„Babcia modliła się, by odkryć prawdę o pochówku”. Jak cichy bohater ze Szczerbic po 80 latach pomógł odnaleźć grób zabitego chłopaka

Łukasz Gembalczyk ze Szczerbic w gminie Gaszowice, od lat nosił się z zamiarem poznania losów choćby jednego z sowieckich żołnierzy walczących w czasie wojny w okolicach w których żyje. Wielomiesięczne poszukiwania w rosyjskich archiwach sprawiły, że trafił na fotografię młodego żołnierza, który zginął w Suminie. Było coś mrocznego i magnetycznego w spojrzeniu tego człowieka, co sprawiło, że Łukasz Gembalczyk odtworzył jego wojenne losy, po czym skontaktował się z jego krewnymi…
Młody żołnierz nazywał się Leonid Michajłowicz Czernyszenko. Okazało się, że rodzina od dekad poszukiwała informacji o śmierci swojego bliskiego. Bliscy żołnierza zareagowali wdzięcznością na wiadomość. Poniższe materiały pokazują, ile nieznanych faktów dotyczących rodzinnej ziemi można ciągle jeszcze odkryć i że odkrycia te pomagają zobaczyć człowieka w ogólnym i uproszczonym obrazie historii. Warto badać przeszłość, zwłaszcza tę tragiczną i wojenną, bo okazuje się, że rodziny ciągle poszukują swoich zmarłych. Poniżej przetłumaczone przez Łukasza Gembalczyka dokumenty wraz z pełnym wyobraźni, empatii i człowieczeństwa komentarzem. Niechaj poniższy tekst będzie inspiracją do badania przeszłości przez naszych Czytelników.
Tato, nie będę już tak często pisać listów…
Dokument 71 Brygady Strzelców Zmechanizowanych dotyczący walk na linii Lyski-Sumina w dniach 1-4 lutego 1945 r. wskazuje, że po radzieckiej stronie zginęło 117 żołnierzy brygady. W dokumencie zawarto również informacje, że w walce zabito do 200 niemieckich żołnierzy. Na długiej liście ofiar znalazł się między innymi 19-letni Leonid Michaiłowicz Czernyszenko.
Źródło: Zasoby Centralnego Archiwum Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej [CAMO]: https://pamyat-naroda.ru/ oraz https://podvignaroda.ru/
Urodził się w 1926 r. w miejscowości Uljanówka na terenie obecnej Ukrainy. Po uzyskaniu pełnoletności otrzymał powołanie do Armii Czerwonej. Został przydzielony jako strzelec do 2. batalionu strzelców zmotoryzowanych wchodzącego w skład 71. Brygady Zmotoryzowanej. Po krótkim szkoleniu, w dniu 16 czerwca 1944 r. w lesie na północny-zachód od miejscowości Połupanówka w rejonie tarnopolskim,
Leonid po raz pierwszy stanął oko w oko z niemieckimi żołnierzami.
Młody szeregowy nie zdawał sobie wtedy sprawy, że rozpoczęta przez niego ścieżka bojowa potrwa jedynie 8 miesięcy.
Mimo tego, strzelec zdążył wykazać się odwagą w czasie walk. W liście nagrodowym z dnia 6 lutego 1945 r. dotyczącym przyznania mu Orderu Wojny Ojczyźnianej II klasy opisno sytuację, gdy w trakcie ataku w rejonie miejscowości Mokre pod Mikołowem, wraz z dwoma kompanami przedarł się przez pole minowe i pod silnym ostrzałem artyleryjskim dostarczył 4 skrzynki amunicji na stanowisko ogniowe.
Trzy dni po tym heroicznym czynie, Leonid wraz ze swoim drugim batalionem znalazł się w Zwonowicach, po czym zajął pozycje w kierunku południowo-zachodnim, do stacji Sumina- Dworzec. Już pierwsza noc przywitała go wybuchami niemieckich pocisków artyleryjskich, ogniem karabinów maszynowych
oraz dźwiękami niemieckich transporterów opancerzonych.
