„Czekałem na korytarzu, bo Piotr Kuczera nie miał czasu”. Mamy stanowisko Prezesa Aperitivo w sprawie ogródka

Koniec ogródka zimowego na Rynku. Miasto nie przedłuży umowy, a obywatel musi czekać na Prezydenta
Jak już Was wczoraj informowaliśmy, znany i lubiany ogródek restauracji Aperitivo, funkcjonujący na płycie rynku, ma zniknąć. Urząd Miasta Rybnika postanowił nie przedłużyć umowy dzierżawy, która wygasa z końcem stycznia – mimo że wielu mieszkańców i przedsiębiorców widziało w nim ważny element życia miejskiego.
Decyzja urzędu miała zapaść w cieniu nakazu rozbiórki wydanego przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, który uznał ogródek za naruszenie zabytkowego charakteru rynku. O zamiarze likwidacji lokalnej atrakcji opinii publicznej nie poinformowano odpowiednio wcześniej – o nieprzedłużeniu umowy przedsiębiorca dowiedział się najpierw od nas, a nie od władz miasta.
Właściciel oraz jego pełnomocnicy podkreślają, że decyzja Urzędu Miasta jest uznaniowa, a względy prawne do kontynuowania działalności wydawały się spełnione – w szczególności w świetle unieważnienia uchwały o Parku Kulturowym, która leżała u podstaw wcześniejszych ograniczeń.
Tymczasem magistrat tłumaczy, że rynek jako przestrzeń zabytkowa i publiczna powinien pozostać dostępny dla wszystkich mieszkańców bez stałych struktur gastronomicznych. Ostateczna decyzja została podjęta bez wyraźnej konsultacji z przedsiębiorcą, który – jak przekazał – nie otrzymał informacji o braku przedłużenia na czas, zmuszony dopiero na ostatnią chwilę do osobistych wizyt w urzędzie i rozmów z przedstawicielami władz miasta.
Cała sprawa – zdaniem spółki Aperitivo – odzwierciedla rytuał oczekiwania na decyzje urzędnicze i Prezydenta Miasta. Nawet gdy sąd wydaje korzystny wyrok, obywatel musi pokornie czekać, aż władza przychyli się do jego sprawy. Dla wielu przedsiębiorców i mieszkańców Rybnika to gorzka lekcja:
Nawet najlepsze pomysły i opinie publiczne nie przebiją procedur i uznaniowości urzędniczych decyzji – usłyszeliśmy od jednego z lokalnych handlowców
W najbliższych dniach temat ma zostać poruszony na sesji Rady Miasta, gdzie konserwator zabytków przedstawi swoje argumenty.
Poniżej pełne stanowisko Dawida Gorausa:
- Po pierwsze, zastanawiające jest, że o nieprzedłużeniu umowy dotyczącej ogródka dowiedziałem się nie od Urzędu Miasta, lecz od przedstawicieli mediów. Można jedynie domniemywać, dlaczego tak się stało.
- Dla ciekawostki dodam, że ostatni wniosek o przedłużenie umowy złożyłem ponad miesiąc przed jej wygaśnięciem. Pani przyjmująca wniosek była bardzo zdziwiona, że zrobiłem to tak wcześnie, po czym przez ponad 21 dni nie otrzymałem oficjalnej odpowiedzi. Zmuszony byłem do kolejnej wizyty w Urzędzie Miasta, gdzie dopiero na dwa dni przed terminem złożenia niezbędnych dokumentów poinformowano mnie, że odpowiedź jest odmowna.
- Następnie zgłosiłem się do sekretariatu Prezydenta Miasta, aby przypomnieć, że byliśmy umówieni na przedłużenie umowy do czasu wyroku sądu rozpatrującego, czy miasto ma prawo zabronić mi korzystania z ogródka z powodu uchwały o parku kulturowym.
- W sekretariacie odmówiono mi spotkania, twierdząc, że Prezydent nie ma czasu. Stałem więc na korytarzu i czekałem na Prezydenta. Po rozmowie umowa została przedłużona o kolejny miesiąc (czekamy na wyrok sądu).
- Wyrok sądu był dla nas korzystny. Niestety konserwator zabytków wystąpił w Radiu 90, siejąc dezinformację, za co zostanie pociągnięty do odpowiedzialności na drodze procesu cywilnego — pokazując tym samym, jakim jest człowiekiem (gdyby ktoś nie wiedział 🙂 ).
