadjeżdża skład z lekarzami, pielęgniarkami oraz materiałami medycznymi.

Do wieczora lekarze i strażacy doliczą się około dwóch tysięcy zabitych i dziewięciu tysięcy rannych oraz dwudziestu pięciu tysiącach ludzi bez dachu nad głową. Nie żyje także dyspozytor kolejowy Coleman.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button