Noc ta była jedynie zwiastunem ciężkich i morderczych walk, które czekały go na tym terenie. Tej samej nocy batalion Leonida otrzymał rozkaz natarcia z lewej strony dworca na tereny leśne, od południowej strony budynku dworca (wzdłuż dzisiejszej ulicy Dworcowej w Suminie). Ten manewr miał ułatwić zajęcie Lysek, a następnie wschodniej części Dzimierzy.
O godzinie 8:30 czasu polskiego bataliony 71 Brygady Zmotoryzowanej ruszyły z ofensywą na wyznaczone pozycje. Młody żołnierz wyruszył w towarzystwie kompanów broni w stronę lasu, tuż na południe od rozwidlenia torów kolejowych, nieopodal budynku dworca. Najpierw artyleria obrała kierunek
na niemieckie pozycje i prowadziła ciężki ogień. Działa i moździerze dały swoim żołnierzom trzydzieści minut złudnej nadziei. Trzydzieści minut huku, który miał uciszyć Niemców.
Mówi Łukasz Gembalczyk:
Następnie zapadła ta straszna chwila ciszy – ułamek sekundy, w którym człowiek wierzy, że wszystko może się udać. Ciszę przerwały wystrzały niemieckich karabinów maszynowych. Świst kul z sekundy na sekundę wydawał się głośniejszy. Równie szybko co kule przemykające centymetry obok, w głowie pojawiały się pytania. Biec? Paść? Czołgać się? Topniejący śnieg zmieniał barwę, wchłaniając krew poległych. Ktoś krzyczał, a ktoś inny przestawał krzyczeć. Pokonanie odcinka około 500 metrów dzielących Leonida od pierwszych zarośli zajętych przez Niemców należało do zadań z gatunku ciężkich.
Po kilku metrach kolejny towarzysz osunął się na ziemię, twarzą w dół. Młody żołnierz nawet nie sprawdził kto to – bał się, że to ktoś, kogo zna – ktoś, z kim jeszcze kilka godzin wcześniej rozmawiał i palił papierosa. Brnął ciągle naprzód. Paraliżujący huk granatów moździerzowych tworzył falę uderzeniową, wciskającą mroźne powietrze głęboko w płuca. Wszystko wokół drżało. Poza pociskami powietrze przecinały odłamki, fragmenty drzew, ekwipunku i ludzkich ciał. Przekraczając tory kolejowe, Leonid widział między drzewami ciemne sylwetki Niemców. Strzelał do nich, nie wiedząc, czy trafia. Strzelał, bo wiedział, że jeśli przestanie, to zginie. Walka trwała już 4 godzinę, zerwana łączność z dowództwem potęgowała poczucie osamotnienia w tym brutalnie zbierającym ludzkie żniwo chaosie. Leonid wraz ze swoim batalionem przekroczył drogę i utworzył przyczółek, z którego częściowo udało im się przekroczyć potok Suminę. Po godzinach morderczej walki nadszedł odpoczynek. Był to odpoczynek inny niż ten, który pamiętał z domu rodzinnego. Zapewne przybierał on postać krótkiej, ale gorzkiej przerwy. Nie był snem – był dreszczem z wyczerpania. Wgryzający się głęboko mróz, przypominał, aby nie siedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Po około dwóch godzinach znowu zrobiło się cieplej, zwiększone tętno krwi spowodowane nagłym wystrzałem adrenaliny oznaczało tylko jedno – kolejny rozkaz do wykonania.Las rozciągający się w nadchodzącym mroku zdawał się niczym mroczna studnia bez dna. Ciemny, gęsty krajobraz, na którym ciała poległych w poprzednich atakach niemieckich żołnierzy wyróżniały się na śnieżnoszarym tle. Patrząc otępiale w bezkresną pustkę, Leonid słyszał komendy „naprzód!”, „za wszelką cenę zdobyć las w kierunku Lysek”.