Mieliśmy nadzieję, że w związku z orzeczeniem sądu Prezydent przyzna nam prawo do przedłużenia umowy najmu. Nadzieję tę usprawiedliwiał fakt, że podczas jednej z naszych rozmów zapewnił mnie, iż jest przyjacielem przedsiębiorców i nie chce „wychodzić przed szereg”, zasugerował, by sąd określił, kto ma rację.
Racja jest po naszej stronie, ponieważ z tego, co wiem, urząd nie odwołał się od wyroku, a mimo to przedłużenia umowy nie ma.
Dodam jeszcze „zabawny” anegdotyczny epizod ze spotkania z wiceprezydentem właściwym dla sprawy oraz pracownikiem działu mienia. Spotkanie odbyło się w nieprzyjaznej atmosferze (już przywykłem, więc nie zrobiło na mnie większego wrażenia). Jednak treść rozmowy była intrygująca. Nie pamiętam dokładnych cytatów, żałuję, że nie nagrywałem, ale sens był taki:
- „Jeśli wygracie, to ja się odwołam, jeśli ja wygram, to Wy się odwołacie. Może rozsądniej byłoby przedłużyć czas najmu do końca całej sprawy…”
- „Proszę pana, a kto powiedział, że się będziemy odwoływać? Pan skarży uchwałę, jeśli uchwała padnie, to zrobimy nową. Taką, w której ogródka i tak nie może być i będzie się pan musiał wynieść. Mamy już doświadczenie w tego typu sprawach, nasza decyzja jest uznaniowa, i jeśli pan zaskarży, to z pewnością wygramy.”
- „Ooo, ciekawe. A taką uchwałę robi się w 15 minut? Czy to całe konsultacje społeczne i dbanie o zdanie mieszkańców to jest tylko frazes i mrzonka?”
(Milczenie). „To chyba wszystko. Do widzenia.”
Sprawa zaczyna nabierać dla mnie charakteru osobistego. Na spokojnie zastanawiam się: co ja właściwie robię? Próbuję utrzymać miejsce o świetnej atmosferze i KOSMICZNEJ kuchni (kto był, ten wie).
Co próbuje zrobić urząd?
Czy naprawdę chodzi im o ładny rynek?
Odnosząc się do rewelacji związanych z brakiem przedłużenia umowy, odpowiadam tak:
Po analizie umowy najmu, razem z kancelarią prawną, która mnie reprezentuje, doszliśmy do wniosku, że istnieje punkt przewidujący możliwość pozostawienia ogródka bez rozbiórki, celem prowadzenia dalszych działań wyjaśniających.
Otwiera to furtkę dla odpowiednich wydziałów miasta, by nie przedłużyły koncesji na sprzedaż alkoholu (co z pewnością uczynią), aby po raz kolejny uderzyć w nas mocą aparatu administracyjno-urzędniczego.
Mimo to, szanowni Państwo, brniemy w tym dalej — już nie po to, by czerpać radość z dawania ludziom pracy i prowadzenia wspaniałej restauracji z wyjątkową kuchnią. Czerpanie radości skutecznie utrudniają nam osoby takie jak choćby konserwator zabytków.
Teraz przyświeca mi również chęć wystawienia swego rodzaju świadectwa, aby wyborcy zobaczyli, jak się prowadzi biznes w Rybniku – BEZCZELNIE próbując stworzyć coś pięknego.
Szkoda mi tylko, że bardziej mnie to śmieszy niż cieszy, bo mi krzywdy nie zrobią. Kupno restauracji było swojego rodzaju radością, której dzięki „pracy” urzędu żałuję od dawna.
Szkoda pracowników.
Szkoda przedsiębiorców z rynku, bo z kontaktu z nimi wynika, że nie pałają chęcią walki o swoje (może próbowali, a stracili już nadzieję?).
I wreszcie szkoda mieszkańców, bo za niedługo będziecie mieli rynek jak w okolicznych miejscowościach, gdzie stoi bank, budka z kebabem (z całym szacunkiem dla kolegów z branży kebabowej), albo znak „Wynajmę” – który będzie znakiem nie tylko tego, że powierzchnia jest na wynajem, ale też tego, jakich przedstawicieli sobie wybraliśmy.
Na sam koniec ode mnie: będziecie mieli (a przecież jako rybniczanie powinniśmy mówić: będziemy mieli) rynek, na którym działania stawia się ponad dobrem lokalnych przedsiębiorców, realizując chore ambicje.



