Epitafium dla zmarłego Bartka z Rybnickiej Ulicy

Jest mi autentycznie źle z wiadomością o śmierci Bartka. Był moim bohaterem. Wyszedł z takiego piekła uzależnienia, że jego historia wydaje się wręcz niemożliwa do uwierzenia
Narkomania od zawsze, od najwcześniejszych lat młodości- innej rzeczywistości nie znał – bezdomność, która uzależnia tak samo jak używki, i więzienna przeszłość. Cały ten syf uzależnienia. Był chorobą tego miasta. Był jego wstydem. Ale i nieodzownym jego pejzażem. Zawsze na ulicy, bo po prawdzie był on Rybnicką Ulicą. Wpierw naćpany, potem walczący o siebie.
Brał wszystko jak leci. Cokolwiek, co dawało kopa. Amfetamina, dopalacze, marihuana, hektolitry alkoholu pod każdą postacią. Opowiadał mi o swoich schizach, kiedy miał odlot, jak na przykład prowadził dyskusję z pracującym na parkingu silnikiem samochodu, bo słyszał jak przemawia do niego ludzkim głosem. Był niezniszczalny. Zaradny tak jak tylko łaziki potrafią zadbać o siebie. Zdolny kraść, kombinować, zawsze zdobyć kasę na działkę. Był kłamstwem. Miał w ćpaniu nieodzownego kompana, byli nierozłączni, i nie wiem dziś, co stało się z tym drugim.
Spotkałem ich kiedyś w markecie, gdzie Bartek miał rękę w gipsie.
-Co się stało? – zapytałem
-A takie tam. Wypadek
Potem już pod sklepem z tego gipsu wyciągnął skradzioną flaszkę wódki. Oczywiście gatunkowe 0,7 litra.
-K..a Bartek! – zawołałem
-Ale Panie Januszu ja tylko Niemcom biorę.
Patriota cholera.
Było w tym jego naćpanym życiu coś z cyganerii. Żył z takim, można powiedzieć, uroczym przekąsem i miał zawsze taki fajny, szelmowski uśmieszek na ustach. Był naprawdę pejzażem Rybnickiej Ulicy, wkomponowany jak choćby płyty chodnikowe, które leżą tu od zawsze, gdzie obowiązują niepisane zasady niezauważalne dla ogółu tzw „normalnego społeczeństwa”.
Powiedział dość. Przestał. Wyszedł z wszystkiego. Z całego tego syfu. Zaczął taką walkę, że mi zapierało dech w piersiach. Kiedyś jechałem samochodem i widzę jak drepcze.
-Dobrze wyglądasz Bartek- rzuciłem przez otwartą szybę
-Jestem czysty od roku – zdążył za mną krzyknąć
Długo mu zeszło by przejść ze mną na „ty”. Nie potrafił, bo szanował moją wieloletnią abstynencję, aż w końcu mu uświadomiłem:
Bartek – przecież ja jestem takim samym ćpunem.
W końcu uznał. Przez wiele lat spotykaliśmy się na ulicy (a jakże) i zawsze długo rozmawialiśmy. Staliśmy w zeszłym roku pod jednym z banków. Ot, porąbane gadki trzeźwych narkomanów. Wpierw pancia w żakiecie domknęła okno by nas nie słuchać. Potem wysłała ochroniarza by pogonił nas strasząc przy okazji policją. Nie chcecie wiedzieć jaką wiązankę usłyszał. Bo co jak co, ale ulice są dalej nasze.
W tym samym sklepie, gdzie Bartek kradł wódkę, potem robił wcześnie rano zakupy na śniadanie i zasuwał z tym swoim nieodzownym plecakiem na terapię na oddział dzienny. Piękny widok. Zmarł w zeszłą Niedzielę… absurdalnie, kiedy zaczął dbać o swoje zdrowie… Chyba znów lekarstwo okazało się gorsze od choroby. Nie rozumiem tego absurdu, ale też nie zadaję pytań na które nie znajdę odpowiedzi.
Bartek… dawałeś Człowieku niesamowite świadectwo, bo potrafiłeś historię hańby, której byłeś autorem, przekuć w widok walki na oczach tych, którzy już dawno machnięciem ręki Cię przekreślili. Z kłamstwa do szukania prawdy. O sobie. Mój i Twój wspólny mianownik i chyba znalazłem odpowiedź dlaczego tak Cię lubiłem, choć po prawdzie nie dorastam Ci do pięt w Twoim zmaganiu.
Dziś pójdę z Koronką do Bożego Miłosierdzia pustą, poranną ulicą. W Twojej intencji. Różaniec pewnie też odmówię, choć mam pewność, że nigdy paciorków w ręku nie miałeś. Wiem – nie miał kto nauczyć. Na porannej Mszy przyjmę za Ciebie Pana Jezusa choć z Bogiem byłeś bardzo na bakier. To nie ma znaczenia – wszyscy jesteśmy na bakier. Wiem, że na Twoim pogrzebie szepnę:
Ulica jest nasza, Bartek – nie jesteśmy ludźmi z przeceny.
Choć wydaje się, że (ta dzi..ka) silniejsza od nas, bo już tylu zabrała. Zjem jeszcze z Tobą pizzę, na którą nie zdążyłem Cię zabrać.
A świat podąży swoim ustalonym rytmem, nie dostrzegając choćby tych cudów jakiego cudu sam byłeś udziałem. Świat coraz bardziej ślepy i surowy, dokarmiający bezdomne koty, a gardzący ludźmi bez adresu.
Spoczywaj w pokoju. Umarłeś trzeźwy. Wytrwałeś.
Po moim policzku spływa pojedyncza, ciężka łza za którą Bogu błogosławię.




Znałem Bartka , od 2 lat przychodził na grupę AA , przeważnie uśmiechnięty, wdzięczny za małe rzeczy . Był czysty od 2 lat , dawał z siebie wszystko aby nie wrócić do nałogu , zarówno narkotyków jak i alkoholu .Gdy czasem dzieliłem się z nim ubraniami i rzeczami których miałem w nadmiarze , to zadawał jedno pytanie , czy mogę przekazać część dalej ” swoim ziomeczkom ze wspólnego stołu „, przy ul Zebrzydowickiej .Niestety kolejny raz okazuje się że uzależnienie to choróbsko śmiertelna, zbiera swe żniwo jeżeli nie zastopujemy w porę , Bartek przeżył swoje ostatnie 2 lata w trzeźwości, ale organizm był już na tyle wyniszczony że starczyło tylko na te dwa lata . Jestem smutny od kilku dni bo byłeś moim „ziomeczkiem” ze wspólnoty AA, do zobaczenia na „wspólnym stole ” w innym wymiarze.
Bóg Ci zapłać za te słowa o Bartku.