Ruszył bez namysłu – wiedział, że artyleria nie będzie mogła pomóc – ciemny i gęsty las był dla niemieckich żołnierzy wspaniałym terenem do utworzenia obrony. Czołgi również
nie mogły zaatakować – zaminowane ścieżki leśne skutecznie zatrzymały pancerne wsparcie.
W tym ciemnym, przytłaczającym lesie piechota była zdana wyłącznie na siebie. Żołnierze maszerowali w ciszy. W ciemnej otchłani słychać było tylko skrzypiącą pod ciężarem żołnierskich butów leśną ściółkę. Ucichła artyleria, ucichły nawet jęki rannych, których niska temperatura uśpiła już na zawsze. Nagle powietrze znowu zaczęło drżeć, las rozjaśnił się od wybuchów pocisków wystrzelonych przez niemiecką artylerię. Zarośla ponownie stały się głośnym zbiorowiskiem krzyków, jęków i świstów pocisków. Mimo panującego chaosu, żołnierze 2 batalionu, a pośród nich Leonid, utrzymali swoje pozycje. Młody żołnierz, zmęczony do granic możliwości, strzelał mimo kontrolującego każdy ruch strachu. Leonid bał się inaczej niż wcześniej. Nie gwałtownie…Cicho… Głęboko… Jak towarzyszące mu zimno, które nie boli od razu, tylko powoli odbiera czucie. Po odpartym kontrataku przyszedł rozkaz, aby okopać się na zajętych pozycjach i utworzyć linię obwodową zapewniającą stałą łączność z 1 batalionem.
Noc przyniosła tylko pozorny spokój. Artyleria wciąż dudniła gdzieś dalej, jak odległa burza, która nigdy nie odchodzi.Leonid pewnie zbyt dużo nie spał. Leżał w płytkim stanowisku strzeleckim wykopanym kilkadziesiąt metrów poniżej rozwidlenia torów kolejowych. Patrzył w ciemność, nie wiedząc, że właśnie wypełniają się ostatnie godziny jego życia. Przed południem 3 lutego znowu ruszyli, wypędzając niemieckie oddziały w głąb lasu.
Batalion Leonida przeszedł na drugą stronę drogi prowadzącej z Lysek i udzielił wsparcia w dojściu do rzeki 1 batalionowi. Około godziny 13:00 lokalnego czasu mimo zaciętego oporu ze strony niemieckich żołnierzy, batalion Leonida wrócił na swoje pozycje i przeprawił się przez rzekę, przechodząc w głąb lasu w kierunku Suminy.
Leonid był już pewnie na granicy sił. Każdy krok był wysiłkiem woli. Śmierć nie była już czymś nagłym i strasznym. Była obecna jak mróz. Jak dym. Jak dźwięk artylerii.
Była wszędzie…I gdzieś tam, między drzewami, wśród huku, wystrzałów i pękających pni, dosięgła go kończąc jego ośmiomiesięczną wojenną drogę – drogę chłopaka, który zdążył dorosnąć tylko do strachu, zimna i spełnienia narzuconego obowiązku…
Szczegółowe okoliczności śmierci Leonida nie są znane. Padł bezwładnie na zmrożoną ziemię, gdzieś w lesie pomiędzy ulicą Dworcową a obecną ulicą Sportową w Suminie. Wokół ciągle biegli inni. Ktoś przeskoczył nad nim. Ktoś padł kilka metrów dalej. Karabiny strzelały bez przerwy, a artyleria nie przestawała dudnić. Dziewiętnaście lat życia skurczyło się do jednego ostatniego oddechu w zamarzniętym lesie. Jego ostatnie tchnienie wypełnione zostało sumińskim powietrzem.
