Historia

Gorole, którzy pokochali hanysów. Wołyniacy przybyli na Śląsk

W rocznicę zgotowanej przez Ukraińców rzezi warto spojrzeć nie tylko na samą tragedię Wołynia i Małopolski Wschodniej, ale także na los ludzi, którzy po wojnie trafili na Górny Śląsk. Przywieźli ze sobą pamięć o utraconej ojczyźnie, niewyobrażalne doświadczenie przemocy, ale również ogromny kapitał kultury, pracy i wartości. To oni w dużej mierze współtworzyli powojenny region

Przez dziesięciolecia w części śląskiej społeczności funkcjonował stereotyp przybysza ze Wschodu – gorola, czasem określanego pogardliwie jako chadziaj. Zarzucano mu brak zakorzenienia, brak szacunku do miejsca, w którym przyszło mu żyć, czy obojętność wobec pozostawionych po Niemcach domów i zabytków.

Taki obraz był jednak bardzo niesprawiedliwy i nie uwzględniał najważniejszego: ci ludzie często przyjeżdżali tutaj po przeżyciu rzeczy, których trudno sobie dziś wyobrazić.

Byli mieszkańcami Wołynia, Podola i Małopolski Wschodniej. Ich życie zostało najpierw zniszczone przez okupację sowiecką – aresztowania, deportacje na Wschód, terror NKWD. Potem przyszła okupacja niemiecka, a wraz z nią zbrodnie wojenne i wreszcie fala mordów dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów na polskiej ludności.

Przeżyli czystki etniczne, widzieli śmierć swoich sąsiadów i bliskich. Ci, którzy ocaleli, po wojnie zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron. Zostawili domy, gospodarstwa, kościoły i groby swoich przodków. Trafili na tzw. Ziemie Odzyskane – między innymi na Górny Śląsk.

Do Gliwic, Zabrza, Raciborza, Opola i wielu śląskich miejscowości przyjechali ludzie wyrwani ze swoich korzeni. Nie byli kolonizatorami ani obcymi, którzy mieli zastąpić dawnych mieszkańców. Byli uchodźcami wojennymi, którzy musieli odbudować swoje życie od zera.

Jednym z przykładów tego pokolenia jest profesor Ireneusz Opacki – współtwórca polonistyki Uniwersytetu Śląskiego, wybitny literaturoznawca i wychowawca wielu pokoleń studentów.

Dla swoich uczniów był symbolem klasy, wiedzy i kultury osobistej. Był człowiekiem niezwykle otwartym, który potrafił łączyć przywiązanie do polskiej tradycji z szacunkiem dla lokalnej tożsamości. Dla wielu Ślązaków szczególnie ważne było to, że środowisko stworzone przez profesora Opackiego odnosiło się z ogromnym szacunkiem do śląskiej gwary. Nie traktował jej jako gorszej odmiany języka, ale jako część polskiego dziedzictwa. Pokazywał, że śląsko godka ma swoje miejsce obok języka literackiego Reja i Kochanowskiego.

Dla wielu młodych Ślązaków był to moment niezwykle ważny – człowiek przybyły z Kresów nie próbował ich tożsamości zmieniać ani negować. Przeciwnie – pomagał im ją odkrywać i doceniać.

Za historią profesora Opackiego stoi jednak jeszcze bardziej niezwykła opowieść o jego ojcu – Józefie Opackim.

Był przedwojennym nauczycielem gimnazjalnym i twórcą harcerstwa w Czortkowie koło Buczacza. Kiedy na te tereny wkroczyli Sowieci, natychmiast zaangażował się w działalność konspiracyjną. Organizował tajne nauczanie, tworzył struktury oporu i redagował podziemne pisma.

W 1940 roku, w środowisku, które współtworzył, doszło do tzw. powstania czortkowskiego – pierwszej próby zbrojnego wystąpienia przeciwko sowieckiej okupacji. Po wkroczeniu Niemców ukrywał się przed Gestapo. Jednocześnie dokumentował zbrodnie popełniane na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów w okolicach Czortkowa i Buczacza. Zbierane przez niego świadectwa stały się po wojnie niezwykle cennym archiwum, które jego syn przekazał do Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.

Po wojnie rodzina Opackich trafiła na Śląsk. Józef Opacki podjął pracę w gliwickim archiwum, ale nie zrezygnował z działalności niepodległościowej. Zaangażowanie w struktury opozycyjne wobec komunistycznej władzy zakończyło się jego aresztowaniem i wyrokiem ośmiu lat więzienia. Spędził za kratami ponad trzy lata.

Jego syn Ireneusz kontynuował dzieło służby kulturze i pamięci.

Takich historii na Śląsku było tysiące.

Przez wiele lat ludzie pochodzący z Kresów nie mogli otwarcie mówić o swoich doświadczeniach. Pamięć o Wołyniu i zbrodniach dokonanych na Polakach była tematem przemilczanym. Trauma została zamknięta w rodzinnych opowieściach, przekazywanych dzieciom i wnukom.

Dla wielu z nich przełomem był dopiero film Wołyń Wojciecha Smarzowskiego. Po raz pierwszy ogromna część społeczeństwa zobaczyła na ekranie historię, którą kresowe rodziny nosiły w sobie od dziesięcioleci.

Wielu potomków ofiar mówiło wtedy:

Wreszcie Polska dowiedziała się, co przeszli nasi ludzie.

Dziś, po latach, warto patrzeć na tę historię bez uproszczeń. Górny Śląsk po wojnie tworzyli zarówno ludzie miejscowi, jak i ci, którzy przybyli tutaj z miejsc utraconych bezpowrotnie.

Powojenny Górny Śląsk budowali nie tylko rodowici Ślązacy. Budowali go również ludzie z Wołynia, Podola, Tarnopolszczyzny i całych dawnych Kresów. Przywieźli ze sobą doświadczenie niewyobrażalnego cierpienia, ale również etos przedwojennej inteligencji, przywiązanie do edukacji, kultury i służby publicznej. Ich dzieci zostawały nauczycielami, lekarzami, profesorami, inżynierami.

Współtworzyły uczelnie, szkoły i instytucje, które do dziś stanowią fundament życia regionu. Być może właśnie dlatego warto dziś spojrzeć na historię nie przez pryzmat dawnych stereotypów o gorolach i hanysach, lecz przez pryzmat ludzi. Bo wielu z tych „goroli”, którzy przyjechali na Śląsk z Wołynia i Podola, pokochało tę ziemię całym sercem. A jednocześnie potrafiło z wielkim szacunkiem pochylić się nad śląską kulturą i tożsamością.

To także ich historia. I to także historia Górnego Śląska.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button