Wraz z upadkiem przestał czuć lęk, chłód, głód i tęsknotę za rodziną. Tęsknotę, którą wylewał w listach. Ostatni taki list napisał 21.01.1945 roku. Pisząc do rodziców, posłużył się kłamstwem w dobrej wierze. Zapewniał ich, że jest mu dobrze. Poinformował, że jest już na terytorium Niemiec. Żegnając się, zapisał buziaki dla mamy i taty kończąc list słowami: Tato, nie będę już tak często pisał, ponieważ muszę coraz częściej walczyć. Następnie zgiął pocztówkę i ukrył ją głęboko w kieszeni munduru. Liczył, że wyśle ją przy najbliższej możliwej okazji… Taka okazja już nie nadeszła.
Leżał tam, gdzie padł – prawdopodobnie aż do dnia następnego. Las oglądał walkę dalej, jakby jego ciało było tylko kolejnym powalonym pniem drzewa. Dopiero gdy walki przygasły, przyszli po niego i innych. Piętnastu sowieckich żołnierzy leżało w niewielkim rozproszeniu.
Gdzieś między drzewami, niedaleko przejazdu kolejowego w kierunku Zwonowic zaczęli kopać dwie płytkie mogiły. Mimo delikatnej odwilży, zmarznięta ziemia utrudniała kopanie. Układali ich obok siebie, jeden przy drugim. Bez parad, bez salw honorowych.Kiedy przyszła kolej na Leonida, jeden z żołnierzy przeszukiwał jego kieszenie, tak jak robiono zawsze – dokumenty, nieśmiertelnik, coś, co pomoże w identyfikacji. Znalazł złożoną pocztówkę. Poplamiony krwią, wilgotny papier wciąż pozwalał odczytać zawarty na nim tekst. Żołnierz pewnie chwilę popatrzył na kartkę, schował ją za pazuchę i wysłał do rodziców Leonida przy najbliższej okazji. Gdzieś tam daleko, w Uljanówce, ktoś dostał ostatni ślad życia syna, który już wtedy leżał w sumińskiej ziemi.
Nad płytkim grobem zapewne ustawiono prowizoryczny palik, może z numerem,
może z nazwą jednostki, a może zwyczajny krzyż – krzyż, który przetrwał kilkanaście lat i który został zapamiętany przez osoby, które sprawowały nad nim opiekę. Wojna toczyła się dalej, jakby nigdy niczego nie zauważyła, a oni leżeli tam w ziemi, o którą przyszło im zapłacić najwyższą cenę. Ludzie o nich pamiętali – do dzisiaj osoby opiekujące się grobem wspominają, że w miejscu mogiły stał krzyż.
O mogile pamiętały również powojenne władze. Już w czerwcu 1945 roku Urząd Gminy w Suminie wystosował pismo do Referatu Budowlanego w Starostwie Rybnickim informując, że wszystkie mogiły znajdujące się w Suminie są objęte należytą troską. W dokumencie wspomniano również o mogile przy sumińskim Dworcu. Mogile, w której spoczywał Leonid. 31 grudnia 1949 roku zakończono proces ekshumacji mogił żołnierzy radzieckich mieszczących się na terenie gminy Lyski, Pstrążna oraz Czernica.
Zwłoki Leonida i pozostałych 364 sowieckich żołnierzy spoczęły w mogile przy drodze z Lysek do Nowej Wsi. Zmarli spoczywali tam kilka lat, po czym zostali ponownie ekshumowani i przetransportowani na cmentarz żołnierzy radzieckich w Pszczynie, gdzie pośród setek zbiorowych mogił poświęcono im tę z numerem 7. Dokumenty w archiwum zapiszą to suchym językiem: wydobyto, przetransportowano do zbiorowej mogiły.
Bez opisu lasu. Bez mrozu. Bez ludzkich historii.
Bez historii dziewiętnastoletniego chłopaka, który walcząc gdzieś tam w lesie, nie zdążył nawet wysłać ostatnich słów skierowanych do rodziców. Zostało tylko nazwisko – Leonid Michaiłowicz Czernyszenko.
Cała reszta – zimno, huk, ciemny las i niewysłana pocztówka do rodziców. miały pozostać już tylko między drzewami tamtego lasu. Tak było przez ponad 80 lat. Aż do dnia, w którym, przeglądając rosyjskie archiwa, natknąłem się na zdjęcie młodego chłopaka w mundurze. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, ale zatrzymałem na nim wzrok na dłużej. W tym spojrzeniu było coś, co nie pozwalało przejść dalej. Jakby fotografia nie była tylko zdjęciem, lecz czyimś niemym wołaniem. Szybko okazało się, że Leonid zginął w okolicy stacji Sumina. Jednostka się zgadzała. Daty się zgadzały. Gdy zacząłem sprawdzać dokumenty dotyczące strat brygady w rejonie Suminy, jego nazwisko wracało uparcie
na kolejnych wykazach.Spełniło się jedno z moich cichych marzeń związanych z odkrywaniem historii tych ziem – poznać dane choć jednego z żołnierzy, który zginął tu, wśród naszych lasów i pól, aby móc zachować po nim pamięć. Przez lata wydawało mi się to niemal niemożliwe. Dwie obce armie starły się na tej ziemi, przeszły dalej, a po ludziach zostały tylko anonimowe mogiły i zapisy w raportach. Jakby ten młody chłopak ze zdjęcia postanowił udowodnić, że w historii też bywają rzeczy, które czekają, aż ktoś je odnajdzie.
Przypadek – a może coś więcej – sprawił, że trafiłem na Panią Marinę Afanasiewą. Pani Marina umieściła informację o Leonidzie na stronie poświęconej żołnierzom Armii Czerwonej. Napisałem do niej, nie licząc właściwie na odpowiedź. Odpisała szybko – mówi Łukasz Gembalczyk
Okazało się, że babcia Pani Mariny jest kuzynką żołnierza ze zdjęcia. Opiekowała się jego matką aż do końca jej dni…
Matka Leonida przez cały czas żyła w niewiedzy co do miejsca pochówku swojego syna. Wiedziała tylko, że zginął w lutym 1945 roku gdzieś w Suminie na Śląsku. Nie miała grobu, do którego mogłaby przyjść. Nie miała miejsca, w którym mogłaby zapalić świeczkę. Miała tylko jedno zdjęcie – wspomina Marina Afanasiewa
Matka Leonida poprosiła swoją siostrzenicę, aby zachowała jego fotografię. Fotografię, na którą natrafiłem.Pani Marina poinformowała mnie, że posiada w rodzinnych pamiątkach ostatnią pocztówkę Leonida z frontu. Tę samą, którą ktoś kiedyś wyjął z kieszeni jego munduru, gdy chowano go do wspólnej mogiły niedaleko stacji Sumina – Dworzec. Kiedy przekazałem Pani Marinie skany dokumentów potwierdzających miejsce pochówku jej krewnego, bardzo się wzruszyła i oświadczyła, że zarówno ona, jak i jej babcia modliły się o to, aby odkryć prawdę na temat pochówku Leonida. Po prawie osiemdziesięciu jeden latach rodzina poległego w Suminie żołnierza poznała prawdę o miejscu jego spoczynku. Po blisko osiemdziesięciu jeden latach historia zatoczyła krąg. Chłopak, który zginął w sumińskim lesie wśród huku artylerii i trzasku karabinów, przestał być tylko nazwiskiem w raporcie. Stał się synem, kuzynem, kimś, do kogo można mówić po imieniu. Kimś, kto wrócił do swojej rodziny – choćby tylko na kartach dokumentów, w skanie starego zdjęcia i w świadomości, że nie leży już w bezimiennym miejscu na końcu świata. A las przy Sumińskim dworcu, który przez dziesięciolecia przechowywał jego ostatnią tajemnicę, w końcu ją oddał… – mówi wzruszony Łukasz Gembalczyk




A co za groby są na skraju Lyseckiego lasu od strony Lysek. Pamiętam jak mały chłopak chodziliśmy my tam i jak dobrze pamiętam były tam chyba dwa groby. Czy są puste. Czy są tam pochowani żołnierze?